wtorek, 5 października 2021

Wspomnienia Telesfora Bednarczyka (1929-2018)

Telesfor Bednarczyk (1929-2018) był szóstym synem Czesława i Marianny z domu Kędziora. W 2001 roku obchodził 72 urodziny. Będąc świadomym szybko upływającego czasu, rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu i umieścił kasetę magnetofonową w kieszeni swojego "kaseciaka". Po chwili z jego ust zaczęły wydobywać się słowa...Tak powstały jego wzruszające wspomnienia, które dzisiaj, po 20 latach możemy wspólnie odsłuchać. Z nagrania dowiemy się o losach rodziny Bednarczyków z Dłużyzny w okresie okupacji. Telesfor Bednarczyk oczami nastolatka barwnie opisuje lata spędzone we wsi Zaborówiec po przymusowym wysiedleniu Bednarczyków z Dłużyny. Wspomina swoich krewnych, a także ...zaprasza nas do wspólnego śpiewania. Nagranie jest słabej jakości dlatego należy słuchać go uważnie i na zwiększonej głośności. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do wspólnego słuchania. Przed Wami Telesfor Bednarczyk. Klikajcie w link poniżej:

         Wspomnienia Telesfora Bednarczyka z 2001 roku.

 


niedziela, 11 lipca 2021

Hudzikowie z Mielcuch

Jak ten czas pomyka. A wokół zmiany, zmiany, zmiany....Czy się nudzę? Ależ skąd! Roboty co niemiara i to nie tylko w ogrodzie. Zewsząd mnóstwo impulsów pobudzających do działania. Wraz z upływem lat wcale ich nie ubywa, wręcz przeciwnie. Skoro już usprawiedliwiłem swoją małą aktywność na blogu, czas zacząć go pisać. Dzisiaj wracam do Mielcuch, sympatycznej wioseczki leżącej w powiecie ostrzeszowskim. Ciekawe, że przed 2013 rokiem nie miałem pojęcia o istnieniu tej miejscowości. Wszystko się zmieniło za sprawą potomków Klemensa Hudzika, którzy we właściwym dla mnie momencie "oświecili" mnie a moje skromne badania genealogiczne ukierunkowali we właściwym kierunku - w stronę  Mielcuch. Mielcuchy wcale nie są kolebką Hudzików. Raczej przystankiem w podróżach w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia. Przed 1909 rokiem w Mielcuchach pewnie nikt nawet nie słyszał o Hudzikach. Tacy tu nie mieszkali. Pełno tu było od lat Bednarków, Salomonów Pacynów, Niedźwiedzi, Bolków, Jeziornych, Zakrętów, Kędzi, Kosmalów, Gołdynów, Grzegorków, Raszewskich, Sibińskich...ale nie Hudzików. Aż do 1910 roku. Wówczas to we wsi pojawił się Klemens Hudzik/Chudzik* (1880-1941) wraz z poślubioną 4 lata wcześniej Jadwigą z Grzegorków (1882-1951) Towarzyszyła im dwójka ich dzieci: pięcioletni Jan (1905-1970) i jednoroczna Maria (1909-1990). Nowi mieszkańcy Mielcuch przyjechali ze wsi Gęsówka leżącej w gminie Wróblew k/Sieradza. Był jeszcze ktoś ale o tym za chwilę.

Klemens Hudzik był jedynym męskim potomkiem Tomasza Chudzika i Katarzyny z domu Alojziak/Alejziak. Urodził się 19 listopada 1880 roku we wsi Józefów w parafii Gruszczyce. Lata młodości spędził w Gęsówce. To tutaj prawdopodobnie przejął gospodarstwo po ojcu Tomaszu Chudziku. Gęsówka to bardzo ważne miejsce na genealogicznej mapie Hudzików. Oprócz wymienionych osób przynajmniej przez jakiś czas mieszkali tam inni członkowie rodziny Tomasza i Katarzyny Chudzików. Były to ich pozostałe dzieci: moja praprababka Franciszka (1872-1955), Kamila (1883-?), Marianna (1869-?) i prawdopodobnie Tekla (1875-1894). Dziadkowie Tomasz i Katarzyna wychowywali w Gęsówce wnuka o imieniu Marcin. To smutna historia o której wielokrotnie już pisałem i nie będę się teraz powtarzał. Napiszę tylko, że był to mój prapradziadek Marcin, który urodził się w tej wsi w 1896 roku (zmarł w Piotrowicach k/Leszna 29 maja 1945 r) Marcin był nieślubnym synem Franciszki, która- jak wszystko na to wskazuje - nie miała zamiaru go wychowywać. W tej sytuacji jedyne co mogła zrobić to oddać dziecko do jakiegoś przytułku lub zostawić na wychowanie swoim rodzicom w Gęsówce. Na szczęście wybrała to drugie wyjście, prawdopodobnie dlatego, że jej ojciec Tomasz miał dopiero 57 lat a Katarzyna właśnie ledwo przekroczyła 50tkę. I tak oto mój pradziadek Marcin zaczął dorastać u boku swoich dziadków, wujków i ciotek. W tym miejscu pozwolę sobie na ciekawą dygresję: Klemens Hudzik w naturalny sposób przekazał nazwisko swoim potomkom. Paradoksalnie mój pradziadek Marcin Chudzik dzięki temu /poprawniej będzie napisać za sprawą tego/, że był dzieckiem nieślubnym, przekazał nazwisko "Chudzik" swoim potomkom. Zauważmy: gdyby Marcin urodził się w pełnej rodzinie to dzisiaj cała moja rodzina po kądzieli (ze strony mojej mamy)  nosiłaby inne nazwisko rodowe. :)
 
