środa, 20 maja 2026

Elektryfikacja wsi Dłużyna w 1956 - 1959 r.

Wiatraki to pomnik dnia wczorajszego – słychać głos narratora Polskiej Kroniki Filmowej z 1946 roku. – W tę sielankę wkracza nagle nowoczesność. Właśnie stawiają pomniki nowej epoki. Słupy linii elektrycznej [...] Dzięki nim światło elektryczne dotarło pod wiejską strzechę. Chwila niepewności – żarówka oświetla wiejską chatę. Nic już nie będzie tak jak było”.

Władze powojennej Polski do serca wzięły sobie leninowskie hasło: komunizm to władza rad i elektryfikacja wsi. Gdy tylko zaprowadziły władzę, zajęły się tym drugim tematem.

Niestety elektryfikacja wsi postępowała powoli – z powodu braku materiałów, fachowców, a wreszcie pieniędzy. Starano się więc skłonić ludzi do pracy społecznej. W pierwszej kolejności elektryfikowano te miejscowości, które zadeklarowały więcej prac w czynie społecznym, czyli kopanie dołów, organizowanie transportu itp. Taką właśnie wsią była Dłużyna w pow. leszczyńskim. A wszystko miało swój początek w 1956 roku.

11 lat po wojnie. Ileż jeszcze można było czekać na prąd w chałupie? 

W przyjętym założeniu do Ustawy o z dnia 28 czerwca 1950 r. o powszechnej elektryfikacji wsi i osiedli przyjęto, że mieszkańcy będą aktywnie uczestniczyli w tym procesie. I tak było w Dłużynie. Nieformalny, tymczasowy komitet elektryfikacyjny wsi działał już w 1956 roku. Jednak pomysł aby dostarczyć prąd do każdego gospodarstwa w Dłużynie nie był wówczas jeszcze tak oczywisty. Pierwotnie elektryczność miała być doprowadzona przede wszystkim do istniejącego tu Rolniczego Zespołu Spółdzielczego "Wiosna Ludu". Jednak w połowie tego roku gruchnęła wiadomość, że Rolniczy Zespół Spółdzielczy wypadł z planu elektryfikacji. Z tego powodu kierownictwo zespołu wystosowało pismo do Warszawy do Ministerstwa Rolnictwa wprost domagając się przywrócenia przedsiębiorstwa do planu na 1957 r. Sądzę, że w efekcie tego, aby jeszcze dobitniej dać wyraz niezadowoleniu postanowiono wciągnąć całą wieś do tej gry, która w efekcie miała doprowadzić Dłużynę do pełnej elektryfikacji.  Dowodem na to jest rachunek na kwotę 2808,90 zł wystawiony przez Zbigniewa Nowackiego i Kazimierza Urbaniaka z Poznania, za usługę opracowania wstępnego projektu elektryfikacji wsi Dłużyna, na podstawie zlecenia z dnia 21 października 1956 r. W rachunku wyszczególniono takie pozycje jak: pomiar linii wysokiego i niskiego napięcia, usytuowanie stacji trafo czy projektowanie instalacji. Rachunek został zatwierdzony przez Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu. Choćby z tego powodu mieszkańcy wsi mieli prawo przypuszczać, że już wkrótce, najdalej do końca 1957 roku w ich chałupach zaświecą się żarówki. Tymczasem mijały dni i kolejne tygodnie a sprawa elektryfikacji wsi jakoś utknęła w martwym punkcie. Trzeba było działać i dlatego 16 stycznia 1957 roku w Dłużynie odbyło się zebranie mieszkańców wsi. Tematem obrad było przedyskutowanie ostatnich doniesień o niewłączeniu wioski do powiatowego planu elektryfikacji na 1957 rok.  Mieszkańcy zgodzili się, że należy w tej sytuacji wystąpić z wnioskiem do Wydziału Planowania w Powiatowej Radzie Narodowej w Lesznie o włączenie Dłużyny do planu elektryfikacji na ten rok. Protokół z zebrania wykonał odręcznie Czesław Bednarczyk a podpisało się pod nim około 45 gospodarzy. 

Na marginesie należy dodać, ze Czesław Bednarczyk był akurat tym gospodarzem, który potrafił poradzić sobie z brakiem prądu w swoim domu. Wspierał swojego syna Telesfora, wówczas ucznia technikum mechanicznego we Wschowie, w śmiałym jak na owe czasy projekcie tj. budowie domowej elektrowni wiatrowej. Za sprawą młodego i zdolnego elektrotechnika na posesji Bednarczyków stanął wysoki słup, na szczycie którego zamontowano śmigła, które wprawiane przez wiatr w ruch obrotowy produkowały prąd, który ładował akumulator samochodowy. Ten z kolei był źródłem prądu w gospodarstwie pod numerem 20.

W dniu  10 maja 1957 roku na zebraniu wiejskim podjęto uchwałę o przeprowadzeniu elektryfikacji Dłużyny własnymi siłami  i na własny koszt. Obecni na spotkaniu pierwszy sekretarz Powiatowego Komitetu PZPR Hybiak oraz przewodniczący Powiatowego Komitetu Planowania Gospodarczego Marcinkowski zapewnili, że państwo zapłaci za szczegółową dokumentacje projektową. Ponadto wybrano oficjalny skład komitetu elektryfikacyjnego. Na jego czele znalazły się osoby najbardziej do tej pory zaangażowane w to zadanie. Na swojego pierwszego przedstawiciela mieszkańcy wybrali Czesława Bednarczyka, od tej pory piastującego funkcję przewodniczącego Komitetu Elektryfikacyjnego wsi Dłużyna. Jego zastępcą został Stanisław Furmańczak, sekretarzem Henryk Pfeifer  a skarbnikiem Stanisław Śleboda. Członkami zostali: Ignacy Michałowski, Ludwik Apolinarski, Władysław Otto, Stefan Poloszyk, Stanisław Mierzyński, Franciszek Marciniak, Jan Gąd i Piotr Adamczak. Całkowity koszt elektryfikacji miał się zamknąć w kwocie 286 000 zł czyli około 4000 zł na jedno gospodarstwo. Na początek każdy z mieszkańców wpłacił 1000 zł plus dodatkowe 400 zł za każdy użytkowany hektar ziemi.  Reszta kosztów tego zadania miała zostać sfinansowana z kredytu. Decyzja mieszkańców Dłużyny świadczyła o ich dużej determinacji ale i o poczuciu bezradności wobec skostniałej biurokracji i braku pomocy ze strony władz powiatowych i wojewódzkich.  Zaczęto działać dwutorowo: z jednej strony założono oficjalny komitet elektryfikacyjny, podejmujący aktywne działania popychające temat do przodu, a z drugiej strony słano pisma aż do Warszawy do władz państwowych. Od samego początku szczególną aktywnością na tym polu wykazywał się  Czesław Bednarczyk. Zdawał sobie doskonale sprawę z powagi sytuacji. Można by odnieść wrażenie, że był zaangażowany ponadprzeciętnie. Najlepiej świadczy o tym teczka, w której gromadził wszystkie dokumenty związane z tym przedsięwzięciem. Do dzisiaj przetrwały w niej nie tylko oficjalne pisma, protokoły i rachunki ale nawet odręczne notatki dziadka na różne inne tematy, które zajmowały go przez całe życie (np. sprawa parcelacji ziemi po 1945 r) - ale o tym kiedy indziej.

