Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

czwartek, 24 stycznia 2019

List Czesława Bednarczyka do Mariana Niedźwiedzińskiego

Mój pradziadek Czesław Bednarczyk był postacią nietuzinkową. Co by o nim nie pisać - ciągle będzie mało. W 2016 roku zwróciłem się do Rady Gminy Włoszakowice z propozycją uhonorowania Dziadka, poprzez nadanie jednej z ulic lub skwerowi w Dłużynie nazwy "Czesława Bednarczyka"  Z wnioskiem w tej sprawie można się zapoznać na stonach BIP Gminy Włoszakowice. Moja propozycja nie spotkała się jednak z aprobatą członków poprzedniej Rady Gminy Włoszakowice.


W 1962 roku zwrócił się do Czesława Bednarczyka Marian Niedźwiedziński -  kierownik szkoły podstawowej w Krzycku Wielkim z prośbą o podzielenie się swoimi wspomnieniami z okresu sprzed I wojny światowej oraz z lat II Rzeczpospolitej, kiedy to Czesław Bednarczyk zasiadał w Zarządzie Spółdzielni "ROLNIK" w Śmiglu. Sądzę że Dziadek Czesław nie dał się długo prosić i 22 stycznia 1962 roku z zapałem wziął się do pisania listu, którego adresatem był Marian Niedźwiedziński.    Muszę przyznać, że Czesław Bednarczyk nie był mistrzem kaligrafii, dlatego też odczytanie jego listu dp kierownika szkoły w Krzycku Wielkim zajęło mi sporo czasu. Kiedy już się z tym uporałem naszła mnie refleksja: Dziadek, który ukończył 4 klasy szkoły powszechnej, przez całe swoje życie parał się kowalstwem, ślusarstwem i pracą na roli wykazał się rozległą wiedzą historyczną na temat przeszłości wsi Dłużyna i całego powiatu kościańskiego. List do Mariana Niedźwiedzińskiego zawiera szczegółowe dane liczbowe dotyczące populacji zamieszkującej powiat kościański w okresie zaborów, dokładne informacje dotyczące ilości i jakości zbiorów zbóż w okresie II Rzeczypospolitej  oraz ich cen a nawet skomplikowane stosunki panujące między polskimi i niemieckimi przedsiębiorcami. Nade wszystko Czesław Bednarczyk upodobał sobie temat wzajemnych relacji zachodzących pomiędzy członkami rady nadzorczej Spółdzielni "Rolnik" w Śmiglu. Sądzę, że jego wspomnienia na ten temat mogłyby być rzetelnym materiałem źródłowym dla badaczy zajmujących się  historią Ziemi Śmigielskiej. Autor listu nie ukrywa swoich emocji. Pisząc,  przenosi się wspomnieniami do czasu zasiadania w Radzie Nadzorczej spółdzielni "Rolnik" Opisuje podejrzane praktyki stosowane przez władze spółdzielni dla osiągnięcia zysków. Wspomina również o wątku kryminalnym, o którym pisałem w tym miejscu.   


Czesław Bednarczyk przy pracy ok. 1945 r.
Dzisiaj po 57 latach, które minęły od napisania listu do Mariana Niedźwiedzińskiego postanowiłem przedstawić go w całości. Liczę, że spotka się z zainteresowaniem czytelników bloga, bo to wspaniała pamiątka po moim i naszym Dziadku. W tym miejscu mała uwaga: list przepisałem dokładnie "słowo w słowo". Starałem się celowo nie poprawiać autora. Zależało mi aby oddać wiernie klimat tego listu. Niektóre zdania mogą wydawać się niezrozumiałe lecz to przecież nie ma żadnego znaczenia. 

Pierwsza strona z czterech listu Czesława Bednarczyka do Mariana Niedźwiedzińskiego 1962 r



                                                                       Dłużyna, dnia 22 stycznia 1962 roku



Do kierownika szkoły pana nauczyciela Niedźwiedzińskiego[1] w Krzycku Wielkim.



     Czynię radość życzeniom zamierzam opisać co i jak się broniono przed zalewem germanizmu tutejszych okolic w czym także działała Spółdzielnia Rolniczo – Handlowa „Rolnik”  w Śmiglu. Muszę zacząć od 1825 roku w którem to Dłużyna ma Reces[2] [...] Tym Recesem nadano chłopom w Dłużynie ziemię i zniesiono pańszczyznę. Tu znajduję[3] 25ciu obdarzonych ziemią a nikt nie podpisał a robił krzyżyk. W 1842 roku znajduję już 3 podpisy widocznie że szkół nie było bo jak wynika z Raportu z lat 1859-1861 cały powiat Kościan miał większość i to znacznie polską i tak: ewangelickiej 8.904, katolickiej 32.230, żydowskiej 7.037 razem 61 tys po miastach mieszkało Niemców 5.696 Polaków 5963 na wsi Niemców 7.839, 93.297 Polaków. Tu wychodzi ciekawe zjawisko ze Niemcy [...] z różnym kierunkiem. We wsi Popowo była majętność ziemska w polskich rękach a wieś niemiecka. W Boguszynie i Morownicy majątki niemieckie a wieś czysto polska. Ziemian niewielu już było Polaków jak Machcin, Czacz, Popowo. Te kilka ziemian a szczególnie duchowieństwo uświadamiało ludność polską zakładając towarzystwa jak Towarzystwo Robotników Polskich. Kółko rolnicze pierwsze w tych stronach Przemęt 1866 gdzie i rolnicy z Dłużyny i z Grotnik byli członkami. To [...] zakładano po innych parafiach. Powoli przyszła kolej na Banki Ludowe bo nawet w Przemęcie istniał Polski Bank Parcelacyjny. Pamiętam jak ten Bank kupił w mojej rodzinnej wsi[4] gospodarstwo i rozparcelował z którego rolnicy kupili coś gruntów.