Wróćmy jednak do Mielcuch. Jak napisałem wyżej Klemens wraz z żoną w 1910 roku zamieszkali w Mielcuchach. Z pewnością nie było ich stać na nowy dom, dlatego przypuszczam, że przynajmniej przez jakiś czas korzystali z gościnności rodziców Jadwigi: Ignacego Grzegorka i jego żony Marii z Raszewskich. W Mielcuchach przyszły na świat kolejne dzieci Klemensa: Marcin w 1911 r, Feliks w 1914 r, Stanisława w 1920 r, Ignacy w 1923 r, Władysław w 1935 r oraz Józefa w 1928 r. 

Przez wiele lat zastanawiałem się jak potoczyły się losy Tomasza Chudzika i jego żony Katarzyny po tym jak ich  jedyny syn Klemens założył rodzinę i opuścił Gęsówkę.  Naturalnie zacząłem ich szukać w Gęsówce. Jeśli dobiegli tam swojego żywota to musieli być pochowani  na tutejszym cmentarzu parafialnym w Charłupii Wielkiej.  Spodziewałem się, że właśnie tutaj znajdę ich akty zgonów. Przejrzałem dostępne w Internecie akty metrykalne parafii Charłupia Wielka i nie znalazłem interesujących mnie dokumentów. Wówczas napisałem list do USC we Wróblewie (siedziba gminy, na terenie której  znajduje się Gęsówka) Poprosiłem o sprawdzenie akt metrykalnych aż do 1920 roku.  Przemiła Pani Urzędniczka zapewniła mnie w rozmowie telefonicznej, że w przechowywanych przez USC we Wróblewie aktach metrykalnych nie ma śladu Chudzików.  Teraz nabrałem pewności,  że  Tomasz i Katarzyna z jakiegoś powodu opuścili Gęsówkę z zamieszkali na terenie innej gminy lub innej parafii. Tylko gdzie ? I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Założyłem optymistycznie, że Klemens nie zostawił rodziców samych w Gęsówce ale po jakimś czasie sprowadził ich do Mielcuch. Sprowadził ich razem z ich wnukiem a moim pradziadkiem Marcinem Chudzikiem. Jednak brakowało mi dowodów na tą śmiałą tezę więc zacząłem ich szukać w Archiwum Państwowym w Kaliszu, gdzie znajdują się akta metrykalne parafii w Kraszewicach (do tej parafii należały Mielcuchy przed 1915 rokiem) Niestety i w tym przypadku moje poszukiwania spełzły na niczym. Tak mijały kolejne lata a ja traciłem nadzieję na wyjaśnienie tej zagadki. 

Niedawno Archiwum Państwowe w Kaliszu udostępniło dokumentację aktową parafii w Kraszewicach za lata 1910 - 1918. W spisie osób pochowanych w roku 1917 znalazłem swojego praprapradziadka Tomasza Chudzika  !!!. Zagadka rozwiązała się sama.


Teraz już wiem, że Tomasz Chudzik i jego żona Katarzyna z Alojziaków/Alejziaków oststnie lata swojego życia spędzili z najbliższymi sobie osobami w Mielcuchach.