Fragment protokołu z zebrania wiejskiego w Dłużynie z dnia 10 maja 1957 r. 

Komitet Elektryfikacyjny wsi Dłużyna zmagał się z problemem jakim był permanentny brak materiałów niezbędnych do poprowadzenia elektrycznych linii napowietrznych. Brakowało po prostu wszystkiego: słupów drewnianych, przewodów, transformatora, izolatorów, złączy, śrub, podstawowych narzędzi.  Brakujących podzespołów szukano na własną rękę, często przeglądając lokalną prasę z ogłoszeniami. Tak było w przypadku poszukiwań betonowych szczudeł, służących do zamontowania na nich drewnianych słupów. Dzięki nim nie trzeba było osadzać słupów bezpośrednio w gruncie, co pozwalało utrzymać je przez wiele lat w dobrym stanie technicznym. Starano się o nie w Strzybnickich Zakładach Betoniarskich k/ Tarnowskich Gór ale bezskutecznie. W podobnej sprawie Czesław Bednarczyk słał list aż do Orzysza na Mazurach. Działająca tam firma o nazwie "Wibrobeton" była producentem  akcesoriów budowlanych i akurat w 1957 roku ogłaszała się regularnie w Głosie Wielkopolskim.

Ogłoszenie z Głosu Wielkopolskiego 1957 r z którego komitet elektryfikacyjny wsi Dłużyna dowiedział się o dostępności szczudeł słupowych. Źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa.

Czesław Bednarczyk wysłał zapytanie ofertowe we wrześniu 1957 r a po kilku dniach z Orzysza nadeszła odpowiedź, że szczudła są najlepszej jakości  a firma Wibrobeton jest gotowa dostarczyć wymaganą liczbę tego asortymentu. 


Pismo Czesława Bednarczyka do firmy Wibrobeton. 1957 r. Źródło: Archiwum rodzinne

7 listopada 1957 roku Komitet wystąpił ze skargą do Ministerstwa Przemysłu Maszynowego na decyzję o skreśleniu Dłużyny z planu elektryfikacji na 1957 rok. W piśmie zapewniono ministra, że prace przy elektryfikacji już trwają. Dano jednak do zrozumienia, że z powodu braku odpowiedniego transformatora nie będzie można ich szybko zakończyć. Komitet wyraził nadzieję, że czynniki państwowe staną na wysokości zadania i pomogą w szybkim przydzieleniu tego urządzenia. Nie mając jeszcze transformatora Komitet Elektryfikacyjny podpisał w dniu 17 stycznia 1958 r. umowę na wykonanie  najważniejszych prac instalacyjnych Zakładowi Elektroinstalacyjnemu Stanisława Krawczyka ze Szczecina. Głównym monterem z tej firmy przydzielonym do prac w Dłużynie został niejaki Józef Jatczak.  Interesujący zapis znajduje się w piśmie który skierował on do Komitetu w Dłużynie w lutym 1958 roku. Zapewnił, że wysłał już do Dłużyny transport z 1000 kg linki aluminiowej niezbędnej do budowy linii napowietrznej. Zastrzegł jednak, że na transport słupów drewnianych trzeba będzie jeszcze poczekać, ponieważ z powodu mrozu nie można ich wykopać z ziemi...! Czyżby były z odzysku? 

31 marca 1958 roku Komitet śle pismo do Zarządu Elektryfikacji Rolnictwa w Warszawie - który przydzielał transformatory - z prośbą o odpowiedni transformator. Członkowie Komitetu "legitymowali" się przy tym poparciem Powiatowego Zarządu Rolnictwa. Według Konrada Bednarczyka, nieżyjącego wnuka Czesława Bednarczyka, znanego autora książek o tematyce historycznej, związanej z rejonem Wolsztyna, 17 lipca 1958 roku Zarząd Elektryfikacji Rolnictwa zlecił Poznańskiemu Przedsiębiorstwu Elektryfikacji Rolnictwa sprzedaż transformatora Komitetowi Elektryfikacji wsi Dłużyna ale pod warunkiem, że wydanie go nie może zahamować robót planowych i nastąpi dopiero po uregulowaniu całkowitej należności. 

21 listopada 1958 roku nastąpił wreszcie uroczysty dzień zebrania owoców dwuletnich starań i wysiłków. O godz. 14.30  Czesław Bednarczyk przewodniczący Komitetu Elektryfikacji, podpisał oświadczenie, że został poinformowany, iż oddana do użytku sieć jest pod napięciem. Jednocześnie w aktach sprawy znalazło się zastrzeżenie Komitetu Elektryfikacji, że zgodnie z protokołem z dnia 10 maja 1957 roku bez jego zgody przez 5 lat Zakład Energetyczny nie podłączy do sieci tych, którzy nie wywiązali się ze swoich zobowiązań wobec Komitetu. Pod tym zastrzeżeniem widnieje 10 podpisów w tym Czesława Bednarczyka. 

Ostatnim akordem elektryfikacji Dłużyny było oddanie do użytku oświetlenia ulicznego. Nastąpiło to w połowie maja 1959 roku. Protokół odbioru oświetlenia za Komitet Elektryfikacyjny podpisał nie kto inny jak Czesław Bednarczyk. Dobiegał wtedy do 70tki, ale to wcale nie była ostatnia batalia w jego długim i bogatym życiu. 

I tak oto głos narratora Polskiej Kroniki Filmowej z 1946 roku ziścił się w Dłużynie, wiosce, w której za sprawą wielu wspaniałym ludzi i mojego pradziadka Czesława Bednarczyka światło elektryczne dotarło pod wiejską strzechę. Nic już nie będzie tak jak było.