      Handel zbożem jak wynika z Raportów był w rękach prywatnych. Nawet Niemcy nie organizowali go dopiero w końcu 18 wieku organizowano handel spółdzielczy. Nie mogę tu wiele podać terminów gdyż przez wysiedlenie mnie w 1940 roku straciłem wszystkie dane, które miałem. Należy przypuszczać że Polacy byli pierwsi, którzy „Rolnik”[5] założyli bo gdy po I wojnie wstąpiłem jako członek[6] „Rolnik” był dobrze prosperujący miał dwie kamienice w Rynku w Śmiglu oraz liczne magazyny a niemiecka unt Verkaufsgennossenschaft[7] skromny jeden budynek na końcu miasta gdzie biura i magazyny razem się mieściły. Konkurent był groźny, korzystał z różnych dotacji i pomocy majątków niemieckich. Nasza spółdzielnia broniąc się zorganizowała Filię w Starym Bojanowie gdzie już sporo Niemców było lecz okolica dalsza polska. Później i na Włoszakowice przyszła kolej, a gdy tu zaczęto handlować pośpieszyła się i niemiecka spółdzielnia robić konkurencje bo tu okolica niemiecka Krzycko, Zbarzewo, Jezierzyce. Przez tego byli z nimi konkurować [...] Mimo to konkurowała nasza Spółdzielnia dobrze do roku 1926. W tym roku Walne Zebranie wybrało mnie do Rady Nadzorczej [„Rolnika”] Pobiłem tu hrabiego z Czacza[8] jednak gdy się do mnie zwrócono żeby zrezygnować na rzecz hrabiego wiedząc że jest pomocny i potrzebny w uzyskaniu kredytów itd. – zrezygnowałem. Jednak w 1927 zostałem znowu wybrany z powodu śmierci jednego z członków Rady.

            Rok 1926 był słabo urodzajny i zboża mało. Mam notatki że np. żyto kosztowało 20 zł. Zaczęło drożeć już na początku 1927 płacono 23 zł zaś krótko przed żniwami zł 30. I tu zaczęła się gehenna dla spółdzielni. Czy nadzieja, że jeszcze będzie droższe [przyp. żyto] czy na złość kierownik i członek Zarządu bo jemu Rada nie podwyższyła premii a miał 900 zł miesięcznie i wolne 8 pokojowe mieszkanie magazynowano wszystko tak że gdy 1 lipca jak zwykle przystąpiła Rada do inwentury zastalim wszystkie magazyny pełne zboża (żyta). Powstało tu pytanie skąd pieniądz był na to w kasie a były bo [...] okazało się że Zarząd brał gotówkę w depozyty również było zboże w depozycie i wreszcie sporo weksli grzecznościówek  a to przecież sprzeczne było ze statutem w dodatku płacono 15% [...] Po żniwach 1927 roku zboże bardzo staniało gdyż rok był bardzo urodzajny np. ja miałem oryginał Pelbus który mi dał 16,25 centylów z morgi a owies Ligawo[9] dał przeszło 20 centylów z morgi w ogóle było zboża w bród i taniało że nawet do 4 zł przyszło. Te zapasy nie zaraz sprzedano i o ile się nie mylę sprzewadano po 18 zł za centyl do bilansu [...] Centrala po 30 zł. Wprawdzie nie kupiono tegoż za 30 zł lecz przez to że podano do [...] 30 powstała spora nadwyżka bilansowa od której Zarząd brał tantiemy i to jest [żenadą ?] 20% II 15% III 5%. Można tu wyrobić obrazek jaki P.P zrobili interes a spółdzielnia przez to kolosalne straty. W miarę postępującego kryzysu 29 30 31 roku wierzyciele spółdzielni wiele było niewypłacalnych a w dobrych latach brało się towary na kredyt i tu znów kwiatek. Majętność Bucz była w rękach niemieckich. Ojciec Niemiec wydzierżawił synowi swemu ten majątek tenże nabrał towaru na kredyt za przeszło 55 tys. zł i gdy miał spłacić zwiał do Niemiec a stary[10] brał znów w swoje ręce i nie myślał żeby to popłacić i mimo długotrwałych procesów nie można było go zmusić żeby to pokrył [...] Był to cios dotkliwy w dodatku w 1928 roku miało miejsce że powstała bójka między dyrektorem Banku Ludowego w Lesznie a żoną pierwszego członka Zarządu naszej Spółdzielni a odegrało to się     w biurze spółdzielni. Jeden posterunkowy Milicji w Śmiglu którego wezwano został zabity bo stanął w obronie naszego I członka zarządu. Tu się miarka przebrała zmuszono zawiesić I członka z nami nikt nie konsultował a członkowie masowo zaczęli ustępować [...] depozyty i gotówkowe i za zboże które było w depozycie a i grzecznościowe weksle trzeba było realizować a to tak wpłynęło na Radę Nadzorczą że wszystko [zadeponowało ?] i tak K [Wureśniak?] z Czacza zmarł. Speichart z Popowa zmarł. Hrabia Zalewski najpierwszy zastąpił w [...] księży i kupców co była w Radzie ustąpiła, tak że trzeba było zwołać Walne zebranie żeby powziąć jakąś decyzję. Przy przebadaniu teraz całą działalność okazało się ze pierwszy członek Zarządu ma 72 tys zł miesięcznie premii personel spółdzielni prowadzi zarządowi księgowość bo mieli niby własne samochody które kursowały jako dorożki. Samochody były kupione z pomocą gotówki Spółdzielni itp. także ja nie mogłem się zgodzić żeby tu obyło się bez prokuratora. Niestety mego wniosku nie mogłem przeprowadzić, stałem w mniejszości a ten pan zyskał 2700 zł bo 3 miesiące było wypowiedzenie. Walne Zebranie uchwaliło 3 krotną dopłatę do [...] obniżając radę do 9ciu członków, brakujących wybrano innych teraz już samych chłopów bo do bankructwa nie chciano doprowadzić z uwagi na to że posiadłości to znowu domy i magazyny podczas kryzysu niewiele by przyniosły. Tak więc zaczelim [...] Spółdzielnie. Prezesem został p. Kapczyński z Boszkowa który nie ustąpił i mnie wybrano sekretarzem Rady i tak zostało już aż do rozliczenia się i zaprowadzenia nas do Włoszakowic gdzie jak Panu wiadomo rozpoczelim w dziesięciu pracę w Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w 1945 roku.