Akt zgonu Tomasza Hudzika - źródło: Archiwum Państwowe Kaliszu


Akt zgonu nr 47. Mielcuchy. Działo się we wsi Kraszewice dnia 13 marca 1917 roku o godzinie 9 rano stawili się Franciszek Grzegorek lat 40 i Idzi Kobiela lat 52 liczących obaj gospodarze zamieszkali we wsi Mielcuchy i oświadczyli iż dnia 11 marca tegoż roku o godzinie drugiej w nocy umarł Tomasz HUDZIK urodzony w gminie Wróblew powiatu sieradzkiego, zamieszkały we wsi Mielcuchy lat 78 liczący syn Feliksa Hudzika i żony jego niewiadomego imienia i nazwiska rodziców zostawiwszy po sobie owdowiałą żonę Katarzynę. Po naocznym przekonaniu się o zejściu Tomasza Hudzika akt ten stawającym pisać nie umiejącym przeczytany przez Nas i podpisany został. Ksiądz Władysław Gumiński 


*Nazwisko Tomasza tak naprawdę należało pisać przez "Ch" Więcej na ten temat pisałem TU

wtorek, 1 grudnia 2020

Złote Gody Franciszka i Rozalii Lemanowicz. Königlich Neudorf 1889 r.

 

Nowa Wieś Królewska (niem. Königlich Neudorf) to niewielka miejscowość położona w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie wąbrzeskim, w gminie Płużnica. To w tutejszym kościele w dniu 10 lutego 1839 roku na ślubnym kobiercu stanęli młodzian Franciszek Lemanowicz lat 27 i  Rozalia Schilke panna lat 23. Tak zaczęła się historia rodu Lemanowiczów wywodzącego się z Ziemi Chełmińskiej.
 
 
Akt zawarcia małżeństwa pomiędzy Franciszkiem Lemanowicz a Rozalią Schilke 10.02.1839 r

Zajrzyjmy więc do liczącego już ponad 181 lat dokumentu. Dowiadujemy się z niego, że młodzi małżonkowie Franciszek i Rozalia byli wyznania katolickiego. Ceremonię ślubną poprzedziły 3 zapowiedzi dokonane w kościele parafialnym w Nowej Wsi Królewskiej w dniach 27 stycznia, 3 i 10 lutego 1839 roku. Z aktu małżeństwa wynika, że z jakiegoś ważnego powodu narzeczeni zawarli małżeństwo za zgodą sądu, co zostało wyraźnie zapisane w jednej z rubryk jako "consensus judicii". Zapis ten może świadczyć o przynajmniej kilku przyczynach wymaganej zgody sądu na to małżeństwo. Z dokumentu raczej nie wynika aby któreś z małżonków było wdowcem lub wdową. Franciszka określono jako "juvenis" co znaczy młodzian, chłopak a Rozalię jako "virgo" co znaczy panna, dziewica. Zgoda sądu z powodu małoletności małżonków też raczej nie wchodzi w grę. Ta kwestia pozostaje więc do rozstrzygnięcia. 

Po ślubie Franciszek i Rozalia zamieszkali we wsi Mgowo oddalonej od Wąbrzeźna o ok. 20 km na północny zachód. Tutaj przychodziły na świat ich dzieci: Jan (1839-1895), Marianna (1841- prawdopodobnie zmarła przed 1845 r), Marianna (1845-1911). Po 1845 roku rodzina przeniosła się do wsi Bągart. W tej wsi urodzili się: Franciszek (1848 -?) i Rozalia (1851 -?). Ich kolejne dziecko - syn Walenty urodził się we wsi Pieńki w 1854 roku. Franciszek i Rozalia powracają do Nowej Wsi Królewskiej aby tutaj w 1860 roku przyszła na świat ich córka Franciszka.  
 
Zastanawiałem się skąd na Ziemię Chełmińską przybyli Franciszek Lemanowicz i Rozalia Schilke? Jestem pewien, że przed 1839 roku nie mieszkali tutaj ich przodkowie. Łatwo to sprawdzić przeglądając akta parafialne z lat 1803 - 1839. Nie napotkałem w nich nawet najmniejszego śladu obecności Lemanowiczów na tym terenie. Dopiero po roku 1874 potomkowie Franciszka i Rozalii zaczęli osiedlać się w pobliskich miejscowościach takich jak Niedźwiedź, Lisewo i Wąbrzeźno.
W akcie małżeństwa moich praprapradziadków nie podano imion ich rodziców ani miejsca ich urodzenia. Gdzie więc mieszkali Lemanowicze w XVIII i na początku XIXw? Według mojego rozeznania mieszkali przede wszystkim w okolicach Drobina i Rypina. Obie te miejscowości znajdują się kilkadziesiąt kilometrów na południowy wschód od Wąbrzeźna. Kto wie, może właśnie tam powinienem szukać swoich korzeni? Kluczem do odpowiedzi na postawione pytanie z pewnością  będzie odnalezienie aktów urodzenia Franciszka Lemanowicz lub Rozalii Schilke. 
 