........................................................................................

Źródła:
  1. Archiwum rodzinne Bednarczyków
  2. Konrad Bednarczyk "Nasz dziadek" 

wtorek, 19 maja 2026

Bartłomiej Jędrzychowski z Dłużyny i jego przywilej z 1789 r


5 maja 1790 roku mój pradziad Bartłomiej Jędrzychowski z Dłużyny przyjechał do Wschowy aby tu na zamku  pamiętającym czasy Kazimierza Wielkiego, przedłożyć urzędnikom dokument, który osobiście podpisał 26 lipca 1789 roku wielmożny Kazimierz, hrabia Sułkowski. Dokument ów to tzw. "przywilej" na podstawie którego, Bartłomiej stał się wolnym człowiekiem i nie musiał już odpracowywać pańszczyzny u dziedzica Dłużyny. Teraz trzymał zwój cennego dla siebie i rodziny pergaminu i czekał w skupieniu na urzędnika Sądu, który przepisze treść przywileju słowo w słowo do tamtejszych ksiąg grodzkich.  Mój pradziad jak widać był przezorny, bo w ten sposób chciał zabezpieczyć swój dom, budynki gospodarcze i ziemię od ewentualnych roszczeń innych ludzi w przyszłości. Było to też swoiste ubezpieczenie na wypadek zaginięcia oryginalnego przywileju. Dokument ten jest niezwykle cenny, ponieważ pokazuje jak 237 lat temu diametralnie zmienił się los mojego 5xpradziadka. Z pańszyźnianego chłopa nagle stał się wolnym człowiekiem. W dodatku był zamożnym chłopem - kmieciem jakich w tym czasie w Dłużynie było kilku, a wśród nich na pewno karczmarz Szymon Rygulski i Ignacy Michalski. Pisałem o tym w 2023 r. Oficjalne uwłaszczenie chłopów z Dłużyny miało miejsce w 1825 roku. Wówczas to Bartłomiej cieszył się statusem wolnego chłopa już od 36 lat! Jedenaście gospodarstw rolnych włościańskich, które podlegały wówczas uwłaszczeniu reprezentowali następujący chłopi: Mikołaj Kurp, Wawrzyn Frankowiak, Józef Bata, Dominik Waś, Stanisław Knop alias Stępka, Stanisław Wilczek, Filip Grochowy, Franciszek Szymyśl, Kacper Kurp alias Kokornak, Franciszek Rybak alias Bonawentura, Błażej Rybak alias Sterna. Pozostaje otwartą kwestia przyczyna dla których Bartłomiej Jędrzychowski mógł liczyć na taki gest ze strony hrabiego Sułkowskiego wiele lat wcześniej. Nie ulega wątpliwości, że był to chłop zasobny i stać go było na płacenie dziedzicowi Dłużyny czynszu za swoją niezależność. O zasobności jego portfela najlepiej niech świadczą zapisy z dokumentu jakim był tzw. reces wsi Dłużyna dotyczący uwłaszczenia chłopów.

Specjalny status we wsi miał brat Bartłomieja - Wojciech. Ten z kolei był młynarzem dłużyńskim a więc nie byle kim jak na ówczesne czasy. Przypomnijcie sobie postać Znachora granego przez Jerzego Binczyckiego w filmie o tym samym tytule w reż Jerzego Hoffmana. Antoni Kosiba trafił do pracy właśnie u bogatego młynarza wiejskiego. Na marginesie dodam, że obecnie jestem w kontakcie z przodkami Wojciecha, którzy mieszkają we Francji.

 Wróćmy jednak do Bartłomieja i jego "przywileju".

Podsumujmy: Treść przywileju mówi o tym, że Hrabia Sułkowski nadał Bartłomiejowi prawo własności do swoich pól ornych  i łąk. Ponadto uznał prawo Bartłomieja do sprzedaży swoich własności lub ich darowizny komuś innemu. W takim przypadku Bartłomiej musiał zapłacić hrabiemu podatek w wysokości 10% wartości transakcji.

 

Oto fragment dokumentu z 1789 r.:

 

"...potwierdzam, iż temuż Pomienionemu Bartłomiejowi będzie wolno te Role Swoie i Ląki komu innemu, a to iednak za Konsensem Pańskim, y oddaniem dziesiątego grosza, przedać, darować, y podług swoiey oyczyzny Porywów(?), nad co się dla tey pewney wiary i wagi własną Ręką podpisuię w Wijewie Dnia Dwudziestego Szóstego July, Tysiącznego Siedemsetnego Ośmdziesiątego Dziewiątego.

Xiąże Hrabia Sułkowski G. M."

 

W 1812 roku Bartłomiej Jędrzychowski z nieznanego mi powodu wykonał odpis swojego przywileju sprzed 22 lat. W jego życiu  lub całej rodziny musiało nastąpić coś ważnego, co wymagało poświadczenia, że oto ja Bartłomiej jestem prawowitym właścicielem moich wszystkich dóbr, za co sumiennie i regularnie opłacam czynsz dziedzicowi. Ten właśnie dokument trzymałem osobiście w rękach, będąc w Archiwum Państwowym w Lesznie. Sądzę, że o jego istnieniu wiedzieli wszyscy potomkowie Bartłomieja, którzy przez następne pokolenia dziedziczyli po nim dom mieszkalny w Dłużynie, budynki gospodarcze, sad i pola uprawne. Widział go również Czesław Bednarczyk, gdy gromadził dokumenty i starał się po ślubie z Marianną z Kędziorów o formalne przepisanie majątku teściowej na młode małżeństwo Bednarczyków, co jak pamiętamy stało się w październiku 1911 r.

Odpis przywileju z 1789 roku nadającego Bartłomiejowi Jędzrychowskiemu z Dłużyny ziemię oraz dom na własność, podpisany przez hrabiego Kazimierza Sułkowskiego. Pierwsza strona z trzech. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie.







sobota, 9 maja 2026

Powstanie Wielkopolskie widziane oczami dawnych mieszkańców Piotrowic i Trzebin.

9 listopada 1918 r. abdykował cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern. Na oczach ówczesnych mieszkańców Piotrowic i Trzebin rodziła się Polska.