       Wiele poświęciłem czasu na tą pracę w Spółdzielni tej i gdy tu w Włoszakowicach nie działo się tak jak winno być to mnie który tę sprawę już przechodził bardzo niepokoiło żeby w podobny sposób członków nie narażać. W końcu musze nadmienić ze brak jest wśród członków cywilnej odwagi i boją się piętnować niedociągnięcia które niestety często mają miejsce. Nie biorę już teraz udziału w tych rzeczach. Żywię nadzieję ze teraz jest już inaczej bo w skutek lepszych przygotowań i większej oświaty powinno wpływać i na ten kierunek że bać się chłop nie potrzebuje choćby nie wiem jakiego działacza który by chciał coś wmawiać.

            Kończąc proszę mi darować że piszę tak niewyraźnie bo moja stara ręka drży i pismo nie wychodzi tak jak być winno.

                                                                            Z spółdzielczym Pozdrowieniem

                                                                                           Bednarczyk Czesław


[1] Marian Niedźwiedziński był kierownikiem szkoły podstawowej w Krzycku Wielkim oraz założycielem  i wieloletnim kierownikiem Wiejskiego Teatru Poezji „Kalina” w Krzycku Wielkim. Przybył on do Krzycka Wielkiego w 1953 r. Po pewnym czasie z jego inicjatywy zorganizowano kółko recytatorskie, które zaczęło odnosić sukcesy. Zaczęto zastanawiać się nad zorganizowaniem teatru. Marianowi Niedźwiedzińskiemu udzielił wsparcia instruktor Domu Kultury w Lesznie Jacek Małecki. Przy jego pomocy powstał w 1961 r. pierwszy program Wiejskiego Teatru Poezji w Krzycku Wielkim pt. „Kalina czyli obrazki wiejskie”. Stąd też wzięła się nazwa zespołu „Kalina”. Przygotowywaniem scenariuszy i reżyserią przedstawień zajmowali się: Marian Niedźwiedziński, Jacek Małecki i Zdzisław Smoluchowski. Członkami teatru byli zarówno uczniowie, jak i osoby dorosłe. Przygotowywane spektakle oparte były na wielkopolskim folklorze ludowym. Teatr cieszył się w lokalnym środowisku dużą popularnością. Osiągał także znaczne sukcesy na wojewódzkich i ogólnopolskich festiwalach i przeglądach. Przykładowo w 1965 r. „Kalina” zajęła I miejsce w przeglądzie wojewódzkim, a  w 1976 r. zdobyła główną nagrodę na Ogólnopolskich Prezentacjach Teatrów Dramatycznych  w Stalowej Woli.  Marian Niedźwiedziński zmarł w 1984 roku. 
[2] Tu dokument, którym nadano chłopom ziemię
[3] Czesław Bednarczyk prawdopodobnie miał okazję czytać dokument, którym zniesiono w Dłużynie pańszczyznę.
[4] Radomicko
[5] „Rolnik” Spółdzielnia Rolniczo – Handlowa w Śmiglu
[6] członek Zarządu „Rolnika”
[7] Konkurencyjna dla „Rolnika” spółdzielnia założona przez Niemców
[8] prawdopodobnie chodzi o hrabiego Żółtowskiego właściciela majątku Czacz
[9] Odmiana zboża
[10] jego ojciec

wtorek, 22 stycznia 2019

Franciszek Lemanowicz i Rozalia Schilke

W styczniu 2016 roku odwiedziłem Gdańsk. Towarzyszyła mi Beata, która uwielbia podróże o każdej porze roku. Podróż zakończyła się przykrą przygodą z autem ale pomimo tego obfitowała w wiele sympatyczniejszych wrażeń. Jednym z celów wycieczki było odnalezienie grobów moich pradziadków Franciszka Lemanowicz (1874-1964) i Marii z Lubomskich (1875-1959) na historycznym cmentarzu w Gdańsku Oliwie znajdującym się przy ul. Opackiej 8.  Cel został osiągnięty o czym informowałem na Facebooku. Przy okazji udało nam się odnaleźć inne ważne dla nas nagrobki między innymi Łucji z Lemanowiczów (1909-1998), córki Franciszka Lemanowicz i Marii z Lubomskich. Przy niektórych nagrobkach zostawiłem listy. Umieściłem je pod zniczami, licząc na to że znajdzie je ktoś z rodziny.

Grób Andrzeja Waliszewskiego i Łucji Waliszewskiej  


Listy wsunąłem pod znicze.