W Nowej Wsi Królewskiej Franciszek i Rozalia doczekali sędziwej starości. W lutym 1889 roku uroczyście obchodzili 50 lecie małżeństwa. Z tej okazji Gazeta Toruńska "Thorner Presse" w dniu 17 lutego 1889 roku umieściła następującą informację:
 
Fragment z "Thorner Presse" z 17 lutego 1889 roku mówiący o uroczystych obchodach złotych godów Franciszka i Rozalii Lemanowicz. 

..."Z powiatu wąbrzeskiego. 13 lutego. Małżeństwo Lemanowiczów uroczyście obchodziło wczoraj w Nowej Wsi Królewskiej złote gody. Cesarz zatwierdził na tą uroczystość kwotę w wysokości 30 marek. Gmina również sprawiła parze małżonków miłą niespodziankę przekazując im uroczyście w dniu ich święta kwotę 25 marek"


Cesarz Prus Wilhelm II. To on w 1889 roku przekazał 25 marek Franciszkowi i Rozalii Lemanowicz z okazji 50 lecia zawarcia związku małżeńskiego. Zdjęcie źródło: https://pl.wikipedia.org


czwartek, 24 września 2020

Nasi też to zrobili: podpisali !

W 1926 roku naród amerykański świętował 150 lecie niepodległości. Leopold Kotnowski, pełniący w 1926 roku obowiązki prezesa Amerykańsko-Polskiej Izby Handlowo-Przemysłowej zaproponował aby z tej okazji stworzyć Polską Deklaracje o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych. Był to bardzo nietypowy sposób uczczenia tej rocznicy, który zakładał włączenie się do akcji wielu milionów Polaków a przede wszystkim uczniów szkół powszechnych. W tym celu urzędnicy, pracownicy zakładów pracy i uczniowie szkół  powszechnych składali na specjalnie opracowanych kartach wdzięczności własnoręczne podpisy.  Akcja spotkała się z niebywałą aprobatą zwłaszcza szkół, które prześcigały się w oryginalności składanych życzeń narodowi amerykańskiemu. Chciały w ten sposób wyróżnić się  na tle pozostałych placówek. Karty wdzięczności odsyłane przez szkoły, pięknie kaligrafowane, były często bogato zdobione w motywy kwiatowe, ilustracje, podpisy skoncentrowane wokoło pieczęci. Ponadto, prócz złożonych podpisów wklejano pocztówki, zdjęcia oddziałów klasowych, a nawet układano wierszyki. Dzięki powszechnemu dostępowi do Internetu każdy może samodzielnie przeglądać poszczególne strony Deklaracji pod adresem: Polska1926

Poniżej przedstawiam efekt moich własnych poszukiwań. Zajęło mi to kilka dni ale było warto. 

Jednoklasowa szkoła w Radomicku. Na stronie podpis Szczepana Bednarczyka członka Miejscowej Rady Szkolnej

 
Szkoła Powszechna w Dłużynie. W ramkach podpisy Marty-11 lat i Marianny-12 lat (córek Walentego Bednarczyka) oraz Marty-14 lat i Władysławy-12 lat (córek Czesława Bednarczyka)


Jednoklasowa Szkoła Powszechna w Gołanicach. W ramkach podpisy synów Stanisławy Zakręt Feliksa i Andrzeja. Ciekawostką jest, że obaj nastoletni chłopcy podpisali się nazwiskiem ojczyma Marcina Chudzika. Kartę opatrzono zdjęciem szkoły w Gołanicach.

7 klasowa Powszechna Szkoła Męska w Wąbrzeźnie. W ramce podpis mojego dziadka Franciszka Lemanowicza-14 lat

Szkoła Wydziałowa Żeńska w Wąbrzeźnie. W ramce podpis mojej babci Gertrudy Błaszkiewicz - 12 lat

7 klasowa Powszechna Szkoła Męska w Wąbrzeźnie. W ramce podpis Bolesława Lemanowicza-14 lat

Szkoła Wydziałowa Żeńska w Wąbrzeźnie. W ramce podpis Łucji Lemanowicz -17 lat

7 klasowa Szkoła Żeńska w Wąbrzeźnie. W ramce podpis Ireny Lemanowicz-14 lat


7 klasowa Szkoła Żeńska w Wąbrzeźnie. W ramce podpisy Heleny Błaszkiewicz -14 lat i Marii Lemanowicz (jak dotąd nie udało mi się ustalić kim była Maria)

Szkoła Powszechna w Piotrowicach.


wtorek, 15 września 2020

"Tydzień Dziecka" w okresie II RP - Piotrowice powiat Leszno.