Następnego dnia tj. 10 listopada 1918 roku w Piotrowicach zaczęli pojawiać się pierwsi rozbrojeni żołnierze pokonanej armii cesarskiej Królestwa Prus. Wracali do domu szczęśliwi, choć dla wielu było to szczęście okazywane przez łzy zawodu, fizycznego wyczerpania i upokorzenia. Jednym z pierwszych powracających był Wilhelm Gilert. W tym samym dniu w którym Wilhelm Gilert witał się z rodziną, w Lesznie powstawała Rada Żołnierska, która miała zapanować nad panującym w mieście chaosem, nieporządkiem i chuligaństwem w związku z rozlewającą się po Niemczech rewolucją. Ulicami błąkali się niemieccy żołnierze, wielu z nich zapewne zdezerterowało w ostatnich dniach wojny. W Piotrowicach i Trzebinach panował tylko pozorny spokój. Mieszkańcy byli zdezorientowani zaistniałą sytuacją. Zmiany następowały zbyt szybko. Trudno było ocenić co jeszcze - po przegranej wojnie może się wydarzyć. Z obawą spoglądali w przyszłość. Każdego dnia rodziny czekały na powracających z wojny mężczyzn. Ci, którzy nie trafili do niewoli, już w połowie stycznia 1919 roku wrócili do swoich rodzin. 

Nauczyciel na drzwiach budynku szkoły w Piotrowicach wywiesił ulotkę Rady Żołnierskiej. Niemal natychmiast zebrała się przed szkołą spora grupa mieszkańców. Czytali z uwagą eksponowany dokument, po czym rozchodzili się w milczeniu do domów. Zaczęli rozumieć, że stary porządek na ich oczach się rozpada.  Nadchodziło nowe i to wielkimi krokami. 

Ulotka Rady Żołnierskiej. Leszno 10.11.1918 r.

Ulotka wzywała żołnierzy i obywateli miasta Leszna do zachowania spokoju i podporządkowania się władzy żołnierskiej i administracji cywilnej. Autorzy ulotki zapewniali, że będą stanowczo przeciwdziałać wszelkim próbom przemocy i zakłócania spokoju. Od tej chwili na ulicach miasta będą obecne patrole, które będą wyróżniały się noszonymi na ramieniu czerwonymi opaskami. Zniesiono obowiązek salutowania. 

15 listopada 1918 roku w Piotrowicach i Trzebinach przeprowadzono wybory do Rady Chłopskiej. Miała ona pełnić podobną rolę co Rada Żołnierska w Lesznie. Rade wybierano spośród ogółu ludności wiejskiej. Ostatecznie weszli do niej Ferdynand Hiersemann, Albert Wittig, Józef Gunther, i Paul Faller. 

Tymczasem do Piotrowic dotarła smutna dla mieszkańców wiadomość o ranach odniesionych w ostatnim tygodniu wojny przez nauczyciela Kurta Klunskę. Klunska dochrapał się stanowiska dowódcy 7 kompanii w 461 Pułku Piechoty. Teraz leżał w szpitalu wojskowym w m. Zwickau w Saksoni. Porucznik był w fatalnym stanie psychicznym. Wiedział, że wojna jest przegrana. Czarę goryczy wypełniła świadomość, że w jednym z ostatnich szturmów na dowodzoną przez niego kompanię zginęło 8 żołnierzy a 6 kolejnych było ciężko rannych. Po wyjściu ze szpitala bez namysłu obrał kierunek na Piotrowice. Przyjechał tu 16 grudnia 1918 r. Był serdecznie witany przez dzieci i ich rodziców. Z tej okazji szkoła została odświętnie udekorowana zielonymi gałązkami iglaków. Odśpiewano mu hymn powitalny. Jego twarz była bardzo zmieniona. Wojna wyryła na jego twarzy przedwczesne zmarszczki. Teraz poruszał się wolno, podpierając się kulą. Rzadziej się uśmiechał. Po dwóch dniach opuścił wioskę aby załatwić formalności związane ze zwolnieniem ze służby wojskowej.

W ostatnim wpisie z 1918 roku autor kroniki szkoły w Piotrowicach pozwolił sobie na krótką dygresję: stwierdził mianowicie, że mijający 1918 rok przyniósł jego niemieckiej ojczyźnie taki upadek, jakiego żaden Niemiec nigdy nie mógł sobie wyobrazić. Teraz, u progu nowego 1919 roku w "jego" prowincji wybucha nowa wojna - walka Polaków o Poznań! 

Nie mógł wiedzieć, że właśnie wybuchło Powstanie Wielkopolskie. 

Noc 11/12 stycznia 1919 była dla mieszkańców Piotrowic i Trzebin bardzo niespokojna. Gdzieś od strony Lasocic słychać było pojedyncze wystrzały. Rano przed salą Hinderlicha zebrała się kilkunastoosobowa grupa mężczyzn. Wśród nich był Bruno Beisert, który poprzedniego dnia wrócił z wojny. Teraz stał wśród znajomych w zniszczonym cesarskim mundurze i drapał się w głowę. Rozprawiano gorączkowo o aktualnej sytuacji politycznej. Na twarzach zebranych osób malowały się strach i podniecenie. Polacy podnosili się z kolan! Jak temu zaradzić? Trzeba się bronić! Nie ma innej rady. Postanowiono sformować straż obywatelską. Rozdano 15 karabinów i po 20-25 sztuk amunicji. Wieczorem na drogach wylotowych z Piotrowic i Trzebin wystawiono warty.  Służbę pełniono do godz. 6 rano. 

W nocy 12/13 stycznia 1919 roku na południowym niebie widać łunę pożaru. Wyraźnie słychać strzały i wybuchy. 

Nauczyciel postanowił kolejny raz zamknąć szkołę.  Powód ciągle ten sam: brak opału. Poza tym, jak twierdził: jest zbyt niebezpiecznie na naukę. Polacy są nieobliczalni! Kto wie co takim może przyjść do głowy. 

12 stycznia 1919 r przez Piotrowice lotem błyskawicy mknie wiadomość, że oto oddział polskich powstańców wdarł się na plebanię w Gołanicach i aresztował ks. Rademachera. I to kiedy? W porze gdy spożywał obiad!

Piotrowice zostały odcięte od świata. Brak łączności telefonicznej i telegraficznej. Nie jeżdżą żadne pojazdy. Po drodze wiodącej z Niechłodu do Święciechowy hula wiatr. Mieszkańcy wsi są zdani jedynie na siebie. To potęguje strach i poczucie bezradności.  

