Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

niedziela, 20 grudnia 2015

Za co go wsadzili? – Za kratki, coby nie uciekł.

Bywało, że Chudzikowie siedzieli w więzieniu. I to w nie byle jakim, bo w sieradzkim. Rzecz działa się ponurego, 13 dnia listopadowego poranka 1861 roku. Na korytarzu zakładu karnego w Sieradzu słychać było ciężkie kroki strażnika. Jak każdego dnia tak i teraz lustrował cele przed zbliżającą się godziną pobudki. Był zmęczony całodobową służbą. Krocząc wolno po ceglanej posadzce myślał już tylko o rychłej zmianie. A kiedy już się dokona, z radością wróci do domu, do żony i dzieciaków. W więzieniu panowała przejmująca cisza. Nic dziwnego, dochodziła 4 rano. Strażnik podszedł do kolejnych już drewniano metalowych drzwi, stanowiących granicę między korytarzem więzienia a celą. Z rozmachem uchylał pokrywę wizjera i wytrzeszczał prawe oko aby dojrzeć wnętrze celi. Powtarzał tą czynność raz za razem, aż wreszcie doszedł do ostatniej celi znajdującej się na szarym końcu nie mniej szarego korytarza. Zajrzał przez wizjer do środka. Już miał odstąpić, gdy coś kazało mu wytężyć wzrok do granic możliwości. "Coś jest nie tak" - pomyślał. Ponownie wytężył wzrok. Nie mylił się. Coś było nie tak. Leżąca na podłodze celi miska nie była sprawą normalną. "Coś jest nie tak" - powtórzył w myślach. Odruchowo chwycił za pęk ciężkich kluczy zwisających u skórzanego pasa. W mig pojawiła się kolejna myśl: "Jeśli coś faktycznie będzie nie tak, to szybko nie wrócę do domu. Może zostawić ten problem zmiennikowi ?" To nie był dobry pomysł! Strażnik przełknął ślinę i szybko odszukał właściwy klucz na metalowej obręczy. Po chwili rozległ się zgrzyt przekręcanego zamka. Rozsunęły się rygle drzwi do celi. Po chwili strażnik stanął w progu. To co zobaczył zmroziło mu krew w żyłach.  W kącie celi na na blacie stołu  leżała bezwiednie  głowa więźnia. Należące do więźnia ręce  zwisały bez życia wzdłuż jego ciała. Na posadzce oprócz miski leżały nóż i widelec. Panował przejmujący chłód. "To Chudzik" - wyszeptał strażnik. Po chwili zamknął celę i wrócił do swojej dyżurki zameldować dowódcy o śmierci więźnia. 

13 listopada 1861 roku w sieradzkim więzieniu zmarł brat Feliksa Chudzika /1802-1865/ Paweł Chudzik ur. w1801 roku. Był synem mojego prapraprapradziadka Józefa Chudzika /1766-1836/ i jego żony Jadwigi z domu Krowczykowicz. Trudno powiedzieć z jakiego powodu znalazł się w  sieradzkim więzieniu. Może nie płacił podatków, a może coś ukradł? W więzieniu tym, uznawanym za ciężkie osadzano więźniów skazanych na okres od 3 do 10 lat. Więźniowie otrzymywali jedną ciepłą, ale bezmięsną potrawę dziennie, a jeden raz w tygodniu /piątek/ stosowano post o chlebie i wodzie. Mięso w jadłospisie znajdowało się cztery razy w roku. Skazani spali na słomie i wykonywali prace odpowiednie do stanu ich zdrowia. Zatrudniani byli tylko wewnątrz więzienia w warsztatach tkackich. Produkowano w nich płótno, głównie na potrzeby innych więzień. Więźniowie w Sieradzu odbywali karę w taki sposób, że w nocy byli odosobnieni w ponurych, pojedynczych celach, gdzie światło docierało tylko przez małe okienko umieszczone pod sufitem, a w dzień pracowali wspólnie na terenie więzienia. Pracowali bez nakazu milczenia, co było nowoczesną jak na tamte lata innowacją. W czasie pracy byli przykuci kajdankami do maszyn lub taczek. 

Akt zgonu Pawła Chudzika. Sieradz 1861 rok
Co jeszcze wiem o swoim imienniku? Paweł Chudzik ożenił się z młodszą od siebie o 11 lat Magdaleną Pawlicką. Ślub odbył się w parafii Brodnia w dniu 14 lutego 1830 roku. Po ślubie młode małżeństwo osiadło w Dzierząźnie k. Sieradza. W 1831 roku przyszedł na świat pierwszy syn Pawła Łukasz. Chłopczyk zmarł jednak po 2 latach. W 1834 roku urodziło się drugie dziecko Chudzików, tym razem córka Franciszka. Wyszła za mąż o starszego od siebie o 16 lat Józefa Zarzyckiego. Franciszka zmarła w wieku 32 lat.  Trzecim dzieckiem Pawła Chudzika był Roch urodzony w 1838 roku a czwartym córka Julianna urodzona w1842 roku.

Ćwiczenia gimnastyczne więźniów na dziecińcu więzienia w Sieradzu. Źródło www. sieradz-praga.pl


Opracowałem na podstawie kwartalnika "Na sieradzkich szlakach" numer 3/35/94/IX. 







poniedziałek, 23 listopada 2015

Pewien list i krwawe zajścia w Śmiglu w czerwcu 1930 roku.

Witajcie Drodzy Czytelnicy mojego bloga! Dzisiaj opowiem o kolejnych ciekawych wątkach związanych z zawodową działalnością mojego pradziadka Czesława Bednarczyka. W 1962 roku pan Marian Niedźwiedziński,  dyrektor szkoły podstawowej w Krzycku Wielkim,  skierował prośbę do Czesława Bednarczyka aby ten opisał swoje wspomnienia z czasów kiedy to Wielkopolska walczyła  z niemieckim zaborcą o utrzymanie na tych terenach polskiego języka. 

Marian Niedźwiedziński był nie tylko kierownikiem szkoły ale również zajmował się działalnością kulturalną. Po przybyciu do Krzycka Wielkiego pod koniec lat 50 tych XX w zorganizował w tej wsi kółko recytatorskie, które szybko stało się bardzo popularne w okolicy.  Marian Niedźwiedziński postanowił więc pójść o krok dalej i wpadł na pomysł założenia w Krzycku Wielkim wiejskiego teatru. Pomysł ten zrealizował w 1961 roku a jego nowopowstały teatr amatorski odtąd nosił nazwę "Kalina" Członkami teatru byli zarówno uczniowie, jak i osoby dorosłe. Przygotowywane spektakle oparte były na wielkopolskim folklorze ludowym. Teatr "Kalina" cieszył się w lokalnym środowisku dużą popularnością. Osiągał także znaczne sukcesy na wojewódzkich i ogólnopolskich festiwalach i przeglądach. Przykładowo w 1965 r. „Kalina” zajęła I miejsce w przeglądzie wojewódzkim, a  w 1976 r. zdobyła główną nagrodę na Ogólnopolskich Prezentacjach Teatrów Dramatycznych w Stalowej Woli.  Marian Niedźwiedziński zmarł w 1984 roku.  

Fakt, że  Niedźwiedziński zwrócił się do Czesława Bednarczyka z taką propozycją, świadczy o szacunku jakim Czesław Bednarczyk był powszechnie darzony. Ceniono w nim nie tylko życiowe doświadczenie ale również praktyczną wiedzę historyczną, którą nabył będąc przez lata członkiem rady nadzorczej Spółdzielni Rolniczo Handlowej "Rolnik" w Śmiglu. Ponadto na własne oczy widział przebieg Rewolucji Październikowej 1917 roku w Rosji oraz uczestniczył jako Polak w niemieckim mundurze w walkach na froncie wschodnim podczas I wojny światowej. List Czesława Bednarczyka czytany dzisiaj po 54 latach jest swoistym dokumentem historycznym. We wstępie listu mój Dziadek  przedstawił dość skrupulatnie fakty z historii wsi Dłużyna oraz całego powiatu kościańskiego. Zachodzę w głowę skąd czerpał wiedzę dotyczącą okoliczności uwłaszczenia chłopów w Dłużynie w I poł XIX ?. Nie dość, że powołał się na konkretną datę tego wydarzenia z 1825 roku, to jeszcze przytoczył szereg istotnych informacji wprost z tego dokumentu, którym tutejsi chłopi tą ziemię otrzymali na własność. Dokument uwłaszczający nazywa Recesem i jako ciekawostkę podaje, że nikt się pod nim nie podpisał z imienia i nazwiska. Ziemią obdarzono 25 chłopów, którzy jako analfabeci postawili krzyżyki pod tekstem Recesu.  Dziadek zauważył jednak, że pod datą 1842 widnieją podpisy 3 chłopów którzy umieli się już podpisać. Innym dokumentem na jaki powołuje się mój dziadek w liście do p. Niedźwiedzińskiego jest tajemniczy Rejestr z lat 1859 - 1861, z którego autor listu cytuje fragmenty z dokładną ilością mieszkańców poszczególnych wyznań i narodowości powiatu kościańskiego. I tak dowiadujemy się, że ewangelików było 8904, katolików 32230, Żydów trochę ponad 7000. 