Dzięki olbrzymiej życzliwości ze strony potomków dawnych mieszkańców Piotrowic a zwłaszcza pani Joanny Gościniak -  Domagalskiej, mogę Wam dzisiaj zaprezentować zdjęcie, które dla mnie jest hitem ale przede wszystkim pięknym świadectwem minionych lat. Zdjęcie przedstawia sporą gromadkę dzieci w odświętnych strojach na tle drzew w wiosennej oprawie z kwiatów i czegoś w rodzaju kolistych wieńców. 

Od 1928 do 1938 r. Polski Komitet Opieki nad Dzieckiem, zwykle wiosną rokrocznie organizował ,,Tydzień Dziecka”, którego nadrzędnym celem było zwrócenie uwagi społeczeństwa na rolę dziecka w przyszłości narodu oraz na potrzebę wzmożonej opieki nad najmłodszymi obywatelami II Rzeczypospolitej. Organizatorzy "Tygodnia Dziecka" zakładali, że święto to powinno wzbudzać wśród Polaków zwiększone zainteresowanie, a także zrozumienie dla kwestii dotyczących sytuacji dzieci oraz młodzieży. Przez organizację ,,Tygodnia Dziecka” zamierzano ukazać jak ważne w odbudowującym się państwie polskim jest otoczenie najmłodszych troskliwą opieką. "Tydzień Dziecka" trwał 7 dni w czasie których uwaga społeczeństwa zwracana była na kwestie związane z wychowaniem i kształceniem oraz z opieką nad bezdomnymi, zaniedbanymi, zmuszanymi do ciężkiej i przedwczesnej pracy dziećmi. Zmierzano nie tylko do ukazania położenia, niejednokrotnie bardzo trudnego dzieci oraz młodzieży, ale także do wyposażenia społeczeństwa w wiedzę, która dotyczyła sposobów oraz metod wychowywania młodego pokolenia, wydobywania i wykorzystywania potencjału w nim drzemiącego. Chciano zapewnić dzieciom i młodzieży jak najkorzystniejsze warunki dla ich rozwoju zarówno fizycznego, intelektualnego jak i moralnego.

Święto Dziecka w Piotrowicach 1932 rok. Fotografia z albumu potomków rodziny Dobrowolskich

Pierwszym dniem ,,Tygodnia Dziecka” było Święto Dziecka. Drugi dzień poświęcano wychowaniu dziecka w jego początkowych latach życia. Instrukcje zalecały, aby w dniu trzecim zwracać szczególną uwagę na fizyczne wychowanie dziecka, w czwartym na umysłowe, zaś w piątym na moralne. Szósty dzień był dniem, w którym uwaga skupiała się wokół dzieci pracujących oraz kształcących się zawodowo. Zwieńczeniem ,,Tygodnia Dziecka” był dzień siódmy, który poświęcony był matce jako kobiecie pełniącej rolę wychowawcy oraz pracującej na rzecz dobra ogółu.Święto Dziecka, określane także jako Dzień Dziecka lub Karnawał Dziecięcy dedykowane było dzieciom w wieku od 6 do 14 roku życia. Przygotowany dzień obfitujący w różne atrakcje, miał w znacznym stopniu odbiegać od realiów codzienności. Podczas radosnego i pełnego wrażeń i atrakcji dnia z twarzy każdego dziecka, bez względu na to w jak trudnej sytuacji się ono znajdowało, nie powinien schodzić uśmiech. Święto Dziecka rozpoczynało się o godzinie 8.30, w szkołach oraz w przedszkolach organizowano zbiórkę dzieci, w celu przygotowania się do wzięcia udziału we wspólnym pochodzie. Dzieci otrzymywały kwiaty, białozielone chorągiewki oraz pamiątkowe odznaki, po czym przy wtórującej im orkiestrze maszerowały do wyznaczonego miejsca, gdzie formowany był uroczysty pochód. 

Wracam jednak do zdjęcia. To niesamowite ale pomyślałem sobie, że wśród tej roześmianej czeladki może znajdować się i łypać teraz na mnie mój dziadek Ludwik Hudzik i jego rodzeństwo: Eleonora i Dominik. Józefa i Franciszki pewnie tu nie ma bo w 1932 roku mieli po kilkanaście lat a Antoni w maju 1932 roku skończył pół roku. 

 

Serdecznie dziękuję Pani Joannie Gościniak-Domagalskiej za udostępnione materiały. 