Dzisiaj znowu powracam do swoich przodków z Ziemi Chełmińskiej. Od kilku tygodni przeglądam dostępne w archiwach dokumenty i próbuję znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie: kiedy dokładnie Lemanowicze osiedlili się w okolicach Wąbrzeźna? Odpowiedzi szukam w dostępnych w internetowych archiwach aktach metrykalnych z kilku sąsiadujących z Wąbrzeźnem parafiach. Mam nadzieję, że w ten sposób uda się ponad wszelką wątpliwość wykluczyć niektóre miejscowości, wsie i przysiółki z moich poszukiwań. Póki co ustaliłem, że pierwszymi mieszkańcami Wąbrzeźna noszącymi nazwisko Lemanowicz byli moi prapradziadkowie Jan Lemanowicz (1839-1895) i jego żona Katarzyna z Witkowskich (1847-?). Oboje osiedlili się w tym mieście w 1873 lub 1874 roku po 14 latach wspólnego życia w Nowej Wsi Królewskiej, miejscowości oddalonej  o ok. 10 km na północny zachód od Wąbrzeźna. W części miasta zwanej Podzamkiem zamieszkali ze sporą gromadką dzieci: Franciszką, Katarzyną, Adamem, Marianną i Janem. Trudno dzisiaj znaleźć odpowiedź na pytanie co było przyczyną wyprowadzki ze wsi do miasta.  W Wąbrzeźnie na świat przyszły kolejne dzieci Franciszka i Katarzyny: mój dziadek Franciszek, którego grób odnalazłem w Gdańsku Oliwie, jego starsza siostra Julianna oraz najmłodszy brat Hieronim (zmarł w 1880 roku przeżywszy niespełna 10 miesięcy).

Wróćmy do Nowej Wsi Królewskiej. 10 lutego 1839 roku na ślubnym kobiercu stanęli młodzian Franciszek Lemanowicz lat 27 i  Rozalia Schilke panna lat 23.

Strona z metryki Ślubów z Nowej Wsi Królewskiej za 1839 rok. Pod poz. 3 zapisano fakt zawarcia związku małżeńskiego pomiędzy Franciszkiem Lemanowicz i Rozalią Schilke
Z aktu zawarcia tego związku małżeńskiego dowiadujemy się, że oboje  byłi wyznania katolickiego. Ceremonię ślubną poprzedziły 3 zapowiedzi dokonane w kościele parafialnym w Nowej Wsi Królewskiej w dniach 27 stycznia, 3 i 10 lutego 1839 roku. Z aktu dowiadujemy się ponadto, że  narzeczeni zawarli małżeństwo za zgodą sądu, co zostało wyraźnie zapisane w jednej z rubryk jako "consensus judicii". Zgoda sądu była wymagana np. w przypadkach gdy rodzice młodych już nie żyli. W naszym przypadku chodzi raczej o rodziców znacznie młodszej Rozalii. 
Franciszek i Rozalia zamieszkali we wsi Mgowo oddalonej od Wąbrzeźna o ok. 20 km na północny zachód. Tutaj przychodziły na świat ich dzieci: Jan (1839-1895), Marianna (1841- prawdopodobnie zmarła przed 1845 r), Marianna (1845-1911). Po 1845 roku rodzina przeniosła się do wsi Bągart
Tutaj przyszły na świat Franciszek (1848 -?) i Rozalia (1851 -?). Ich kolejne dziecko - syn Walenty urodził się we wsi Pieńki w 1854 roku. Ostatnie dziecko - córka Franciszka przyszła na świat w 1860 roku w Nowej Wsi Królewskiej. Aż do osiągnięcia dorosłości przez dzieci Franciszka Lemanowicz i Rozalii Schielke nie napotkałem obecności "innych" Lemanowiczów w promieniu 30 km od Nowej Wsi Królewskiej. Dopiero po roku 1874 potomkowie Franciszka i Rozalii zaczęli osiedlać się w takich miejscowościach jak Niedźwiedź, Lisewo i Wąbrzeźno.
Skąd więc na ziemi Chełmińskiej wzięli się Franciszek Lemanowicz i Rozalia Schilke?   W ich akcie małżeństwa nie podano imion rodziców ani miejsca urodzenia. Z całą pewnością nie urodzili się w którejś z miejscowości leżących niedaleko Wąbrzeźna.  Nie znalazłem tam bowiem żadnego śladu obecności osób noszących nazwisko Lemanowicz lub Schilke przed 1839 rokiem.  Gdzie więc mieszkali Lemanowicze w XVIII i na początku XIXw? Według mojego rozeznania mieszkali przede wszystkim w okolicach Drobina i Rypina. Obie te miejscowości znajdują się kilkadziesiąt kilometrów na południowy wschód od Wąbrzeźna. Kto wie, może właśnie tam powinienem szukać swoich korzeni? Kluczem do odpowiedzi na postawione pytanie z pewnością  będzie odnalezienie aktów urodzenia Franciszka Lemanowicz lub Rozalii Schilke.

środa, 31 października 2018

Stąd nasz ród.