Czesław Bednarczyk ok 1953 roku
Czesław Bednarczyk znaczną część swojego listu poświęcił historii działalności Spółdzielni Rolniczo Handlowej "Rolnik" w Śmiglu. Wskazuje na znaczącą rolę jaką ona odegrała w ochronie interesów polskich kupców, chłopów i przedsiębiorców w okresie zaboru niemieckiego na ziemiach powiatu kościańskiego. Oddajmy jednak głos Czesławowi Bednarczykowi. Pisze on:

"...Handel zbożem jak wynika z Raportów był w rękach prywatnych. Nawet Niemcy nie organizowali go dopiero w końcu XVIII wieku organizowano handel spółdzielczy. Nie mogę tu wiele podać terminów gdyż przez wysiedlenie mnie w 1940 roku straciłem wszystkie dane, które miałem. Należy przypuszczać, że Polacy byli pierwsi, którzy „Rolnik”[1] założyli bo gdy po I wojnie wstąpiłem jako członek[2] „Rolnik” był dobrze prosperujący miał dwie kamienice w Rynku w Śmiglu oraz liczne magazyny a niemiecka unt Verkaufsgennossenschaft[3] skromny jeden budynek na końcu miasta gdzie biura i magazyny razem się mieściły. Konkurent był groźny, korzystał z różnych dotacji i pomocy majątków niemieckich. Nasza spółdzielnia broniąc się zorganizowała Filię w Starym Bojanowie gdzie już sporo Niemców było... Później i na Włoszakowice przyszła kolej, a gdy tu zaczęto handlować pośpieszyła się i niemiecka spółdzielnia robić konkurencje ..."


Z listu Dziadka dowiedziałem się o okolicznościach, w których został wybierany do Rady Nadzorczej "Rolnika". Czesław Bednarczyk pisze, że działo się tak dwukrotnie. Pierwszy raz w 1926 roku, kiedy to pokonał w głosowaniu  hrabiego Żółtkowskiego, właściciela majątku Czacz.  Skończył właśnie 30 lat ale w ławach rady jednak nie zasiadł.  Poproszono go aby zrzekł się mandatu na rzecz pokonanego przez siebie hrabiego Żółtkowskiego, który dzięki swoim znajomością oraz pozycji mógł przyczynić się do łatwiejszego uzyskania kredytów przez Spółdzielnię. Drugi raz wybrano  Bednarczyka do Rady Nadzorczej w 1927 roku z powodu śmierci jednego z jej członków. Dziadek bardzo angażował się w pracę dla Spółdzielni. Mogę nawet zaryzykować stwierdzeniem, że był do niej w pewien sposób przywiązany emocjonalnie. Pisząc w 1962 roku list do kierownika krzyckiej szkoły dysponował jeszcze notatkami z lat 20 tych XX w. Zapisywał w nich swoje uwagi i spostrzeżenia dotyczące całokształtu działalności "Rolnika". Oto przykład. Dziadek pisze:

"... Rok 1926 był słabo urodzajny i zboża mało. Mam notatki, że np. żyto kosztowało 20 zł. Zaczęło drożeć już na początku 1927- płacono 23 zł, zaś krótko przed żniwami zł 30...."

Jednak najwięcej miejsca w swoim liście poświęcił Czesław Bednarczyk na opisaniu szeregu nieprawidłowości w zarządzaniu "Rolnikiem". Pisze o rozrzutności w wydawaniu pieniędzy, braku gospodarności, przekrętach związanych z zakupem drogich samochodów oraz o prywacie niektórych członków Zarządu.  Te wszystkie sprawy miały też swój tragiczny wymiar.

Wydarzenia, które miały miejsce w Śmiglu 21 czerwca 1930 roku wstrząsnęły moim dziadkiem do tego stopnia, że nie omieszkał wspomnieć o nich w liście do Mariana Niedźwiedzińskiego, choć minęło od nich przeszło 30 lat.  W tym właśnie  dniu śmigielska Policja została powiadomiona, że w prywatnym mieszkaniu  dyrektora  „Rolnika” p. Białkowskiego przebywa poszukiwany za różne nadużycia finansowe dyrektor Banku Ludowego w Lesznie niejaki Olszewski. Aresztowania Olszewskiego podjął się miejscowy posterunkowy Balcer, który ok. 22 wieczorem wkroczył uzbrojony do mieszkania  Białkowskiego. Poszukiwany dyrektor Banku Ludowego był wyraźnie zaskoczony wizytą policjanta. Nie stracił jednak zimnej krwi. Oddał z pistoletu trzy strzały, z których  jeden ugodził Olszewskiego, drugi policjanta, a trzecim trafił  w wiszący na ścianie obraz. Prawdopodobnie rykoszet sprawił, że sam został ciężko ranny w brzuch. Z powodu odniesionych ran zmarł kilkanaście minut później. Następnego dnia ducha wyzionął też 40 letni posterunkowy Balcer, którego pochowano na cmentarzu w Wolsztynie. Wydarzenie to niewątpliwie było przedmiotem różnorodnych komentarzy wśród społeczności śmigielskiej. Krążyły różne wersje wydarzeń. Ta przedstawiona przeze mnie stanowi prasowy opis tych wydarzeń, jaki znalazłem w archiwalnych czasopismach z czerwca 1930 roku.  Inna z wersji mówi o tym, że Olszewski widząc policjanta postanowił popełnić samobójstwo, a w trakcie szamotaniny prawdopodobnie niechcący postrzelił siebie i Balcera. Zgoła inaczej całą sprawę przedstawił mój dziadek w omawianym liście. Według niego do zajścia doszło nie w mieszkaniu dyrektora śmigielskiej spółdzielni ale w biurach Zarządu. Według Czesława Bednarczyka doszło do opisanej wyżej tragedii po tym jak dyrektor Banku Ludowego z Leszna zaczął szarpać się sic! z żoną pierwszego członka Zarządu! Z powodu awantury wezwano policjantów a finał sprawy już znamy. Jak było naprawdę? Pewnie nigdy się nie dowiemy. Jedno jest pewne: to nie były dobre lata dla Spółdzielni Rolnicza Handlowej "Rolnik" w Śmiglu. 

Fragment listu do Mariana Niedźwiedzińskiego 1962 rok.


[1] „Rolnik” Spółdzielnia Rolniczo – Handlowa w Śmiglu
[2] członek Zarządu „Rolnika”
[3] Konkurencyjna dla „Rolnika” spółdzielnia założona przez Niemców

piątek, 23 października 2015

Chesz nabawić się bólu głowy, zostań genealogiem!

W dniu 20 kwietnia 2013 roku pisałem:

"...Szczepan od zawsze  znał Zofię Jabłońską. Jak to na wsi. Może nawet jako dzieci wspólnie się bawili. Raczej nie uczęszczali do szkoły, bo na akcie ślubu brak jest ich podpisów. W Mielcuchach przyszły na świat wszystkie dzieci Szczepana i Zofii. Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć,  że Babcia Stasia urodziła się w listopadzie 1894 roku a więc na 2 miesiące przed dniem ślubu. Powód? Może w związku z  widoczną ciążą Zofii Jabłońskiej? Może z powodu choroby? A może ze zgoła innej przyczyny..?"