14 stycznia 1919 roku około godz. 23 wyraźnie słychać wycie syren w parowozowni w Lesznie. O godz. 1.45 z tego samego kierunku dochodzą odgłosy wybuchów i terkotanie karabinów maszynowych. Nad ranem w Święciechowie biją dzwony. 

15 stycznia 1919 niemiecka straż obywatelska wszczyna alarm na wieść o próbie przejazdu przez Lasocice dwóch polskich samochodów pancernych. Kierowały się w stronę Strzyżewic aby tam zająć folwark. Zostały odparte. 

16 stycznia 1919 roku postępuje dalszy rozkład armii niemieckiej. Żołnierze są zmęczeni i wycieńczeni. Panuje głód, więc muszą sami dbać o swoje wyżywienie. Zastawiają pułapki na zające i sarny. 

18 stycznia 1919 r. do Piotrowic przybywa 14 żołnierzy z pułku we Wschowie. Mieli ze sobą dwa karabiny maszynowe. Mężczyźni zajęli kwatery w szkole. 

19 stycznia 1919 roku w Niemczech trawa głosowanie do Zgromadzenia Narodowego. Były to pierwsze w Niemczech wybory po upadku cesarstwa. Mieszkańcy Piotrowic i Trzebin głosują  w lokalach w Święciechowie i Niechłodzie. 

Tego samego dnia ok godz. 22 ktoś wszczyna alarm, że polscy powstańcy   zbliżają się do Piotrowic. Wiadomość ta okazała się jednak plotką. Jednak Niemcy wolą dmuchać na zimno i wystawiają posterunek z karabinem maszynowym przy drodze polnej w kierunku Jezierzyc. 

Piotrowice. Droga polna w kierunku Jezierzyc. To tutaj, według relacji autora kroniki szkolnej miał zostać wystawiony posterunek z karabinem maszynowym. Źródło: maps.google.com

31 stycznia 1919 roku o godz. 14.00 niemieccy żołnierze stacjonujący w Piotrowicach otrzymali rozkaz przeprowadzenia rozpoznania sytuacji na drodze leśnej w kierunku Gołanic. O godz. 14.30 w drogę ruszyło 7 uzbrojonych piechurów. Wśród nich był syn gospadarza Hinderlicha z Piotrowic, Handke, podoficer ze straży granicznej w Święciechowie Kotke oraz żołnierz o nazwisku Kutzner z Jezierzyc. Patrol pokonał ok 4 km polnych i leśnych dróg łączących Piotrowice z Gołanicami. Gdy żołnierze zbliżyliu się na około 20 m do zabudowań majątku w Gołanicach, zostali zaskoczeni gradem pocisków z powstańczych karabinów maszynowych. Ciężko ranny został młody Hinderlich. Wycofujący się w popłochu towarzysze nie byli w stanie mu pomóc. Wkrótce mieli się dowiedzieć, że trafił do niewoli i został przewieziony do Poznania. Nie obyło się bez ofiar. Na miejscu zginął niejaki Wilhelm Felix Grunder. Nauczyciel szkoły w Piotrowicach na wieść o fatalnym przebiegu rekonesansu, zdecydował, że pomoże odzyskać ciało poległego żołnierza. Został parlamentariuszem i następnego dnia przybył do Gołanic z białą flagą domagając się od polskich obrońców wydania ciała poległego niemieckiego piechura. Pertraktacje były skuteczne bo dowódca polskiego oddziału zgodził się na to bez wahania. W dniu 3 lutego 1919 roku około godz. 10 rano nauczyciel wraz z parobkiem gospodarza Hoffmanna z Piotrowic  przyjechali furmanką do Gołanic. Nie kryli zaskoczenia, kiedy okazało się, że ciało Wilhelma Grundera było złożone do trumny, pieczołowicie przystrojonej wieńcami przez polskie mieszkanki Gołanic. Świadczyło to o tym, że Polki potraktowały ciało niemieckiego żołnierza z wielkim szacunkiem. Trumnę przywieziono do Trzebin, i złożono na katafalku w pałacowej kaplicy. Gest udekorowania trumny wieńcami i pozostawienie przy zmarłym zegarka i 50 marek wywarło na kronikarzu ogromne wrażenie. Przeprowadzono zbiórkę na wieniec od mieszkańców wsi. Zebrano 109 marek. 

Zorganizowano punkt łączności telefonicznej z Lesznem i Święciechową. Centralę telefoniczną umieszczono w jednej z klas "starej" szkoły. 

1 lutego 1919 roku w Piotrowicach pojawił się Kurt Klunska. Pochwalił się, że przyznano mu Krzyż Żelazny II klasy. Teraz postanowił wstąpić w szeregi straży obywatelskiej. Był dla niej cennym nabytkiem. Udział w wojnie i stopień oficerski czyniły go doskonałym kandydatem na jej dowódcę. Piotrowice stały się małą fortecą. Klunska dowodził grupą 48 ludzi, wyposażonych w broń palną, amunicję i dwa karabiny maszynowe. 

26 marca 1919 roku szkołę w Piotrowicach opuściło wojsko. Do klas powróciły dzieci. 31 marca naukę zakończyło 14 dzieci. Na dzień 1 kwietnia 1919 roku do szkoły zapisanych było 81 dzieci: 17 chłopców i 21 dziewcząt ewangelików oraz 13 chłopców i 30 dziewcząt katolików. 

17 kwietnia 1919 roku polsko-niemiecka komisja rozpoczęła wytaczanie nowej granicy (linii demarkacyjnej) pomiędzy Piotrowicami i Gołanicami. Od tej pory linii tej nie można było pod żadnym pozorem przekraczać. Była pilnowana po obu stronach przez patrole. Ciekawostką pozostaje (według autora kroniki), że linie demarkacyjną pomiędzy obiema wsiami pierwotnie wyznaczano przy pomocy snopków siana.  

Mniej więcej w tym samym czasie Kurt Klunska został wycofany z Piotrowic do Niechłodu. 

17 stycznia 1920 roku na skutek postanowień konferencji wersalskiej Leszno i okoliczne wsie w tym Piotrowice i Trzebiny zostają przyłączone do Polski. W tym czasie w Lesznie zamieszkiwało już około 70% Polaków. Resztę stanowili Niemcy. Dzień wcześniej miasto opuściły wojska niemieckie. Na fasadzie szkoły w Piotrowicach po raz ostatni zawisła niemiecka flaga Republiki Weimarskiej. Wokół niej zebrali się uczniowie. Na drodze do Trzebin gromadzili się i rodzice i chętni wziąć udział w tej smutnej uroczystości. Po odśpiewaniu hymnu wszyscy rozeszli się do domów. Nauczyciel z należną czcią zdjął flagę, zwinął w rulon i zaniósł do klasy.  