Jeśli czytasz tego bloga i nosisz nazwisko "Zakręt" względnie "Zakrent"  to wiedz, że Twoje historyczne korzenie sięgają Ziemi Ostrzeszowskiej. Ja również mam trochę Twojej krwi za sprawą mojej Prababki Stanisławy Zakręt /1894 - 1964/. Początków historii wielkiej rodziny Zakrętów należy szukać około roku 1795. Mniej więcej w tym czasie pojawił się w okolicach Mielcuch niejaki Wojciech Zakręt. Młody, około 20 letni mężczyzna przybył tu prawdopodobnie z okolic Grabowa nad Prosną w poszukiwaniu pracy. Należy pamiętać, że koniec XVIII w był bardzo łaskawy pod względem gospodarczym dla okolicznych miejscowości. W latach 1783—1784 w Grabowie oddano do użytku wielki piec hutniczy.  Podobnie wieś Czajków stała się w owym czasie znanym w okolicy ośrodkiem metalurgicznym. Źródła podają, że w roku 1790 we wsiach Kraszewice, Głuszyna, Czajków i Kuźnica,  znajdował się tartak, młyn o trzech kołach, młyn o dwóch kołach, 3 młyny po jednym kole, browar, a przede wszystkim huta żelaza i 3 fryszerki /piec metalurgiczny, w którym surówkę przerabiano na stal/.  Poza tym znajdowało się tam 8 karczm. Dzisiaj wyobraziłem sobie, że w takich oto okolicznościach Wojciech Zakręt poznał kobietę, która wkrótce została jego pierwszą żoną. Była nią młodsza o 4 lata od Wojciecha Magdalena Lemiesz. Pierwsza żona Wojciecha Zakręta urodziła się około 1779 roku w Pustkowiu Lemiesz w rodzinie Sebastiana Lemiesza i jego żony Reginy. Szczęśliwie do naszych czasów zachował się Regestr Ludności Chrześcijan w Parafii Kraszewickiej w Dekanacie Kaliskim w Województwie i Powiecie Sieradzkim leżącej Dnia Ostatniego Miesiąca Grudnia Roku 1790 Spisany przez Księdza Antoniego Wrońskiego Komendarza Dożywotniego Religii Rzymsko Katolickiej. Wynika z niego, że rodzina Sebastiana Lemiesza mieszkała w chacie nr 34. Oprócz podeszłych wiekiem Sebastiana i jego żony Reginy, chatę zamieszkiwali ich syn Wojciech, córki Zofia Rozyna, Marianna i Magdalena, zięć Franciszek, wnuczki Tekla i Rozalia oraz pastuszek Wojciech. Ślub Wojciecha i Magdaleny Lemiesz odbył się w kościele w Kraszewicach około 1799 roku. Małżonkowie zamieszkali w Pustkowiu Lemiesze a wkrótce na świat przyszły ich dzieci: Franciszek /1799-1850/, Marianna /1801-1851/, Jadwiga /1803-1863/, Wojciech /1807-1811/, Antoni /1810-1811/, Wincenty /1811-1858/, Krystyna /1812-?/, Justyna /1813-?/, Roch /1818-1827/. W styczniu 1819 roku Magdalena ciężko zachorowała. Śmierć przyszła 10 stycznia 1819 roku o godzinie 11 przed południem. Wojciech powiadomił o śmierci żony swojego sąsiada Walentego Piaskowskiego z Pustkowia Wyrwas.Dwa dni później oboje zapukali do drzwi miejscowego księdza Jana Ludwika Krajewskiego aby zgłosić zgon. Magdalena zmarła w wieku 40 lat. Zostawiła męża z gromadką dzieci. Wojciech Zakręt był biednym rolnikiem. Doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że musi szybko znaleźć kolejną towarzyszkę życia aby mogła pomóc mu nie tylko w wychowaniu dzieci ale również w pracy na roli. Z archiwalnych dokumentów z początku XIX w wynika, że Wojciech Zakręt nie próżnował po śmierci pierwszej żony. Po niespełna 4 tygodniach jakie upłynęły od śmierci Magdaleny, 44 letni Wojciech Zakręt ponownie stanął na ślubnym kobiercu. W dniu 3 lutego 1819 roku w kościele kraszewickim zawarł związek małżeński z 24 letnią Marianną z Gałdynów córką Adama i Katarzyny Gałdyn. Akt zawartego małżeństwa jest dokumentem szczególnym. To właśnie w nim po raz pierwszy wymieniony jest z imienia i nazwiska najstarszy mój przodek z linii Zakrętów. To dzięki temu dokumentowi doszedłem do wniosku, że Wojciech Zakręt nie pochodził z okolicznych pustkowi ale był przybyszem "z zewnątrz". W przytoczonym powyżej Regestrze Ludności Chrześcijan w Parafii Kraszewickiej w Dekanacie Kaliskim na próżno szukać osób noszących nazwisko "Zakręt". To wystarczający dowód na to, że Wojciech był protoplastą rodu Zakrętów na Ziemi Ostrzeszowskiej. Akt małżeństwa, co ciekawe, nie podaje imion rodziców Wojciecha. Z dokumentu nie dowiemy się również gdzie dokładnie pan młody się urodził. Ksiądz udzielający ślubu/ ten sam, który miesiąc wcześniej pochował pierwszą żonę Wojciecha/ zapisał w dokumencie, że Wojciech przedłożył mu akt urodzenia wystawiony w parafii grabowskiej. Należy z tego wyciągnąć wniosek, że Wojciech pochodził albo z samego Grabowa nad Prosną, albo z jakiejś wsi leżącej niedaleko Grabowa. Może kiedyś uda się to ustalić.
Fragment aktu małżeństwa Wojciecha Zakręta z Marianną z Gałdynów 1819 r.
Świadkami zawarcia związku małżeńskiego byli wymieniony już wcześniej Walenty Piaskowski z Pustkowia Wyrwas, Ignacy Szala, Bartłomiej Gałdyn i Wawrzyniec Gałdyn. Z tego związku przyszło na świat sześcioro dzieci: Antonina, Łucja, Barbara, Tomasz, Marcin, Franciszka.