A może ze zgoła innej  przyczyny? Hm... Pomyślałem, że warto pójść tym śladem. Grunt tu jednak grząski, niepewny ale do przejścia. Wbrew temu co mówił klasyk - pójdę tą drogą! O co właściwie mi się rozchodzi z tą Naszą Małą Babcią Stasią, Stanisławą Zakręt? Ano o to, że kiedy po raz pierwszy pisałem cytowane powyżej moje własne słowa, nie przywiązywałem zbytniej uwagi do tego ostatniego zdania. Mój stosunek do niego zmienił się jednak diametralnie po tym, jak  zapragnąłem posiadać prawdziwy akt urodzenia Stanisławy Zakręt. Teoretycznie miało to być proste zadanie. Nie raz przez takie przechodziłem. Odkrywałem akty urodzenia praprapradziadków Stanisławy to z nią sobie nie poradzę? No i ze smutkiem donoszę, że sobie nie poradziłem :( Z czego wynika ta moje niemoc? Zacznę od początku enigmatycznym stwierdzeniem, że podobnie jak do tanga tak i do posiadania  potomstwa dwójeczka jest najwłaściwszą z liczb. Dla genealoga sprawa jest prosta: nie ma aktu urodzenia - to nic już nie wydaje się pewne, włączając w to rodziców. W moim drzewie genealogicznym stoi jak byk: Stanisława Zakręt urodziła się w Mielcuchach 13 listopada 1894 roku a rodzicami jej byli Szczepan Zakręt i Zofia z domu Jabłońska. Kiedy po raz pierwszy z trudem odczytywałem spisany w języku rosyjskiego zaborcy akt małżeństwa Szczepana i Zofii Jabłońskiej, pomyślałem że coś tu nie gra, coś się nie zgadza. Ale co? Wówczas rzuciłem okiem na gałąź rodzinną tej pary i wszystko było już "all clear". Okazało się, że Stanisława Zakręt przyszła na świat jako nieślubne dziecko Szczepana i Zofii. Nie mogło być inaczej skoro owy ślub miał miejsce dokładnie 13 stycznia 1895 roku a więc dokładnie 2 miesiące po urodzinach Babci Stasi. Hello! Ktoś powie że się czepiam. Może tak. Ale jak na końcówkę XIX w. posiadanie nieślubnego dziecka nie było tak tolerancyjnie odbierane jak współcześnie. Rodzi się pierwsze pytanie: jeśli ojcem dziecka był Szczepan to z jakiego powodu poślubił Zofię 2 miesiące po urodzinach córki, narażając narzeczoną na niepotrzebny wstyd, jaki niewątpliwie musiała odczuwać będąc w widocznej ciąży i w dodatku bez męża?

I wtedy przyszło mi do głowy, że do moich danych wkradł się błąd. Wydawało mi się mało prawdopodobne aby taka sytuacja w ogóle mogła mieć miejsce. No jasne! Stanisława Zakręt musiała urodzić się kiedy indziej. Tylko kiedy? Na to pytanie mogłem znaleźć odpowiedź w najbardziej z wiarygodnych źródeł tj. w Archiwum Państwowym w Kaliszu. Tutaj bowiem przechowuje się dokumenty metrykalne z parafii Kraszewice, do której należały pod koniec XIX w Mielcuchy. Złożyłem więc w połowie 2013 roku stosowny wniosek i cierpliwie czekałem na odpowiedź. Po około 2 tygodniach w skrzynce mailowej znalazłem oczekiwane pismo z Archiwum, w którym zawiadamiano mnie, że wskazany przeze mnie akt urodzenia Stanisławy Zakręt z dnia 13 listopada 1894 roku..... nie istnieje! Ale nie istnieje nie dlatego, że zaginął ale po prostu: nie ma go bo nigdy go nie było! Czyżby Szczepan nie zgłosił urodzenia córki do Urzędu Stanu Cywilnego? Mało prawdopodobne. Naraziłby się na poważne sankcje ze strony władz rosyjskich. Skąd więc wytrzasnąłem tą datę, która ewidentnie okazała się fałszywą? Wówczas wydawało mi się, że z właściwego miejsca. Po prostu, któregoś dnia zadzwoniłem do Urzędu Gminy w Kotli i wprost zapytałem urzędnika o datę urodzenia Stanisławy Zakręt jaka figuruje w jej akcie zgonu. Pomógł mi bez wahania i odczytał datę: 13 listopada 1894 r.

Stanisława Zakręt z córką Eleonorą ok.1925r.
Jaka jest wobec tego prawdziwa data urodzenia mojej Prababki z Mielcuch? Zanim zacząłem drążyć temat od nowa, z pomocą przyszła mi Grażyna, znajoma po fachu z mojego ulubionego forum genealogicznego. Zadeklarowała, że osobiście odwiedzi Archiwum Państwowe w Kaliszu i spróbuje odszukać mój zaginiony akt urodzenia. Wtedy jeszcze brałem pod uwagę, że  pracownik Archiwum mógł się pomylić lub przeoczyć poszukiwany przeze mnie akt. W końcu nadszedł ten dzień, w którym Grażyna napisała do mnie długo oczekiwanego maila....z załącznikiem! Był nim akt urodzenia Stanisławy Zakręt! Jakież było moje zdziwienie i wściekłość zarazem, gdy okazało się, że owszem, akt dotyczył dziecka o imieniu  Stanisława i nawet nazwisko się zgadzało ale rodzicami tego dziecka byli... Andrzej Zakręt i Józefa z domu Cichosz. W dodatku owa Stanisława zobaczyła po raz pierwszy światło dzienne w dniu 17 marca 1895 roku. Teraz dopiero się porobiło! Nie dość, że mam kłopot z własną Babcią Stasią, to z jak zając z kapelusza wyskoczyła kolejna Stanisława Zakręt. 

Akt urodzenia Stanisławy Zakręt, córki Andrzeja Zakręta i Józefy z Cichoszów. 17.03.1895 r
A nie mówiłem, że grunt po którym kroczę jest grząski...? :)

Ilość niewiadomych zaczęła mnie przerastać, zostawiłem tą sprawę na kilka miesięcy. Jednak wokół mojej głowy cały czas krążyły dwie, w dodatku blisko spokrewnione ze sobą Stanisławy. Kim była Stanisława urodzona w marcu 1895 roku? Kim byli jej rodzice? To akurat udało mi się ponad wszelką wątpliwość ustalić. Andrzej Zakręt urodził się w Mielcuchach w 1857 roku w rodzinie Marcina Zakręta i Anny z domu Koch. Był więc starszym o 14 lat rodzonym bratem mojego prapradziadka Szczepana. Józefa Cichosz urodziła się w Czajkowie w 1862 roku w rolniczej rodzinie Jana Cichosza i Józefy Piorun. Oboje pobrali się w Czajkowie 24 stycznia 1881 roku. To co jest charakterystyczne w tym związku to fakt, że przez 14 lat od daty ślubu nie było w nim dzieci. Aż do dnia 17 marca 1895 roku, kiedy to na naszej scenie pojawia się tajemnicza Stanisława. Czy to nie dziwne, że w rodzinach braci Szczepana i Andrzeja w przeciągu 5 miesięcy rodzą się córki, którym ojcowie zgodnie nadają na chrzcie to samo imię?

Latem tego roku ponownie napisałem do Archiwum Państwowego w Kaliszu. Ponownie z uporem poprosiłem o kwerendę akt urodzenia parafii Kraszewice, z tą różnicą że poszerzyłem obszar moich poszukiwań o lata 1893-1896. Wkrótce otrzymałem taką oto odpowiedź:

"Szanowny Panie,

Uprzejmie informujemy, że w posiadanym przez nas zespole akt Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej Kraszewice, sygn. 140 – księga urodzeń, małżeństw i zgonów z 1895 roku odnaleziono akt urodzenia Stanisławy Zakręt urodzonej 17 marca 1895 r. w Mielcuchach, c. Andrzeja i Józefy z Cichoszów. W księdze tej nie występuje akt urodzenia Stanisławy Zakręt c. Szczepana Zakręt i Zofii z Jabłońskich urodzonej w listopadzie w Mielcuchach."