19 stycznia 1920 roku o godzinie 15tej do Piotrowic wkracza mały oddział ułanów Wojska Polskiego. Po krótkiej rozmowie z nauczycielem trójka z nich zajmuje kwaterę w starej szkole. Kolejny raz zawieszono zajęcia w szkole. Na budynku szkoły trzepocze flaga biało-czerwona.

1 marca 1920 roku w szkole pojawia się dawny jej nauczyciel Kurt Klunska. Wszedł do szkoły i poprosił o kronikę. Zasiadł za biurkiem, zatopił pióro w kałamarzu i zaczął pisać:

"...opuszczam moją ukochaną szkołę, ponieważ otrzymałem wypowiedzenie od nowego polskiego rządu. Dokąd teraz pójdę? Któż to wie! Mojemu następcy życzę sukcesów, zwłaszcza wychowawczych, ale również pełnego zadowolenia z pracy, bo to właśnie to zadowolenie jest potrzebne tu, w tych ubogich stronach..."

Kurt Klunska wyjechał z Piotrowic i prawdopodobnie już nigdy więcej się tu nie pojawił. 

Na mocy rozporządzenia Wojewody Poznańskiego z dniem 15 maja 1920 roku pracę w szkole w Piotrowicach rozpoczął niejaki Iwański. Nowy nauczyciel utworzył dwa oddziały klasowe: niemiecki i polski. Do oddziału niemieckiego należało 51 dzieci, do polskiego 22 dzieci. 

Z polecenia polskich władz oświatowych w klasie zawisło polskie godło. 

28 listopada 1920 roku kadrę nauczycielską wzmocniła nauczycielka Jelena Wojnicka. Z powodu choroby przez kilka kolejnych dni przebywała na zwolnieniu lekarskim. 

......................................................................................................................................................................

Jak potoczyły się dalsze losy Kurta Klunski? Co nieco już wiem na ten temat. Wkrótce podzielę się tą wiedzą. 




 ŹródłoKronika szkoły w Piotrowicach. Archiwum Państwowe w Lesznie





środa, 6 maja 2026

Losy mieszkańców Piotrowic i Trzebin w okresie wojny światowej cz VI

Zima 1916/1917 była długa i sroga. Temperatury często spadały poniżej 20 kreski. Mróz utrzymywał się przez długie tygodnie. Permanentny brak opału w lutym doprowadził do ponownego zamknięcia szkoły w Piotrowicach. W domach kurczyły się zapasy pożywienia, zamarzały ziemniaki w kopcach.  Marzec nie przyniósł wytchnienia. Ciągle padał śnieg przy bardzo niskiej temperaturze. W tych warunkach zaopatrywanie wiosek w podstawowe produkty niezbędne do przetrwania stawało się coraz trudniejsze. Aby zwiększyć spożycie mięsa mieszkańcy coraz częściej decydowali się na hodowle królików. Królicze mięso stało się wartościowym posiłkiem również w mieście. Z powodu złej pogody znacznie opóźniały się wiosenne prace polowe. W kwietniu nauka odbywała się w zasadzie bez zakłóceń lecz w nieogrzewanych pomieszczeniach. Trudne warunki do egzystencji szczególnie dotykały najmłodszych. Rodziny z miast decydowały się wywozić na jakiś czas swoje pociechy na wieś, głownie do krewnych ale nie tylko. W Piotrowicach dzieci z miasta przyjęły pod swój dach rodziny Ernsta Beckera, Wilhelma Bodacha, Jadwigi Laube. W Trzebinach były to rodziny Józefa Schuberta, Alberta Daubersteina, Franza Hoffmanna, Józefa Gertiga. Baron von Lessen tylko na ten cel przeznaczył specjalny fundusz w wysokości 4000 marek. W okresie do 30 marca 1917 roku w Piotrowicach i Trzebinach przebywało 15 dzieci z miasta. 

Kiedy mrozy wreszcie odpuściły, padał rzęsisty deszcz. W nocy z 16/17 kwietnia 1917 roku nad Piotrowicami rozszalała się burza. Poprzedził ją słoneczny i nad wyraz ciepły dzień. Lało całą noc co doprowadziło do całkowitego zalania przydrożnych rowów. Rów Krzycki przypominał rwący potok. Woda z pól wlewała się do niego niszcząc dopiero co wykonane zasiewy. W obu wsiach wcale nie było lepiej. Ogród przylegający do gościńca Hinderliha teraz przypominał całkiem spory staw. Woda całkowicie zalała główną drogę we wsi. To spowodowało, że siedmioro dzieci nie dotarło rano do szkoły. Piotrowice zostały odcięte od świata. 

W tych okrutnych okolicznościach przyrody dość regularnie docierały do wsi wiadomości z frontu. Pierwsza w nowym roku dotyczyła gefraitera Augusta Nitsche. Za męstwo na polu walki otrzymał Krzyż Żelazny II klasy. Robert Becker z Piotrowic, pierwotnie uznany za poległego, odnalazł się we francuskiej niewoli. Cały i zdrowy w liście do rodziców prosił o przesłanie bielizny i sucharów. 

30 kwietnia 1917 r na cmentarzu ewangelickim w Święciechowie pochowano ucznia Bruno Kunze. Dziecko zmarło na zapalenie płuc. 

W maju i czerwcu uruchomiono kolejną zbiórkę charytatywną, tym razem dla załóg okrętów podwodnych tzw. U-bootów. W obu wsiach zdołano zebrać 73,50 marek.

We wtorek 19 czerwca 1917 roku kościół katolicki pw Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Gołanicach został pozbawiony dzwonów.

Dzwony bez zbędnych ceregieli zostały zdjęte i przewiezione do stacji kolejowej w Lasocicach. Od tej chwili ich los jest nieznany ale z pewnością zostały przetopione na uzbrojenie. 

Po bardzo długiej i mroźnej zimie zapanowało upalne lato. Deszcze padały rzadko, postępowała susza. Od 9 lipca 1917 szkoła w Piotrowicach przyjęła nowych uczniów. Były to 6 dzieci z miasta. 

W listopadzie 1917 roku z frontu nadeszła wiadomość o przyznaniu Krzyża Żelaznego dla Bruno Elsnera. Było to już 11 odznaczenie tego typu, którym wyróżniono mieszkańców Piotrowic i Trzebin podczas tej wojny. 