Materiały na temat "Tygodnia Dziecka" zaczerpnąłem z publikacji Święto „Tygodnia Dziecka” jako jedna z form działalności Polskiego Komitetu Opieki nad Dzieckiem w II Rzeczypospolitej" Autorzy: Urszula Wróblewska i Joanna Gołko

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Ojciec chrzestny - ułan część 3

Ojciec chrzestny - ułan część 1

Ojciec chrzestny - ułan część 2
  
Władysław Kędziora ok 1938 r.
Władysław Kędziora ur. 21 maja 1894 roku w Dłużynie, ojciec chrzestny mojej Babci Anny Hudzik z domu Bednarczyk to postać nietuzinkowa. Wracam do niej raz na kilka lat, zwykle po tym jak uda mi się odnaleźć nowe dokumenty, które stawiają tę postać w nowym świetle. I tak jest i tym razem.  Czuję do Władysława Kędziory dziwną sympatię. To pewnie przez nią zgromadziłem na temat tego człowieka naprawdę pokaźny zbiór dokumentów. Ich analiza zajmuje sporo czasu. Dokumenty te ponad wszelką wątpliwość  potwierdzają jego udział w Powstaniu Wielkopolskim, podczas którego dał się poznać jako sprawny organizator pododdziału powstańczego z okolic Dłużyny i Śmigla. Po odzyskaniu niepodległości działał społecznie, przede wszystkim będąc przez wiele lat radnym miasta Święciechowy. Piastował wiele funkcji patriotycznych między innymi zarządzał kołem byłych powstańców i weteranów w Święciechowie. O tym wszystkim możecie przeczytać w moim blogu. Linki do stron podałem na samym wstępie. 

Jakiś czas temu skontaktował się ze mną Paweł B. jak mniemam pasjonat historii i genealog z zamiłowania. Zwrócił moją uwagę na fakt, że jest coś w życiorysie Władysława Kędziory  co należałoby wyjaśnić. To coś to teczki personalne opatrzone jego nazwiskiem,  znajdujące się dzisiaj w zasobach Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie. Mogły dotyczyć "mojego" W. Kędziory ale też równie dobrze zupełnie innego żołnierza noszącego takie samo imię i nazwisko. Poza tym ślad W. Kędziory w wojskowych archiwach w stolicy mógł dowodzić tego, że był on nie tylko powstańcem wielkopolskim ale bił się na froncie wschodnim z Bolszewikami w wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku! I w ten sposób bylibyśmy o krok od sensacji, ponieważ Władysław Kędziora nigdy nie wspominał o tym w dostępnych dokumentach, swoich wnioskach i życiorysach. Należy wyjaśnić, że fakt brania udziału w  wojnie z Bolszewikami w 1920 roku nie przynosiłby mu chluby w czasach PRL. Jeśli faktycznie walczył u boku Piłsudskiego z hordami  komunistów na wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej, to byłby to dostateczny powód aby zataić ten fakt do końca swojego życia.   Oto co pisał w swoim życiorysie w 1963 r. :


Należało działać. Aby ostatecznie rozwikłać tą zagadkę zwróciłem się do Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie z wnioskiem o udostępnienie mi materiałów dotyczących Władysława Kędziory. Po spełnieniu wszystkich formalności i dokonaniu stosownej opłaty otrzymałem pocztą płytę DVD ze skanami interesujących mnie dokumentów. Z wypiekami na twarzy odpaliłem kompa i analizowałem przesłane mi dokumenty w wersji elektronicznej. To był strzał w dychę. Najważniejszym z plików na płycie okazał się wniosek Władysława Kędziory z 1938 roku skierowany do Zarządu Głównego Związku Powstańców Wielkopolskich w Poznaniu o przyjęcie na członka Związku. Dokument ten w zasadzie rozstrzygnął kwestię uczestnictwa Kędziory w wojnie z Bolszewikami 1920 roku. 

Wniosek Władysława Kędziory z 1938 r. o przyjęcie w poczet członków Związku Powstańców Wielkopolskich.

Z pkt 18 tego wniosku  dowiadujemy się, że Władysław Kędziora od stycznia 1920 roku służył w 6 Pułku Strzelców Wielkopolskich. W składzie tej jednostki wojskowej walczył w tzw Wyprawie Kijowskiej Piłsudskiego na Kijów w kwietniu 1920 roku. Uczestniczył w bitwach pod Berezyną i Berdyczowem. Z wojny bolszewickiej powrócił pod koniec 1920 roku i został wcielony do 17 Pułku Ułanów w Gnieźnie. We wniosku Władysław Kędziora podaje posiadane odznaczenia. Są to:

1. Medal Niepodległości


2. Brązowy Krzyż Zasługi


3. Medal Polska Swemu Obrońcy

4. Medal 10 Lecia Odzyskania Niepodległości

5. Odznaka Frontu Pomorskiego

6. Odznaka Grupy Leszno

7. Odznaka Pamiątkowa Wojsk Wielkopolskich

Ale to nie wszystko co możemy wyczytać z wniosku. Dowiadujemy się z niego, ze Władysław Kędziora przed Powstaniem Wielkopolskim pracował w Towarzystwie Gimnastycznym "Sokół" oraz należał do koła śpiewu "Słowik". W latach trzydziestych należał do Związku Rezerwistów, Polskiego Związku Zachodniego, Kurkowego Bractwa Strzeleckiego, Związku Podoficerów Rezerwy oraz Koła nr 17 Pułku Ułanów.