Teraz już wiem, że moja prababka Stanisława Zakręt z pewnością nie urodziła się 13 listopada 1894 roku. Dzisiaj nie istnieje już żaden dowód mogący w wiarygodny sposób wskazać prawdziwą datę jej urodzenia. Ogromna chęć rozwikłania tej zagadki spowodowała, że zacząłem snuć różne teorie. Niektórym z Was  mogą się one wydawać mocno naciągane, wręcz spiskowe. Oto jedna z nich:

Stanisława Zakręt, żona mojego pradziadka Marcina Chudzika przyszła na świat w Mielcuchach w rodzinie Andrzeja Zakręta i jego żony Józefy z Cichoszów. Była bardzo oczekiwanym dzieckiem, ponieważ Józefa nie zachodziła w ciążę przez 14 długich lat. W krótkim czasie po urodzeniu dziecka stało się coś co uniemożliwiło wychowywanie małej Stanisławy przez jej biologicznych rodziców. Trudno po przeszło 100 latach powiedzieć co mogło być tego powodem. Może czyjaś śmierć? Może ciężka choroba?  W każdym razie pojawił się palący problem co zrobić z  dzieckiem. W tym momencie do gry wkroczył Szczepan Zakręt. Dopiero co poślubił Zofię z Jabłońskich /ślub odbył się w styczniu 1895 roku/ Młodzi nie mieli jeszcze własnych dzieci więc zgodzili się adoptować lub przyjąć na wychowanie nieświadomą swojego położenia Stanisławę. Czy to w ogóle jest możliwe? Czy to ma sens? Oceń drogi Czytelniku sam lub przedstaw dowody, że było inaczej. 
Sorry, ale mi już od tego głowa pęka.

Aktualizacja w dniu 26 października 2016 r.

23 września 2016 roku ukazała się już trzecia w tym roku aktualizacja serwisu Szukaj w Archiwach Przyniosła ona kolejne materiały do badań nad historią Polski ale przede wszystkim upubliczniła setki skanów dokumentów metrykalnych z XIX w. z terenów obecnego województwa łódzkiego i wielkopolskiego. Dla mnie to prawdziwe święto. Okazało się bowiem, że wśród udostępnionych aktów stanu cywilnego znajduje się pokaźna kolekcja z parafii Kraszewice. W dodatku za lata 1894-1905. W pierwszej chwili pomyślałem sobie że oto zbliża się koniec migreny jaka dopadła mnie w 2013 roku z powodu nieodgadniętych do tej pory prawdziwej dacie i miejsca urodzenia mojej prababki Stanisławy Chudzik z domu Zakręt. Jak zwykle w takich sytuacjach, z zapałem /choć z uszczerbkiem dla rodziny ;) /przystąpiłem do wertowania dziesiątek, a możliwe że nawet  setek elektronicznych skanów przedstawiających metryki urodzenia parafii Kraszewice, z nadzieją na odnalezienie zagubionego akt. Czego się spodziewałem? Po pierwsze liczyłem na odnalezienie aktu urodzenia Stanisławy Zakręt. Miałem nadzieję, że niemożność jego odszukania spowodowana była jakimś przeoczeniem pracownika Archiwum Państwowego w Kaliszu. Istniało też prawdopodobieństwo, że Stanisława przyszła na świat nie w 1894 roku, nie w 1895 roku lecz  w 1893 roku lub w 1896 r. A może jeszcze później? Jakże byłem rozczarowany, kiedy po dwóch dniach intensywnego wertowania stron internetowych serwisu Szukaj w Archiwach, ciągle nie znałem odpowiedzi kiedy i gdzie urodziła się moja Babka! Powoli zacząłem godzić się z tą beznadziejną sytuacją. Jednak z tyłu głowy cały czas towarzyszyło mi odczucie, ze może warto jeszcze raz zwrócić się w stronę uczucie rodziny Andrzeja Zakręta i jego żony Józefy z Cichoszów. Jeśli wierzyć metrykom z parafii Kraszewice to  17 marca 1895 roku urodziła się pierwsza córka Andrzeja Zakręta, której nadano  imię Stanisława /pisałem o tym trochę wyżej/. Następne dziecko w tej rodzinie pojawiło się dopiero 5 stycznia 1903 roku. Była to dziewczynka, którą nazwano... również Stanisława! Głowa mnie jednak nie przestanie boleć. Jak to możliwe, że pod jednym dachem mieszkają dwie siostry Stanisławy? Naprawdę nie wiem co o tym sądzić.
Akt urodzenia drugiej córki Andrzeja Zakręta, której dano na imię....również Stanisława! 5.01.1903 r.

Dzisiaj postanowiłem zakończyć ten etap swoich poszukiwań. Może kiedyś wrócę do Stanisławy Zakręt ale nie sądzę aby miało to nastąpić szybko.  Mam jednak kolejne wnioski. Pierwszy z nich sugeruje mi w dalszym ciągu wiązać urodziny mojej Prababki Stanisławy z rodziną Andrzeja Zakręta i jego żony Józefy z Cichoszów. Trudno  jest mi to racjonalnie wytłumaczyć. Powiedzmy, że mam przeczucie genealoga. Drugi wniosek, o którym jeszcze tu nie pisałem to prawdopodobieństwo, że Stanisława Zakręt faktycznie urodziła się 13 listopada 1894 roku ale na terenie innej parafii lub wręcz w innym kraju! Jeśli faktycznie przyszła na świat w 1894 roku to by oznaczało, że była nieślubnym dzieckiem Zofii Jabłońskiej. Zofia jako młoda, ale pełnoletnia dziewczyna mogła przecież przebywać w innym miejscu niż Mielcuchy. W końcu XIX w polscy mieszkańcy zaboru rosyjskiego i pruskiego bardzo często opuszczali swoje rodzinne miejscowości i emigrowali do Niemiec. Tam podejmowali pracę w uprzemysłowionych ośrodkach, pracując w fabrykach i kopalniach. Takie emigracje ze chlebem zdarzały się już w mojej rodzinie. Wystarczy, że wspomnę Walentego Bednarczyka z Dłużyny, który na krótko przed wybuchem I wojny światowej pracował z Niemczech na terenie Westfalii. Możliwe więc, że Zofia Jabłońska urodziła Stanisławę gdzieś poza rodzinnymi Mielcuchami. To mogłoby tłumaczyć powód dla którego w parafii Kraszewice nie było jej metryki urodzenia.





niedziela, 18 października 2015

O tym, który wkręcił pierwszą żarówkę.

Wiem, dawno niczego nie napisałem. Choć pora jak na niedzielę jeszcze wczesna, to spróbuję odwrócić ten niekorzystny trend. Dokładnie dwa lata temu w październiku 2013 roku pisałem tutaj o wysiłkach mieszkańców wsi Piotrowice w dążeniu do posiadania własnego gniazdka z prądem. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że nie popisałem się wyczuciem chronologii. Najpierw powinienem napisać coś o elektryfikacji wsi Dłużyna, która zakończyła się kilka lat wcześniej niż w Piotrowicach. Dzisiaj podświetlając sobie rozrzutnie klawiaturę, postaram się naprawić ten błąd. No tak, wszystko pięknie, tylko skąd zaczerpnąć wiedzę na ten temat? Z pomocą, już nie pierwszy raz przychodzi mi mój starszy kuzyn śp. Konrad Bednarczyk. To on w latach 90tych XX w. w swoim rodzinnym opracowaniu pt. "Nasz Dziadek" bardzo szczegółowo opisał starania mieszkańców Dłużyny do posiadania własnego prądu. Pierwszoplanową rolę w tym przedsięwzięciu grał mój pradziadek, Czesław Bednarczyk. Chodź w drugiej dekadzie lat 50 tych dobiegał siedemdziesiątki i z racji swojego wieku nie mógł być sołtysem, to nie porzucił roli społecznika. Mało tego. Jak pisze w swoim opracowaniu Konrad Bednarczyk "Z zachowanych dokumentów wynika, że to właśnie on [Czesław Bednarczyk] był najbardziej zaangażowany w starania o elektryfikację Dłużyny". Te zachowane dokumenty znajdowały się w teczce, która pozostała po moim pradziadku. Konrad Bednarczyk jeszcze w latach 90tych ubiegłego wieku miał do niej swobodny dostęp. Dzisiaj mogę tylko przypuszczać, że w teczce tej znajdowało się wiele innych ciekawych świadectw działalności Czesława Bednarczyka. Ale nie tylko. Wiadomo wszakże, że zawierała szereg wartościowych dokumentów źródłowych  dotyczących historii wsi Dłużyny a nawet powiatu kościańskiego datowanych na połowę XIX w.! Dzisiaj nikt już nie wie gdzie podziała się teczka mojego Pradziadka. Nikt też nie potrafi odpowiedzieć na pytanie: co stało się z dokumentami, które stanowiły zawartość teczki. Chciałbym się mylić.