Z tabeli wyraźnie widać różnicę w ilości mężczyzn i kobiet. To efekt wojny.

W ciężkich walkach we Flandrii w listopadzie 1917 roku ciężko ranny od odłamka granatu został mieszkaniec Trzebin Walenty Andrzejewski. W kolejnym miesiącu Krzyż Żelazny otrzymał Gunther oraz Bruno Jakub oboje z Piotrowic. 

W 1918 roku w majątku barona von Lessen w Trzebinach pracowało 10 jeńców francuskich. Wcześniej przebywali tam jeńcy rosyjscy. Miejscowi przyglądali się obcym z dystansem ale i zainteresowaniem. Krążyły o nich  ciekawe opinie. Powszechnie uważano, że Rosjanie bardziej nadawali się do pracy gospodarstwie rolnym niż Francuzi. Byli też lepiej przygotowani do ciężkiej, fizycznej pracy. Tych drugich krytykowano za lenistwo i nieposiadanie elementarnej wiedzy rolniczej. Nie potrafili też pracować przy zwierzętach. Rosyjscy jeńcy w większości byli biednymi chłopami w państwie Cara.  

W lutym 1918 r do obu wsi dotarła wiadomość, o wycofaniu się Rosji z wojny. W Brześciu podpisano rozejm, co było kolejnym krokiem do formalnego zakończenia wojny. W Rosji rządzili już komuniści, którzy w listopadzie 1917 r zbrojnym zrywem przejęli władzę po carze. Teraz Lenin pragnął się umocnić, ale nie osiągnąłby tego tocząc wyczerpującą wojnę z zachodem. W Piotrowicach i Trzebinach znowu załopotały flagi. Zapanowała powszechna radość i nadzieja, na powrót bliskich z frontu. 20 lutego z tej okazji nauczyciel zorganizował wieczór patriotyczny w gościńcu Hinderlicha. Podczas wiecu dzieci recytowały patriotyczne wiersze i śpiewały piosenki. Uroczystość rozpoczęła uczennica Anna Hoffmann  recytując wiersz pt. "Moja Ojczyzna" Frekwencja dopisała. Obecny był również pastor Willigmann, który wygłosił wykład o boskiej sprawiedliwości. Wieczór zakończył się wystawieniem sztuki teatralnej i odśpiewaniem hymnu "Deutschland uber alles".

W marcu 1918 roku poważnie ranny od granatu został Adolf Hinderlich syn właścicieli gościńca w Piotrowicach. Wspomniany wcześniej młynarz Bruno Jakub zaginął w marcu 1918 r. Niedługo po tym nadeszła wiadomość od jego dowódcy, że poległ w ciężkich walkach we Francji pod Montdidier. Zaginionymi wciąż pozostawali: Jan Wilczkowiak z Piotrowic i August Gertig z Trzebin. 5 kwietnia 1918 r w ciężkich walkach na zachodzie poległ Ambroży Gunter (ur. 8.2.1896) z Piotrowic, syn wdowy Józefy Gunter. 29 kwietnia 1918 r. z wojny powrócił Józef Kędziora z Piotrowic. Był szczęśliwy, że udało mu się przeżyć. Nie odniósł też żadnych poważniejszych obrażeń. 

Latem 1918 r do obu wsi zawitała "hiszpanka", groźna choroba zakaźna, która pod koniec I wojny światowej zalała całą Europę, dziesiątkując jej obywateli. Choroba szerzy się w zastraszającym tempie i budzi powszechny strach. 

9 listopada 1918 r. abdykował cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern. Na oczach ówczesnych mieszkańców Piotrowic i Trzebin rodziła się Polska. 

CDN

ŹródłoKronika szkoły w Piotrowicach. Archiwum Państwowe w Lesznie




czwartek, 30 kwietnia 2026

Losy mieszkańców Piotrowic i Trzebin w okresie wojny światowej cz V

W styczniu 1916 r. w Piotrowicami wstrząsnęła wiadomość o rzekomej śmierci Kurta Klunski. Mieszkańcy odetchnęli z ulgą, gdy okazało się, że ich nauczyciel żyje i ma się dobrze. 

W szkole zmieniono organizację nauczania. Powodem był niedostatek kadry nauczycielskiej. Po wcieleniu Klunski do wojska, w szkole pozostało dwóch nauczycieli. Teraz kolejny z nich musiał wyjechać na front. Pozostał jeden nauczyciel, który musiał dźwignąć cały ciężar nauczania i tak przeorganizować plan zajęć, aby móc zdołać prowadzić lekcje z wszystkimi dziećmi. To był pierwszy sygnał od początku wojny, że szkoła w Piotrowicach przestała działać w normalnym trybie. I tak nauczyciel podzielił uczniów na dwie grupy: w jednej były starsze dzieci w drugiej młodsze. Z grupą dzieci starszych prowadził lekcje w godzinach 7-10. Młodsze dzieci przychodziły do szkoły o godz. 10 i uczyły się do 13. W ten sposób każde dziecko miało zapewnione 3 godziny nauki. Możliwe, że brak drugiego nauczyciela nie był jedynym powodem dla którego część dzieci przebywała w szkole podczas gdy inne były w tym czasie w domach. Wojna zabrała mężczyzn dlatego teraz cały ciężar pracy w gospodarstwach spadł na barki kobiet i uczniów. Taka zmiana organizacji nauczania, powodowała, że rodzice mogli efektywniej wykorzystywać swoje potomstwo do pracy. Starsze dziecko było w szkole, młodsze pomagało w gospodarstwie. Młodsze dziecko szło do szkoły - starsze z niej wracało.

9 marca 1916 roku podczas szturmu na Fort de Vaux – jeden z fortów twierdzy otaczającej miasto Verdun we Francji, zginął Walter Rittermann, dawny nauczyciel z Piotrowic. To właśnie po nim posadę w tutejszej szkole otrzymał Kurt Klunska. Rittermann zwolnił się na własną prośbę i z dniem 1 maja 1912 roku, został przeniesiony do szkoły w Osiecznej na stanowisko drugiego nauczyciela. Rittermann pochodził z Radomina koło Chodzieży, gdzie urodził się 28 września 1881 roku. Egzamin nauczycielski zdał w 25 sierpnia 1902 r w seminarium nauczycielskim w Rawiczu. W Piotrowicach zaczął uczyć od 1 października 1907 roku. 