Święciechowa lata 30te XXw. Władysław Kędziora w gronie Powstańców Wielkopolskich. Stoi przy pomniku z lewej strony ( z muchą )  Źródło: http://swieciechowa.pl/
Władysław Kędziora zmarł w Lesznie 21 lutego 1979 roku.



piątek, 19 czerwca 2020

Nowa droga z Wielkim Marszłkiem w tle.

Dzisiaj wracam do Piotrowic, dosłownie i w przenośni. Jadę drogą o asfaltowej nawierzchni po długim łuku, jaki znajduje się na wylocie wsi Święciechowa. Mijam ostatnie zabudowania po prawej stronie jezdni aby za chwilę znaleźć się na długiej ok 4 km prostej prowadzącej wprost do Piotrowic. Po obu stronach drogi rozciągają się rozległe pola należące do tutejszych gospodarzy. Lubię się rozglądać we wszystkie strony, choć to niebezpieczne zajęcie dla kierowcy. Droga biegnąca ze Święciechowy do Piotrowic ma dla mnie wartość sentymentalną. W dzieciństwie pokonywałem ją wiele razy w obie strony. Zazwyczaj jeździło się z moim Dziadkiem Ludwikiem Hudzikiem do GSu w Święciechowie lub na pole Hudzików, znajdujące się mniej więcej 2 km za wsią. Siedząc na ławce wozu zaprzęgniętego w zadbanego konika wsłuchiwałem się w miarowe odgłosy końskich kopyt uderzających w rozgrzany od letniego słońca asfalt. O dziwo jeszcze dzisiaj pamiętam jego zapach, był taki...asfaltowy - jeśli wiecie co mam na myśli. Podczas takiej drogi dziadkowy koń zawsze "robił zdjęcie" swoim pasażerom, podnosząc dostojnie ale i zarazem bezwstydnie ogon do góry ;) Dzisiaj żałuję, że zamiast rozglądać się na boki nie zapytałem Dziadka o to i owo. Najczęściej siedzieliśmy sobie w milczeniu komplementując jeden zapach końskiej sierści a drugi zapach wakacji ;)

Droga  Święciechowa - Piotrowice. W tym miejscu "za moich czasów" prawdopodobnie był wjazd na Hudzikowe pole. Ale czy na pewno...?
Zbliżam się do wsi. Z odległości jakiś 2 km mam przed sobą charakterystyczny widok dużej stodoły z podwójnymi wrotami. Perspektywa robi swoje. Ma się wrażenie, że stodoła stoi na środku drogi. Hello! Kto ją tam postawił! Ale na szczęście nagle droga odbija w prawo i mogę bezpiecznie wjechać do wsi. Jeszcze tylko ostry zakręt w lewo, znów w prawo i tadaaaam - jestem u celu. 

Uwaga na stodołę stojącą na środku jezdni przed wjazdem do wsi Piotrowice :)
 Nie zawsze było tak pięknie, tak wygodnie. Moi przodkowie, mieszkańcy Piotrowic w latach 30 XX w pamiętają jak musieli tłuc się do Święciechowy za sprawunkami drogą nierówną i dziurawą jak szwajcarski ser. Nic dziwnego, że gdy w 1936 roku przystąpiono do budowy nowoczesnej asfaltowej jezdni ze Święciechowy do Niechłodu via Piotrowice, tutejsi gospodarze odetchnęli z ulgą i cieszyli się, że włodarze II Rzeczypospolitej  o nich nie zapomnieli. 

12 maja 1937 roku miał być dniem szczególnym dla mieszkańców wielu polskich miast. To druga rocznica śmierci Wielkiego Marszałka Józefa Piłsudskiego. Na ten dzień zapowiedziano w Krakowie ogromny zjazd  gości ze wszystkich stron Polski. Na tą okoliczność uruchomiono specjalne pociągi jadące do królewskiego miasta  z Warszawy, Wilna, Lublina, Lwowa, Łodzi, Poznania i Katowic.

W większości miejsc w Polsce obchody rocznicy śmierci marszałka przebiegały podobnie. Dokładnie o godz. 8.45 12 maja 1937 roku zapanowała 3 minutowa cisza. Na chodnikach i placach zatrzymali się przechodnie a wszelkie pojazdy kołowe i szynowe wyłączyły na chwilę silniki. W miastach zawyły syreny a na wieżach kościołów obudziły się dzwony. Po wsiach niczym świece zapłonęły ogromne ogniska. Na urzędach wszystkie flagi państwowe zostały opuszczone do połowy masztu i przewiązane czarną wstążką. 