Wojciech Zakręt zmarł w Pustkowiu Lemiesz w 1839 roku. Zostawił po sobie liczną rodzinę, która przez następne kilka pokoleń niezmiennie zamieszkiwała Mielcuchy i okoliczne wsie.

czwartek, 17 maja 2018

Andrzej Zakręt- żołnierz Kampanii Wrześniowej

O Feliksie Zakręcie oraz jego bracie Andrzeju już kiedyś pisałem - o właśnie TU. Wówczas to skupiłem się głównie na okolicznościach ich przyjścia na świat. Mogłem sobie na to pozwolić ponieważ otrzymałem kserokopie oryginalnych aktów urodzenia obu braci, które przysłano mi z Archiwum Państwowego w Kaliszu. Lubię wracać do tej części rodziny Zakrętów, ponieważ wiążą się z nią ciekawe z punktu widzenia genealoga historie. Przypomnę tylko, że wciąż otwartą kwestią pozostaje prawdziwa data i miejsce urodzenia matki obu braci - Stanisławy Zakręt. Co prawda w akcie zgonu mojej Prababki podano, że urodziła się w 13.11.1894 roku w Mielcuchach ale nie udało mi się w żaden sposób tego potwierdzić. W Księdze Urodzonych parafii Kraszewice, do której należała wieś Mielcuchy, pod wskazaną datą ani w całym 1894 roku oraz w latach wcześniejszych, a także późniejszych, nie odnotowano jej narodzin. Można za to bez problemu  znaleźć tam wszystkie pozostałe dzieci Szczepana Zakręta i Zofii Jabłońskiej. Dlaczego? Brałem pod uwagę różne scenariusze ale ostatecznie nie przychylam się do żadnego z nich. Wszystkie znajdziesz Drogi Czytelniku na kartach tego bloga. Inna tajemnicza sprawa dotyczy ojca lub ojców obu braci.  Faktem jest, ze obaj byli dziećmi nieślubnymi. Pierwszego z nich - Feliksa, Stanisława wydała na świat w 1913 r. mając zaledwie ukończone 18 lat. Andrzej urodził się dwa lata później jesienią 1915 r. Przeglądając teczkę dowodową /o teczkach dowodowych pisałem TUTAJ/ Andrzeja Zakręta natknąłem się na ciekawy dokument: Deklarację Członkowską złożoną przez niego na okoliczność przystąpienia do ZBOWiD. Figuruje w niej imię ojca: "Szczepan". Nie wiem dlaczego ale od razu przyszedł  mi na myśl dziadek Andrzeja. Sądzę, że Szczepan Zakręt mógł faktycznie zastępować chłopcom ojca. Skoro mogło tak być to rodzi się pytanie dlaczego Feliks nie postępował w ten sam sposób? Jego teczkę dowodową również przeglądałem i natrafiłem na ankietę, w której jako swojego  ojca Feliks wskazuje Marcina. Zapewne chodzi o męża Stanisławy, który jak wiemy na pewno nim nie był. Dość zagadek, czas na konkrety. Oto krótka historia z życia Andrzeja Zakręta. Historia przez wielkie "H" którą tworzył Andrzej i miliony innych Polaków wraz z wybuchem II Wojny Światowej. Historia wiarygodna bo spisana osobiście przez Andrzeja Zakręta. 

Andrzej Zakręt ukończył w Piotrowicach 4 klasy Szkoły Powszechnej. W 1929 roku w wieku 14 lat rozpoczął pracę w majątku Trzebiny w charakterze robotnika rolnego. 24 marca 1938 roku został wcielony do odbycia zasadniczej służby wojskowej, którą pełnił  jako szeregowy  w 3 kompanii karabinów maszynowych 55 Pułku Piechoty w przygranicznym Rawiczu. Podstawowe szkolenie wojskowe ukończył w maju 1938 roku uroczystą przysięgą wojskową. W listopadzie 1938 roku rozpoczął 6 miesięczny kurs na celowniczego ciężkiego karabinu maszynowego CKM. W kwietniu 1939 roku został wyznaczony na stanowisko celowniczego w kompanii karabinów maszynowych. W przededniu II Wojny Światowej otrzymał przydział do plutonu taczanek - pojazdów jednoosiowych, na których zamontowany był karabin maszynowy. Pojazd ten ciągnięty był przez konie. W nocy z 30 sierpnia na 1 września 1939 roku Andrzej Zakręt zajmował jedno ze stanowisk osłonowych bezpośrednio na granicy Państwa w okolicach Rawicza. Wczesnym rankiem 1 września 1939 roku rozgorzała bitwa graniczna. Napierający z całą mocą swych oddziałów Niemcy  zaczęli skutecznie wypierać polskie odziały spod granicy. Niemcy ostrzeliwali polskie pozycje oraz przygraniczne miejscowości pociskami artyleryjskimi. Toczono potyczki na całej linii pasa granicznego. Zadaniem plutonu taczanek było zabezpieczać działania Batalionu Obrony Narodowej. Kilkukrotna przewaga siłowa Niemców spowodowała, że pluton w którym służył Andrzej Zakręt po kilku dniach zaczął wycofywać się wraz z całym 55 Pułkiem Piechoty na północny wschód po trasie Śrem, Kutno, Sochaczew. Andrzej Zakręt wspominał, że pod Sochaczewem jego oddział został okrążony. Polskim żołnierzom udało się szczęśliwie przerwać okrążenie, jednak manewr ten okupiono wysokimi stratami w ludziach i sprzęcie. 

Zajrzyjmy do Wikipedii....

"....13 września w godzinach rannych dowódca pułku płk Wiecierzyński otrzymał rozkaz ze sztabu dywizji do opuszczenia dotychczasowych stanowisk w okolicy Sochaczewa i wycofania pułku za Bzurę. Wycofywano się przez spalony Piątek w kierunku na Erminów-Bronisławy-Szwarocin.  Dowódca pułku, wraz z kompanią techniczną i plutonem artylerii piechoty, zatrzymał się na postój w dworze Szwarocin. Wówczas to nastąpił atak niemieckich czołgów, na stanowiska obronne 55 Pułku Piechoty  w Szwarocinie Starym. Niemieckie natarcie zostało wstrzymane ogniem dział przeciwpancernych. Zniszczono kilka czołgów, zmuszając resztę do odwrotu na zachód. Czołgi zaatakowały również I batalion, zadając mu duże straty. Ze zdziesiątkowanych kompanii płk Wiecierzyński utworzył odwód i wycofał go do zachodniej części Szwarocina Starego. Wkrótce pułk utracił łączność ze sztabem dywizji. Wysyłani łącznicy wpadali w ręce wroga lub nie mogli przedostać się przez pierścień nieprzyjaciela.Pomimo tego, że pułk znajdował się w okrążeniu, płk Wiecierzyński podjął decyzję o próbie sforsowania Bzury i przebicia się do Puszczy Kampinoskiej...."