Wróćmy jednak do zasadniczego wątku. 10 maja 1957 roku  na zebraniu wiejskim uchwalono powstanie Komitetu Elektryfikacji wsi Dłużyna. Na przewodniczącego komitetu wybrano Czesława Bednarczyka. W dniu 5 listopada 1957 roku Czesław Bednarczyk wraz z dwoma innymi członkami Komitetu zawarł umowę kredytową z Bankiem Rolnym na kwotę 150 tys. zł. Pieniądze miały być przeznaczone na sfinansowanie całości zadania elektryfikacji Dłużyny. W dniu 17 stycznia 1958 roku członkowie Komitetu zawarli umowę z Zakładem Elektro-Instalacyjnym Stanisława Krawczyka ze Szczecina na wykonanie niezbędnych prac. 31 marca 1958 roku wystosowano pismo do Zarządu Elektryfikacji Rolnictwa z wnioskiem o dostawę odpowiedniego  transformatora. Na podstawie zachowanych przez Czesława Bednarczyka dokumentów wiemy, że 17 lipca 1958 roku Zarząd Elektryfikacji Rolnictwa w Warszawie zlecił Poznańskiemu Przedsiębiorstwu Elektryfikacji Rolnictwa sprzedaż transformatora Komitetowi Elektryfikacji Wsi Dłużyna z zastrzeżeniem, że wydanie go nie zahamuje robót planowych i nastąpi dopiero po uregulowaniu całkowitej należności. Od tego momentu półroczne starania i wysiłki mieszkańców wsi o dostęp do elektryczności zaczęły przynosić pożądane efekty.  21 września 1958 roku o godz. 14.30 Czesław Bednarczyk podpisał oświadczenie, że przyjmuje do wiadomości oddanie do użytku znajdującej się pod napięciem sieci. Należy dodać, że Komitet Elektryfikacji Rolnictwa zastrzegł sobie, że zgodnie z protokołem z dnia 10 maja 1957 roku bez jego zgody przez 5 lat Zakład Energetyczny nie podłączy do sieci tych, którzy nie wywiązali się ze swoich zobowiązań wobec Komitetu. Pod tym zastrzeżeniem podpisało się 10 mieszkańców Dłużyny, w tym Czesław Bednarczyk. 

Na tym nie zakończyła się działalność Komitetu Elektryfikacji Wsi Dłużyna. Próbowano znaleźć dodatkowe środki na sfinansowanie kosztów elektryfikacji ale poza sektorem bankowym. W tej sprawie zwrócono się między innymi do Rolniczej Spółdzielni Mleczarskiej oraz do Powiatowego Związku GS. Ten ostatni odmówił wprost, tłumacząc się brakiem funduszy. Spółdzielnia Mleczarska stwierdziła, że trudno jej będzie coś "wysłupać" bo nikt z obywateli Dłużyny nie dostarcza do niej mleka ani nie jest jej członkiem. 

Źródło: Wikimedia.
Ostatnim aktem w elektryfikacji Dłużyny było oddanie do użytku oświetlenia ulicznego. Miało to miejsce w połowie maja 1959 roku. Mimo, że Czesław Bednarczyk za miesiąc miał obchodzić siedemdziesiąte urodziny, to właśnie on podpisał protokół odbioru tej nowo powstałej instalacji. 



Opracowałem na podstawie: Konrad Bednarczyk "Nasz Dziadek"




















czwartek, 27 sierpnia 2015

Wspomnienia Anny Hudzik cz. 5 i ostatnia



Hudzików nie było stać aby organizować dzieciom wakacyjne wyjazdy. Poza tym każde miało swoje obowiązki związane z pomaganiem ojcu w gospodarstwie. Tym większa była radość, gdy któregoś dnia Ludwik Hudzik obiecał rodzinie,  że zabierze ją nad morze. Po latach okazało się, że dla Hudzików był to najdłuższy wspólny wyjazd. Ludwik postanowił odwiedzić swoją ciotkę Helenę Dużałową, która wyprowadziła się z Piotrowic na ziemie odzyskane gdzieś między Koszalinem a Sławnem.  Anna nagotowała na drogę jaj i wieczorem autobusem wszyscy pojechali do Leszna a stamtąd pociągiem do Koszalina. W domu została tylko najstarsza córka Maria. Ciotka Dużałowa mieszkała bodajże we wsi Dąbrowa, do której Hudzikowie jechali z Koszalina autobusem. Kierowca  autobusu wysadził podróżnych  na jakimś przystanku na żądanie i wskazał drogę. Zmęczeni po długiej nocnej podróży kontynuowali swoją podróż pieszo, aż wreszcie dotarli do wiejskich zagród. Ludwik, choć nigdy nie był u ciotki, znanym sobie tylko sposobem, szybko rozpoznał dom ciotki. Mimo zmęczenia humory wszystkim dopisywały.  Ludwik zapukał  do drzwi, podczas gdy Anna z dziećmi schowała się w sieni. Powitaniom nie było końca. Helena Dużała była wzruszona i szczęśliwa widząc przybyszów aż z dalekich Piotrowic.  Aby zaspokoić głód niespodziewanych gości, szybko nasmażyła kopę jaj, które wcześniej wszystkie dzieci żwawo zbierały gdzieś po krzakach wokół zabudowań. Następnego dnia Hudzikowie kontynuowali swoją podróż. Tym razem odwiedzili syna Heleny Mariana Dużałę, który mieszkał w Koszalinie. Było też i obiecane morze, nad które do miejscowości Mielno wszyscy pojechali mikrobusem. Bałtyk wywarł na przybyszach  niebywałe wrażenie. 

Anna z natury jest domatorem. W swoim życiu bardzo mało podróżowała ale każdy wyjazd pamięta ze szczegółami.  Pewnego razu pojechała na dwudniową wycieczkę zorganizowaną przez koło emerytów w Święciechowie. Dzięki tej wycieczce mogła zwiedzić między innymi Niepokalanów, Górę św. Anny oraz grób ks. Popiełuszki w Warszawie. Anna uczestniczyła też w drugiej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski, w Poznaniu w 1983 r. Doskonale pamięta rodzinny wyjazd do Jeleniej Góry w 1992 roku, gdzie w murach nieistniejącej już Wyższej Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej, mogła uczestniczyć w promocji oficerskiej swojego pierwszego wnuka Pawła. Trzeba jednak stwierdzić, że wyjazd do dalekiej Jeleniej Góry trochę ja przerażał.  I tu w sukurs Annie przyszedł nieoceniony zięć Mieczysław, który bez ogródek zakomunikował jej, że osobiście przyjedzie po nią samochodem a jak nie będzie gotowa, to ją siłą wsadzi do pojazdu:) Anna nie mogła więc odmówić pod presją perswazji zięcia i zaproszenia wnuka. Była pod wielkim wrażeniem samej uroczystości jak i całej podróży. 

Ludwik Hudzik dbał aby z biegiem lat rodzinie żyło się coraz lepiej, wygodniej. Około 1958 roku w domu Hudzików jako pierwszym we wsi zapaliła się prawdziwa żarówka.  W ogrodzie Ludwik zainstalował elektrownie wiatrową, której konstrukcję podarował mu teść Czesław Bednarczyk. W skład elektrowni wchodził wysoki maszt ze śmigłem oraz prądnice prądu stałego na 24 V. Na strychu znajdowały się na akumulatory. Wiatr napędzał śmigło i uruchamiał prądnicę, która z kolei ładowała akumulatory. W bezwietrzne dni prąd czerpany był z akumulatorów. Elektryczność doprowadzono do Piotrowic dopiero w 1962r. Był to prawdziwy skok cywilizacyjny dla wszystkich mieszkańców. 
Więcej na ten temat tutaj.