W Lesznie na posiedzeniu Związku Legionistów Marszałka Piłsudskiego postanowiono uroczystości żałobne połączyć z otwarciem nowej drogi z Święciechowy do Niechłodu. Droga ta wybudowana staraniem i ogromnym wysiłkiem mieszkańców 3 wsi i powiatu leszczyńskiego miała stać się, jak wówczas mówiono - żywym pomnikiem pamięci o Wielkim Marszałku. Wyobraziłem sobie jak 12 maja 1937 roku mój pradziadek Marcin Chudzik (1896-1945) jego żona Stanisława (1894-1964) wraz z dziećmi niespełna 6 letnim Antonim, 10 letnim Ludwikiem, 11 letnim Dominikiem, 14 letnią Eleonorą i 15 letnim Józefem maszerują dziarsko w ramach spaceru w towarzystwie sąsiadów do Święciechowy aby uczestniczyć w uroczystości poświęcenia nowej i pachnącej asfaltem drogi. Była to także znakomita okazja aby móc opatrzeć na znakomitych gości z województwa i powiatu. Swój udział w uroczystościach zapowiedzieli bowiem starosta Świątkowski, ppłk Wiecierzyński, burmistrz Kowalski i okoliczni ziemianie. Rodzina Chudzików w towarzystwie sąsiadów znalazła dogodne miejsce do obserwacji uroczystości w pobliżu wylotu nowej drogi z rynku w centrum wsi. 

Na wstępie zgromadzonych gości przywitał wieloletni wójt Święciechowy pan Matyla. W krótkich, żołnierskich słowach wyraził podziękowanie gromadom Święciechowa, Piotrowice, Trzebiny i Niechłód, które wniosły znaczący udział w społecznej akcji, polegającej na zwózce materiałów potrzebnych do budowy nowej nawierzchni drogi. Specjalne podziękowanie wyraził p. Matyla pani Bojanowskiej z Niechłodu, która dostarczyła na plac budowy 25000 m kw. kamienia o wartości 7000 zł. Po przemówieniu wójta dzieci z miejscowej szkoły przystąpiły do prezentacji okolicznościowego programu artystycznego poświęconego pamięci Marszałka Piłsudskiego. Następnie dyrektor szkoły pan Perzyński odczytał fragmenty pism Józefa Piłsudskiego, wczuwając się w nastrój jak na jakimś  wieczorku poetyckim.  Gdy zakończył odczyt na mównicę wszedł proboszcz ks.Stefan Ogrodowski (ur. 1888- zm.1942 w obozie w Dachau),  który podkreślił w swoim przemówieniu jak ważne są cyt: "fundamentalne wartości pracy prowadzonej w imię Boże i dobra Ojczyzn, oraz wzór , jaki pod tym względem zostawił Budowniczy  Polski Marszałek J. Piłsudski." koniec cyt.
Ks. Stefan Ogrodowski w latach 1934-1937 proboszcz parafii w Święciechowie. Źródło: http://www.wtg-gniazdo.org/ksieza/

Po tych słowach ksiądz Stefan Ogrodowski prowadzony dyskretnie pod rękę przez starostę leszczyńskiego Rudolfa Świątkowskiego, przeszli pod złożony nieopodal głaz przepasany biało-czerwoną szarfą i z wyrytym napisem:

 "Drogę rozpoczęto budować 12.5.1936 r. poświęcono 12.5.1937 r. W drugą rocznicę śmierci Wodza Narodu Pierwszego Marszałka Polski J. Piłsudskiego. Pracę wykonano przy wsółudziale gromad: Niechłód, Piotrowice, Święciechowa, Trzebiny, Funduszu Pracy i Wydziału Powiatowego Leszczyńskiego"

Dla małego Ludwika Chudzika nudna to była uroczystość że aż strach! Wiercił się, co chwile szturchał poły marynarki ojca, skarżąc się że nic nie widzi. Ale i dla niego znalazła się atrakcja, gdy nagle ojciec wziął go na ręce i wskazał palcem zbliżający się szwadron jeźdźców z pułku ułanów oraz maszerujących żołnierzy kompanii honorowej.... 



Źródła z których korzystałęm:
1. Gazeta "Dziennik Poznański"  Nr 111 z dnia 15 maja 1937 r. Poznań
2. Tygodnik "Chwila Bieżąca" Zeszyt V z dnia 10 maja 1937 r. 
3. http://www.wtg-gniazdo.org
4. Mapy Google
5. Własne wspomnienia ;)