Fragment życiorysu Andrzeja Zakręta spisanego w 1973 roku. 
Andrzej Zakręt wspominał, że podczas przeprawy przez Bzurę zabito jego dwa konie zaprzęgnięte do taczanki. Sytuacja była beznadziejna. Dowódca plutonu rozkazał żołnierzom zatopić pozostały sprzęt i ratować własne życie. Po dotarciu do Kampinosu Andrzej Zakręt mógł trochę odpocząć. Żołnierze uzupełnili amunicję i posuwali się dalej w kierunku  Warszawy. Nie przypuszczali, że w tym czasie stolica była już oblężona. To uniemożliwiło im dostanie się do miasta. Po namyśle postanowili próbować przedrzeć się do twierdzy Modlin. Ostatnią bitwę oddział Andrzeja Zakręta stoczył 19 września 1939 roku pod wsią Palmiry niedaleko Warszawy. Z powodu braku amunicji żołnierze zmuszeni byli poddać się. Andrzej Zakręt trafił do niemieckiej niewoli. Kilka dni spędził w obozie jenieckim w Lesznie /miasto koło Warszawy, woj. mazowieckie/ a następnie został przeniesiony do Pabianic, gdzie przebywał przez następnych 5 tygodni. Po tym okresie został wywieziony w głąb Niemiec gdzie spędził resztę wojny. W Niemczech przetrzymywany był w Stalagu IVB na terenie Saksonii. Pracował jako robotnik przymusowy oraz pomocnik ogrodnika w majątku ziemskim.


Zaświadczenie stwierdzające, że Andrzej Zakręt był jeńcem wojennym w stalagu IVB
21 kwietnia 1945 roku obóz, w którym przebywał Andrzej Zakręt został oswobodzony przez wojska amerykańskie. W dniu 25 lipca 1945 roku Andrzej Zakręt wrócił do kraju. W latach 1946-1959 pracował jako robotnik w Krążkowie /woj. lubuskie/. W październiku 1949 roku przeprowadził się do Krzepielowa. W zasobach Archiwum Państwowego w Zielonej Górze odnalazłem dokumenty, z których wynika, że Andrzej Zakręt był tzw. osadnikiem wojskowym. 5 lipca 1945 roku – Naczelny Dowódca Wojska Polskiego marszałek Michał Rola-Żymierski wydał rozkaz nr 0141 w sprawie akcji osiedleńczej żołnierzy. Nakazywał on wszystkim dowódcom jednostek ożywić i szeroko rozwinąć akcję osiedlania się rodzin wojskowych na terenach tzw. Ziem Odzyskanych. Akcja osiedlania się byłych polskich żołnierzy i jeńców wojennych miała charakter masowy. Stanowiła ona w dziejach naszego narodu przykład ruchów migracyjnych o naj­większych rozmiarach. Osadnictwo wojskowe stanowiło specyficzną formę osadnictwa w powiatach nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem, głównie ze względu na swój charakter, sposób organizacji i realizacji. Zadania stawiane przed osadnictwem wojskowym miały z jednej strony zaspokoić potrzeby demobilizowanych żołnierzy i ich rodzin, z drugiej pełnić określone funkcje społeczne i polityczne. Co ciekawe, wydzielenie powiatów pod osadnictwo wojskowe, wzdłuż zachod­niej granicy państwa polskiego nie było kwestią przypadku. Zdemobili­zowani żołnierze mieli tu tworzyć zbiorowość zdolną do pierwszego przeciwstawienia się ewentualnemu ponownemu zagrożeniu ze strony Niemiec. Dla znacznej grupy żołnierzy osadnictwo wojskowe było jednak jedyną szansą na otrzymanie ziemi i gospodarstwa. Z pewnością było tak w przypadku Andrzeja Zakręta, który w ramach osadnictwa wojskowego przejął w Krzepielowie dom z gospodarstwem rolnym o powierzchni ok. 3,2 ha.

Zaświadczenie stwierdzające prawo do ulg osadniczych. Zielona Góra 1966 r.

Andrzej Zakręt przestał być żołnierzem 30.11.1947 roku. Z tym dniem został przeniesiony do rezerwy












środa, 5 lipca 2017

Dzisiaj 128 rocznica urodzin Czesława Bednarczyka

Gdyby żył mój pradziadek Czesław Bednarczyk, obchodziłby dzisiaj urodziny. Na torcie urodzinowym paliłoby się 128 świeczek. Wielki to musiałby być tort! Cóż, Dziadka już nie ma wśród nas ale żyją jeszcze jego bliscy, którzy dobrze go pamiętają. Dzisiaj krótka wzmianka na temat tej nietuzinkowej postaci, której przyszło żyć i pracować w ciekawych ale zarazem trudnych czasach. 