Rodzina Wieszczeczyńskich jako pierwsza we wsi kupiła telewizor Neptun, który był na owe czasy prawdziwym cudem techniki. Cała wieś gromadziła się w domu Wieszczeczyńskich aby wspólnie oglądać program telewizyjny na czarno-białym szklanym ekranie. W niedługim czasie telewizor zawitał również w domu Hudzików. Później pojawiła się elektryczna pralka i lodówka. Jednak nie wszyscy byli chłonni nowości. Przyrodni brat Ludwika Feliks Zakręt,  nigdy nie kupił telewizora. Przez wiele lat, co wieczór przychodził do Hudzików oglądać dziennik telewizyjny a następnie film. Ludwik szukał różnych sposobów na zarobienie dodatkowych pieniędzy. Dorastająca piątka dzieci miała z każdym rokiem nowe potrzeby. Któregoś roku wydzierżawił 2 ha ziemi, na której zasiał len. Cała rodzina ciężko pracowała aby po walce z chwastami, ręcznie wyrywać kłącza lnu. Następnie len suszono,układano w snopki i  odstawiano do roszarni. Przez kilka lat Hudzikowie uprawiali też  miętę. 

W 1963 r. Anna Hudzik rozpoczęła pracę w przetwórni owocowo-warzywnej we Włoszakowicach. Do Włoszakowic wyjeżdżała rano o godz. 8,00 autobusem, a wracała ok. 16.30. Rano musiała jeszcze wydoić krowę, napaść inwentarz, przygotować dzieci do szkoły i ugotować domownikom obiad. W przetwórni pracowała przez trzy sezony. W 1966 r. podjęła robotę w szkole podstawowej w Piotrowicach jako sprzątaczka.  I tak przez kolejne 15 lat Anna dzieliła pracę zawodową z obowiązkami domowymi, wychowując piątkę dzieci i zajmując się gospodarstwem. Jak by tego było mało, przez pewien okres opiekowała się  dzieckiem młodej nauczycielki p. Fengler. Praca w szkole nie była łatwą. Oprócz sprzątania pomieszczeń klasowych w dwóch budynkach szkolnych, korytarzy, ubikacji, które były na zewnątrz szkoły do jej obowiązków należało także zadbanie o obejście szkoły. W każdą sobotę musiała  zagrabić duże boisko, drogę wzdłuż ogrodzenia szkoły, wyplewić z chwastów dwa klomby z kwiatami. Dzieci Anny często pomagały jej w tej pracy, nawet podczas wakacji, kiedy trzeba było myć okna i szorować podłogi.  Podczas zimy paliła również w piecach kaflowych. Gdy nastały naprawdę mroźne dni, jej dzień pracy rozpoczynał się już o 4 rano. Zabierała ze sobą trochę słomy, suche drewka, aby szybko rozpalić ogień w piecach szkoły. Nie dość, że pieniędzy z tej pracy było tyle co kot napłakał, to Anna aby mieć czym sprzątać i czym palić wynosiła z domu  ścierki, środki do czyszczenia. Miarka przebrała się w wakacje 1981 roku.  Anna miała wówczas 56 lat i daleko do emerytury. Któregoś dnia, podczas mycia okien spadła z krzesła i bardzo się potłukła.  Dyrekcja szkoły wyraziła swoje zdziwienie i daleko idące niezadowolenie z faktu, że Anna tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego "śmiała" skorzystać ze zwolnienia lekarskiego.  Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że Anna przez wszystkie lata pracy nigdy ze zwolnień lekarskich nie korzystała. 

Niewątpliwie olbrzymim przeżyciem dla Anny był  ślub najstarszej córki Marii. Nie tylko z tego powodu, że był to pierwszy ślub w rodzinie Hudzików, ale również dlatego, że Anna nie mogła być świadkiem składanej w kościele przysięgi małżeńskiej.  Maria pracowała jako pielęgniarka w szpitalu we Wolsztynie. Za męża wybrała sobie żołnierza zawodowego z jednostki w Babimoście. Był maj 1969 roku. W tym czasie wojskowym zabraniano chodzić do kościoła a tym bardziej brać śluby kościelne. Żołnierzy, którzy nie stosowali się do tych zakazów pozbawiano awansów, w skrajnych wypadkach wydalano ze służby.  W tej sytuacji młodzi postanowili posłużyć się podstępem. Zdecydowali, że ceremonia ślubu cywilnego odbędzie się w Wolsztynie, a ślub kościelny będzie miał miejsce w kościele parafialnym w Gołanicach. Tym samym sądzili, że delegacja kolegów z wojska i przełożonych Pana Młodego obecna będzie tylko w USC w Wolsztynie. Nie przypuszczali, że wojskowi zdecydują się jechać taki kawał drogi z Babimostu do Piotrowic /ok.80km/ po to tylko aby złożyć życzenia Młodym. Jakież było zdziwienie gospodarzy wesela i innych weselników, gdy na podwórko Hudzików w Piotrowicach nagle z impetem wjechał autobus pełen żołnierzy w odświętnych galowych mundurach z dowódcą Pana Młodego na czele! Anna była bardzo przejęta całą tą sytuacją. Miast cieszyć się zamążpójściem najstarszej córki, miała teraz na głowie kilkudziesięciu młodych mężczyzn zerkających łapczywie na weselne stoły.  Martwiła się czy starczy dla wszystkich jedzenia, bo jak tu nie poczęstować weselnymi wspaniałościami takich gości. Stres towarzyszył wszystkim. Wzmógł się przed godz. 15.00 bo właśnie o godz. 15.00 w gołanickim kościele czekał na Młodych ksiądz proboszcz Czesław Kaczmarek. Tymczasem niezwykli goście ani myśleli o powrocie do jednostki! Wiejska zabawa przypadła im wyraźnie do gustu.  Ksiądz zaczął się już niecierpliwić, kiedy na plebanię wbiegł brat Panny Młodej, błagając księdza proboszcza o zmianę godziny ślubu.  Na szczęście ksiądz Czesław Kaczmarek doskonale rozumiał w jakiej sytuacji znaleźli się Hudzikowie i wyraził zgodę na opóźnienie godziny ślubu. Wkrótce, ku zadowoleniu Ludwika i Anny  wojskowi na rozkaz swojego dowódcy jak jeden mąż wstali od stołu i odjechali w stronę Babimostu. Dopiero wówczas młodzi ze świadkami pojechali samochodem marki Warszawa do Gołanic i bez przeszkód zawarli ślub kościelny. Dalej wszystko potoczyło się już bez niespodzianek. Wesele odbywało się w pięknej majowej oprawie przy kwitnących drzewkach owocowych i zielonej wokół trawie.

Wesele odbywało się w pięknej majowej oprawie przy kwitnących drzewkach owocowych

Wszystkie następne przyjęcia weselne córek Hudzikowie wyprawiali w domu, natomiast wesele syna miało miejsce w szkole. Organizacja ślubów, oprócz kosztów, wymagała przede wszystkim dość dużego zaangażowania wszystkich członków rodziny a nawet sąsiadów oraz przemyślanej logistyki. Z domu trzeba było wynieść wszystkie meble, zorganizować dodatkowe stoły i krzesła, które należało ustawić w przemyślany sposób, aby było jeszcze miejsce na orkiestrę i tańce. Zwykle na dwa dni przed weselem do domu przychodziła kucharka, która przygotowywała wszystkie posiłki oraz rzeźnik, który zabijał świnie i robił wyroby mięsne. W domu też mieszano i rozlewano w butelki gorzałkę. Wszystkie weseliska były udane. 

Mijały kolejne lata a rodzina zamiast się kurczyć, rosła w siłę. Na świat przyszły pierwsze wnuki Anny i Ludwika. Ponieważ Hudzikowie niewiele mogli zaoferować dzieciom na ich nowej drodze życia, Anna starała się na bieżąco im pomagać i dzielić się tym, co miała.  Wszystkie dzieci wyposażyła w pierzyny i poduszki. Dzieliła się mięsem i wyrobami z zabitej świni, masłem, mlekiem i warzywami. Cieszyła się, że może gościć wszystkich w domu i zapewnić jedzenie. Z czasem jak wnuki podrosły, były częstymi gośćmi u dziadków w Piotrowicach. Szczególny charakter miały wszystkie święta, które wspólnie obchodzono w Piotrowicach. Na Boże Narodzenie obowiązkowo był Gwiazdor i prezenty, w domu słychać było śpiew kolęd. Gdy dopisała pogoda Ludwik organizował wnukom prawdziwy wiejski kulig  a w Wielkanoc nie oszczędzał nikogo w lany poniedziałek. Co roku cała rodzina gromadziła się w Piotrowicach aby wziąć udział w akcji „wykopki”. Podczas wakacji na podwórku Ludwika i Anny aż roiło się od dzieci, które jak to dzieci, krzyczały śmiały się i rozrabiały. Dzięki temu sąsiedzi zawsze w porę dowiadywali się kiedy rozpoczęły się wakacje, a kiedy kończyły :). Obecność wnuków na hudzikowym podwórku zmuszała miejscowe koty do wyprowadzki. Wracały dopiero po wakacjach... Więcej na ten temat tutaj

1 października 1988 r. nagle na zawał serca zmarł Ludwik Hudzik. Dla całej naszej rodziny było to traumatyczne przeżycie. Życie jednak toczyło się dalej więc trzeba było wziąć się w garść i rozwiązywać piętrzące się z dnia na dzień problemy. Ponieważ była  jesień, w pierwszej kolejności należało zebrać resztę płodów rolnych (buraki, marchew). Z czasem Anna sprzedała krowę i wtedy uświadomiła sobie, że nic ją już  nie trzyma w Piotrowicach. Szybko przyszła wiosna i ktoś musiał zająć się uprawą roli. Anna zostawiła gospodarowanie synowi a sama wyjechała do miasta aby zamieszkać z córką Weroniką.
 
Swoją decyzją o przeprowadzeniu się do miasta Anna złamała rozpowszechniany pogląd, że starych drzew się nie przesadza. Owszem, na początku miastowego życia miała trochę problemów z zaaklimatyzowaniem się do nowych warunków, ale nigdy nie żałowała podjętej decyzji. Po raz pierwszy w życiu nie musiała myśleć o paleniu zimą w piecu. Nie potrafiła się nudzić, zawsze znalazła sobie zajęcie, sprzątała, prała, hodowała kwiatki na balkonie i na klatce schodowej. Najbardziej jednak była zadowolona z bliskości dostępu do kościoła. Mieszkając w Piotrowicach do parafialnego kościoła w Gołanicach miała ok. 4 km idąc drogą przez las. Pomimo to, zawsze starała się uczestniczyć w nabożeństwach. Na mszę i inne uroczystości religijne jeździła rowerem zabierając ze sobą dzieci. Jedno wiozła na rurze, drugie w koszyczku, a jeszcze jedno na tragarzu. O tym jak przedkładała nawet własne zdrowie nad sprawy boskie niech świadczy następujące zdarzenie. Będąc w ostatnim miesiącu ciąży odważyła się pojechać w styczniu rowerem na pożegnalną mszę swojego proboszcza. W tym czasie proboszczem Gołanic i Krzycka był ksiądz Balcerek. Akurat gdy Anna dojeżdżała do cmentarza, spotkała proboszcza idącego pieszo z Krzycka Małego. Ksiądz widząc ją bardzo się zdziwił i zaniepokoił. Kilka dni od tego zdarzenia Anna urodziła kolejną córkę. Anna uważa, że  to właśnie głęboka wiara w Boga pomogła jej przetrwać wszystkie trudne okresy w jej życiu. Do dzisiaj w radiu słucha mszy św., codziennie odmawia różaniec, modli się nie tylko za siebie ale i za dzieci, wnuki, prawnuki.
 
Na zakończenie sformułuje  receptę Anny na jej długoletnie życie :

                  „Dużo pracować, mało jeść i modlić się„
  
Na podstawie wspomnień Anny Hudzik, spisanych ręką córki Weroniki Hudzik. Leszno 2015.


sobota, 22 sierpnia 2015

Wspomnienia Anny Hudzik cz.4




Ludwik Hudzik zarządzał PGRem ok. dwóch lat. Anna marzyła jednak o własnym domu, takim z ogródkiem, kawałkiem pola i zwierzętami. Namawiała męża aby poczynił w tym kierunku jakieś kroki. Wkrótce marzenia te, choć zrodzone w szarej, komunistycznej rzeczywistości ziściły się. Decyzją Powiatowej Komisji Ziemskiej w Lesznie z dnia 30.11.1951 r. Ludwik Hudzik otrzymał w Piotrowicach na własność gospodarstwo po Niemcu Marii Deutsch. Budynek mieszkalny był stary i zniszczony. Wzniesiony z czerwonej cegły, składał się z trzech pokoi, kuchni, strychu i piwnicy. Do domu mieszkalnego przylegał budynek gospodarczy. Na posesji znajdował się również staw i ogród. W największym z pokoi poprzedni lokator niejaki Sobecki trzymał narzędzia rolnicze: pługi, brony. 
/Patrz również tutaj/

Przez jakiś czas po przeprowadzce cała rodzina spała w jednym pokoju. Drugi pokój zajmował najmłodszy brat Ludwika Antoni, który nie wiedzieć czemu jeszcze przez wiele lat przewijał się przez dom Hudzików. Może dlatego, że długo był kawalerem i nie miał stałego miejsca zamieszkania. Wkrótce jednak Ludwik wyremontował duży pokój i położył podłogę. Mniej więcej w tym okresie wychodziła za mąż córka sąsiadów. Sąsiedzi ci również byli na dorobku więc zwrócili się do Hudzików z prośbą o udostępnienie im tego właśnie pokoju do tańców.  Hudzikowie w imię dobrej sąsiedzkiej pomocy zgodzili się na to. Szybko tego pożałowali bo po weselu okazało się, że dopiero co z takim trudem położona podłoga jest tak zniszczona, że nadawała się tylko do wymiany. 

Jednym z wielkich  marzeń Anny było urządzenie sypialni małżeńskiej. Długo oszczędzała pieniążki ale dzięki temu mogła zrealizować ten plan. W Święciechowie niejaki Majewski prowadził warsztat solarski. U niego Hudzikowie zamówili meble do sypialni. Na wystrój sypialni składały się dwa łóżka, dwa  stoliki nocne i toaletka. Była to pierwsza taka sypialnia w historii Piotrowic. :).  Później przyszła kolej na kuchnię, do której meble ponownie zamówiono u Majewskiego. Jeszcze przez wiele lat po wojnie w Piotrowicach nie było  elektryczności ani bieżącej wody. Przy tak licznej rodzinie Anna miała  od groma prania. Zwykle prała na specjalnej tarce na podwórzu przy studni. Wydawało się, że tej czynności nie było końca. Zawsze na podwórzu, na sznurach wisiały świeżo uprane rzeczy. Gdy robiła duże pranie lub wymieniała sienniki w łóżkach, jej dzieci bawiły się w pokojach w tych nieobleczonych pierzynach. W domu nie było tapczanów ani tak popularnych później wersalek. Domownicy spali na łóżkach lub w łóżeczkach, które miały sienniki ze słomy. Zawsze po żniwach Anna wymieniała w nich słomę. W gospodarstwie Hudzików choć małym,  prawie zawsze była krowa i cielak, kilka świń, dużo kur, kaczek i gęsi. Przez pewien okres hodowano nawet owce i króliki. Ponieważ trzeba było obrabiać ziemię Ludwik kupił konia.  Pierwszy koń, raczej skromnej postury bardziej przypominał kucyka. Był  ulubieńcem dzieci. Podczas zabawy pozwalał  zrobić ze sobą dosłownie wszystko. Służył rodzinie Hudzików przez kilkadziesiąt lat, aż któregoś dnia zakończył swój pracowity żywot w ogrodzie. Wszyscy długo go opłakiwali. 