Czesław BEDNARCZYK urodził się w Radomicku 5 lipca 1889 roku w rodzinie Szczepana Bednarczyka i Anastazji Skorupińskiej. Ojciec Czesława zajmował się w tym czasie kupiectwem, obwoźnym handlem różnorakimi towarami. Matka Anastazja czuwała nad domem i licznym rodzeństwem Czesława. Mój Dziadek w młodości pracował jako kowal w dłużyńskiej fabryce maszyn rolniczych należącej do Józefa Nitschego. Po wybuchu I wojny światowej służył w szeregach pruskiego wojska na froncie wschodnim. W 1917 roku pod Stanisławowem dostał się do rosyjskiej niewoli, z której powrócił w styczniu 1919 roku. Natychmiast zajął się podupadłym gospodarstwem. Szybko zjednywał sobie sąsiadów, którzy przez wiele następnych lat wysuwali go na stanowisko sołtysa. Czesław Bednarczyk był prawdziwym społecznikiem, niespokojną duszą ciągle szukającą zajęcia.  Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej zaszczepił wśród mieszkańców wsi Dłużyna miłość do teatru. Reżyserował spektakle, w których każdy z mieszkańców wsi mógł poczuć się jak prawdziwy aktor. Tą działalność kulturalną prowadził także po odzyskaniu niepodległości a nawet w Polsce Ludowej. Pisząc bloga poświęciłem Czesławowi Bednarczykowi mnóstwo miejsca. Zachęcam, aby w tym szczególnym dla jego pamięci dniu przypomnieć sobie niektóre fakty z jego życia. Mam nadzieję, że przydatne okażą się linki postów o Czesławie, które zamieściłem poniżej.



sobota, 13 maja 2017

Od Bednarza do Bednarczyka

Dzisiaj małe święto, wino już się chłodzi. 13 stycznia 2013 roku napisałem swój pierwszy post, rozpoczynając tym samym cykl poświęcony historii rodzin Hudzik, Bednarczyk, Lemanowicz i zakręt. W tej chwili czytacie już setny odcinek moich zmagań z genealogią. Trochę tego się nazbierało. Warto by z tym coś zrobić, jakoś uporządkować, może podsumować. Kolejne wyzwanie. Pamiętacie Antoniego Bednarczyka ze Smolna? Miałem przyjemność Wam go przedstawić w poście z 15 stycznia 2017 roku. Dzisiaj z satysfakcją śpieszę donieść, że poznałem parę nowych faktów z historii jego rodziny. Muszę się nimi szybko  podzielić, aby rozładować emocję! Przy okazji poznałem znaczenie wyrażenia swojego syna "jarać się" :). Owszem, Synu: jaram się, ale wiedz, że dla prawdziwych pasjonatów to zjawisko jest ze wszech miar pożądane :) No więc co z tym Antonio? Wiemy już, że w XVIII w i aż do 1818 roku rodzina Antoniego Bednarczyka zajmowała dom pod numerem 1 w leśnej osadzie Smolno k/ Radomicka. O samej osadzie Smolno już pisałem. Jednak dla pełnego obrazu warto dodać za Janem Napomucenem Bobrowiczem, który w swojej książce pt. "Opisanie historyczno-statystyczne Wielkiego Księstwa Poznańskiego" /wydanie z 1846 roku/ opisuje Osadę Smolno jako folwark z 3 dymami /domami/, w których mieszkało 27 mieszkańców! Swoją drogą chętnie bym tam pojechał aby stanąć na ziemi uprawianej 250 lat temu przez moich przodków. Dość sentymentów, czas na fakty! Kilka dni temu ustaliłem, że w domu Antoniego Bednarczyka i jego żony Reginy z Kasprowiaków oprócz niezłej gromadki dziatwy mieszkał również jego ojciec i matka. Ojcem Antoniego był Marczyn /Marcin/ Bednarz. Tak, tak nie pomyliłem się: Bednarz. Imienia matki jeszcze nie ustaliłem ale to tylko kwestia czasu. Wrócę jednak do nazwiska Bednarz. Dlaczego Bednarz a nie Bednarczyk? Na przełomie XVIII i XIX w na wielkopolskiej wsi nazwiska dopiero się kształtowały. Nie przywiązywano, tak jak to dzieje się dzisiaj, szczególnej wagi do ich ciągłości i niezmienności. Prościej było powiedzieć "Michał - kowal z Radomicka" niż Michał Kowal, albo Jędrzej nowak z Wydorowa, określając w ten sposób nowego obywatela miejscowej społeczności.  z Czasem pojawiła się tendencja do zdrabniania nazwisk swoim potomkom. Dzieci Nowaka stały się Nowaczykami, dzieci Kowala - Kowalczykami. To samo stało się z nazwiskiem moich przodków. Dzieci Marcina Bednarza na przełomie wieków zaczęły nosić zdrobniałą formę nazwiska Bednarz - Bednarczyk. Po raz pierwszy spotkałem się z tym ciekawym zjawiskiem przy okazji czytania aktu zawarcia związku małżeńskiego w 1803 roku pomiędzy Szczepanem Wojciechowskim a córką Marcina Bednarza - Krystyną. Świadkiem tej uroczystości był nie kto inny jak brat Krystyny Antoni, ale wymieniony już jako Bednarczyk.

Marcin Bednarz był więc moim praprapraprapradziadkiem ze Smolna. zmarł 30 października 1808 roku w swoim domu pod numerem pierwszym we wsi Smolno.

Akt ślubu Krystyny Bednarczyk córki Marcina Bednarza z 1803 roku.
Teraz chciałbym poznać przodków Marcina Bednarza. Niestety zasoby Internetu są ograniczone. Czeka mnie więc wizyta  z Archiwum Archidiecezjalnym mieszczącym się w Poznaniu na Ostrowie Tumskim. Są tam przechowywane akta metrykalne z parafii radomickiej z całego XVIII w. Póki co czeka mnie przyśpieszony kurs łaciny ale za to potem....mmmm miodzio! Na koniec krótka refleksja. Kiedyś napisałem post na temat Krzysztofa bednarza z Radomicka. Może Krzysztof był ojcem Marcina Bednarza?