Ludwik Hudzik w okresie młodości.
W związku z tym, że w tym okresie wiejski sklep w Piotrowicach był marnie zaopatrzony Hudzikowie, podobnie jak inne rodziny we wsi, starali się być choć trochę samowystarczalni. Wymagało to jednak wiele pracy i wysiłku. Na początku mleko od krowy zlewano do kanek a następnie zbierano ręcznie śmietanę, z której w słoiku ubijało się masło. Później do robienia masła używano kierzynki (maselnica). Aby usprawnić tą czynność Ludwik zorganizował znacznie ulepszoną maselnice kwadratową ze śmigłami, co znacznie przyspieszało robienie masła. Jak nie starczało dla wszystkich masła od jednej krowy, do masła dodawano margarynę. Dość wcześnie w domu Hudzików pojawiła się centryfuga (wirówka do mleka). Było to urządzenie przy pomocy którego oddzielano śmietanę  od mleka. W okresie gdy hodowano owce, ich strzyżeniem  zajmował się Ludwik. Zadaniem Anny było uprząść wełnę na tradycyjnym kołowrotku, z której potem na drutach dziargała skarpety, czapki i swetry. Wiele pracy i wysiłku wymagało też wyhodowanie we własnym zakresie piskląt kurcząt, kaczek czy gęsi. Anna sama nasadzała kury na jajkach. Jak już się wykluły małe żółte kurczaczki, przynosiła je na kilka dni do domu aby tam pod ciepłym piecem nabrały sił. Potem pisklęta chodziły z kurą po podwórzu, a na noc zamykane były w drewnianych patykach. Czasami  zdarzało się, że rano znajdowano martwe kurczaki,zaduszone w nocy przez szczura lub kota. Pisklęta nie miały też łatwego życia gdy na podwórzu pojawiły się wnuki Anny i Ludwika. Potrafiły samym głaskaniem doprowadzić te małe żółte istoty do wycieńczenia :). Anna nie zajmowała się tylko domem i dziećmi. Musiała też pomagać mężowi w pracach polowych w okresie żniw czy wykopków. Brała wówczas dziatwę ze sobą, sadzała pod kupą siana lub mendlem zboża aby tam się grzecznie bawiły. A dzieci jak to dzieci, trzeba było czymś zająć aby nie przeszkadzały w codziennej ciężkiej pracy. Anna aby móc ugotować obiad lub zrobić pranie dawała dzieciom do zabawy talerzyki od centryfugi, swoją biżuterie lub zdjęcia, a także patelnie i garnki. Sama szyła dzieciom fartuszki, robiła na drutach sweterki. 


Wnuki Anny i Ludwika Hudzika podczas żniw
W długie zimowe wieczory dzieci aby się nie nudzić same musiały wymyślać sobie rozrywkę.  Z powodu braku elektryczności dość wcześnie kładły się spać. Ponieważ spały w jednym pokoju to ich ulubioną zabawą było wspólne liczenie np. baranów, koni na wsi czy dzieci. Pewnego razu wszystkie dzieci zachorowały i leżały w łóżkach. Anna musiała wyjść do sklepu, który prowadziła Pani Drobnik aby kupić naftę. Obiecała dzieciom, że jeśli pod jej nieobecność będą grzeczne to dostaną niespodziankę. Jakaż była radość dzieci, kiedy każde z nich  dostało małą paczuszkę petit bery, w której było 5 ciastek. Radość była tym większa, że zwykle Anna wydzielała dzieciom po jednym ciastku a czasami dzieliła cukierka na pół. To pokazuje jak trudne to były czasy. Pieniędzy było mało, funkcjonował raczej handel wymienny i spekulacja. Za jajka można było kupić loda na patyku lub chleb i cukier w kiosku. Nie raz bywało, że aby kupić chleb lub cukier Anna niecierpliwie zaglądała do kurnika i czekała, aż kura zniesie jajko. Mimo tych trudnych lat nikt w rodzinie Ludwika  Hudzika nie głodował. Często zabijano świnie, krowa dawała masło, mleko i ser. Na polu uprawiano ziemniaki i warzywa. Raz w tygodniu Anna piekła 4 blaszki placka drożdżowego.


W latach 50 tych  Ludwik pracował w Gminie Świeciechowa w biurze Delegata Pełnomocnika Ministerstwa Skarbu i Kontraktacji. Od marca 1956 r. został zatrudniony w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Niechłodzie. Pełnił funkcje przewodniczącego Rady. Do jego obowiązków należało między innymi udzielanie ślubów cywilnych. Jako przewodniczący aktywnie uczestniczył w życiu gminy. Organizował uroczystości z okazji świąt państwowych a także zabawy taneczne w parku. Pomimo wielu obowiązków nie zapominał o dzieciach. Często mu towarzyszyły podczas tych świąt i gminnych uroczystości. Nie trudno się domyśleć że z racji pełnionej funkcji w Gminnej Radzie Narodowej Ludwik Hudzik musiał być członkiem partii. Pewnego wiosennego dnia  1953 r. w drzwiach domu Hudzików stanęło dwóch działaczy PZPR.  Ludwika nie było w domu, ponieważ pojechał do Jezierzyc Kościelnych prosić siostrę Anny, Władysławę Szady aby została matką chrzestną jego urodzonej w styczniu trzeciej córki.  Anna nie zorientowała się kim byli tajemniczy goście i nieświadoma konsekwencji, ujawniła im gdzie i w jakim celu przebywał jej mąż. Za  bycie praktykującym katolikiem Ludwik Hudzik dostał ostrą reprymendę od lokalnych władz partyjnych. Miarka się jednak przebrała i Ludwik sam wystąpił z partii. Od tamtego wydarzenia nigdy więcej nie należał do żadnej organizacji politycznej. 

Na podwórku w Piotrowicach
W 1959r. Ludwik Hudzik zaczął pracować w Lesznie na kolei. Zarobione pieniądze inwestował głównie w prowadzenie gospodarstwa.  Kupował  nawozy, zboże, drobny sprzęt gospodarski. Za jedną z pierwszych pensji kupił trochę w tajemnicy przed Anną drzewka owocowe. Anna nie była tym zachwycona ale po latach, gdy drzewa wydały pierwsze owoce, zmieniła zdanie. Ludwik pracował w systemie zmianowym  12 na 24 godziny. Dzięki temu po pracy mógł zajmować się gospodarstwem. 


Dzieci Ludwika i Anny uczyły się w szkole podstawowej w Piotrowicach. Ojciec zawsze im powtarzał, że powinny się pilnie uczyć, aby w przyszłości nie liczyć worków na kolei lub pracować w PGR. Nauka w siedmioklasowej szkole podstawowej w Piotrowicach nie była łatwa. Klasy były łączone, a przez to w jednym pomieszczeniu uczyły się dzieci w różnym wieku. Po lekcjach dzieci musiały pomagać rodzicom. Pracowały w polu podczas żniw, przy młóceniu zboża, wykopkach czy plewieniu buraków itp. W okresie żniw Ludwik rano klepał kosę i jak tylko obeschła trawa cała rodzina szła w pole. Ludwik kosił kosą żyto, a dzieci idąc za nim ubierały  je, tzn. ścięte zboża układały w kupki. Na końcu szła Anna, która wiązała ścięte zboże w snopki. Następnie robiono mendle, tj ustawiano po 7-10 szt. snopków razem.  Po kilku dniach gdy zboże wyschło, zwożono je i układano w stóg. Dopiero później zboże młóciło się  przy pomocy młocarni. Inną czynnością  było  robienie siana dla zwierząt. Skoszoną kosą trawę należało dobrze wysuszyć, a to było uzależnione od pogody. Nie raz z powodu mokrego lata kilkakrotnie trzeba było rozrzucić mokre siano i  od nowa formować kupki. Jednak najbardziej czasochłonnym zajęciem dzieci było pasanie krów. W okresie szkolnym krowy pasała Anna koło domu na miedzy. Gdy dzieci wracały ze szkoły musiały najpierw zaprowadzić krowy na łąkę oddaloną ok 1,5 km od domu. Następnie należało je pilnować i wieczorem przyprowadzić do domu. Dopiero po tej pracy dzieci mogły przystąpić do odrabiania lekcji. Najgorzej jednak było latem. W okresie upałów trzeba było wcześnie rano wstać. Gdy tylko słońce wzeszło, dzieci z bijącym sercem czekały, aż do pokoju wejdzie ich mama i wyznaczy jedno z nich do zaprowadzenia krów na łąkę. Wyznaczone dziecko zawsze miało uszykowane gorące mleko w butelce i chleb z masłem. Szkoda było czasu na jedzenie w domu śniadania. Na łąkach dzieci nie były same. Spotykały się ze swoimi rówieśnikami, które również pasły krowy. Wówczas  było wesoło. Dzieciaki paliły ogniska i piekły ziemniaki. Taki rytuał z krowami obowiązywał dość długo, do czasu aż  ktoś wpadł na pomysł, że krowy można przecież zaprowadzić na pastwisko i pozostawić na długim łańcuchu. A że myślenie to przyszłość, jeszcze później stwierdzono, że trawę można skosić i przywieść krowom do domu :)

Na podstawie wspomnień Anny Hudzik, spisanych ręką córki Weroniki Hudzik. Leszno 2015.