Tragedia rodziny Seilerów z Piotrowic. 15 marca 1916 roku w okopach Łotwy zginął na skutek eksplozji granatu Peter Seiler, pracownik handlowy, syn rolnika Petera Seilera. Poległy miał zaledwie 21 lat. Nazwisko to często pojawia się na stronach kroniki szkoły w Piotrowicach. Juliusz Seiler był  przewodniczącym Rady Szkolnej. Podczas  imprezy charytatywnej, kiedy to wbijano gwoździe do drewnianego krzyża w 2 dzień Świąt Bożego Narodzenia 1915 r. ofiarował aż 10 marek, za które mógł nabyć gwóźdź w złotym kolorze.

Do wsi docierały kolejne tragiczne wiadomości. 3 lipca 1916 roku poległ murarz Johannes Wittig z Piotrowic (ur. 25.04.1881). Służył w 46 Rezerwowym Pułku Piechoty. W tym samym czasie na Ukrainie zginął Roman Kunze z Piotrowic. Służył w 58 Pułku Piechoty. Miejscowi w hołdzie poległym na drzwiach swoich domostw wieszali wieńce żałobne. 

W dużych miastach panował głód. Niemieccy mieszkańcy Leszna za wszelką cenę szukali sposobu na zdobycie pożywienia i przetrwania trudnych czasów. Powszechnie uważano, że ludność na wsi łatwiej radzi sobie z ekonomicznymi skutkami wojny.  Hodowano tu zwierzęta więc było i mięso. Trzymano drób, który zapewniał jaja. Mieszkańcy Trzebin i Piotrowic zaczęli odsprzedawać cześć swoich plonów. Chętnych nie brakowało. Przyjeżdżali z Leszna rowerami i wozami. Dopytywali o możliwość kupna masła ,sera, warzyw i owoców. Zdarzało się i tak, że odjeżdżali z kwitkiem. 

23 sierpnia 1916 roku we Francji w bitwie pod Somną, która była jedną z najkrwawszych bitew tej wojny, zginął trafiony odłamkiem granatu grenadier Józef Maćkowiak z Trzebin (ur. 22.3.1895). Maćkowiak zgłosił się do armii cesarskiej na ochotnika. 

Robotnik rolny Bernard Floschel został odznaczony Krzyżem Żelaznym II klasy. Floschel zasłynął niesamowitym szczęściem, które nie opuszczało go w nawet najbardziej niebezpiecznych sytuacjach. Służył na froncie wschodnim. Podczas zmasowanego ataku sił rosyjskich został przysypany w okopie setkami kilogramów ziemi a pomimo tego zdołał się wydostać na powierzchnię. Gdy dostał się do rosyjskiej niewoli - zdołał z niej uciec, podobno dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Wielokrotnie ranny, zawsze wracał w pełni sił do swojego pułku. 

Kolejna tragiczna wiadomość dopadła rodzinę Hoffmannów z Trzebin.18 października 1916 roku we Francji zginął Paul Hoffmann ur. 31.8.1887 r. Był kolejnym z Hoffmannów na liście poległych. Wcześniej zginęli Józef i Paul. 

żołnierz artylerii polowej podoficer Otto Handke otrzymał Krzyż Żelazny II klasy za odważne ocalenie działa przed nieprzyjacielem. 

Pod koniec 1916 roku w Piotrowicach było 28 gospodarstw, w których mieszkało 56 mężczyzn i 70 kobiet. Razem 126 osób. W Trzebinach było 17 gospodarstw, w których mieszkało 29 mężczyzn i 52 kobiety. Razem 81 osób. Z tego zestawienia wynika duża przewaga kobiet, co było ewidentnym "efektem wojny" 

Spis inwentarza zwierzęcego w obu wsiach na dzień 1.12.1916 r.

Podobnie jak podczas świąt Bożego Narodzenia w 1915 roku, baron von Lessen podejmował w swoim pałacu w Trzebinach mieszkańców obu wsi oraz dzieci. Z powodu wielu obciążeń te Święta nie były jednak takie same. Tym razem nie obdarowano dzieci tkaninami na nowe ubrania. Mimo to dzieci nie opuszczały pałacu z pustymi rękami.  Gwiazdor obdarował je zeszytami, ołówkami, gumkami do mazania, obsadkami do piór, orzechami, jabłkami i piernikami. 

CDN.

ŹródłoKronika szkoły w Piotrowicach. Archiwum Państwowe w Lesznie

wtorek, 28 kwietnia 2026

Losy mieszkańców Piotrowic i Trzebin w okresie wojny światowej cz IV

Pobyt Kurta Klunski w Piotrowicach, choć krótki, to jeszcze długo był komentowany przez mieszkańców. Jego opowieści o wojnie światowej działały na wyobraźnię słuchaczy. Młodzież zazdrościła mu oficerskich dystynkcji a starsi odczuwali prawdziwą satysfakcję, że "ich" nauczyciel zawsze o nich pamięta i traktuje jak członków rodziny. Klunska wprost emanował dobrym nastrojem, którym zarażał otoczenie. 

Dobre nastroje miały szanse trwać dłużej bo pod koniec sierpnia 1915 roku obie wsie obiegły wiadomości, o  zdobyciu przez wojska niemieckie i austro-węgierskie twierdzy w Modlinie i Brześciu. Był to powód do świętowania więc starym zwyczajem na domach zawisły flagi i odwołano lekcje w szkole. Szybkie postępy wojsk niemieckich dawały nadzieję, na rychłe zakończenie wojny. Póki co nie szczędzono datków na armię. Mieszkańcy Piotrowic i Trzebin w dalszym ciągu brali udział w zbiórkach charytatywnych. 4 września 1915 r miejscowy nauczyciel postanowił wykorzystać ciepłą aurę i urządzić lekcje botaniki na zewnątrz w ładnych okolicznościach przyrody. Była to jednak nietypowa lekcja. Uczniowie odwiedzali gospodarzy, od których dostawali owoce i warzywa. Zebrano około 150 kg śliwek i jabłek, które następnie przekazano do punktu zbiórki.  7 września 1915 r jedna z dziewczynek mieszkająca w Trzebinach przyniosła do szkoły złotą dwudziestomarkową monetę, czym wzbudziła sensację i podziw nauczyciela. Moneta trafiając do Banku Rzeszy zasiliła nadszarpnięty budżet cesarskich Niemiec. 

Tymczasem napłynęły wieści od Kurta Klumski, który regularnie korespondował ze szkołą w Piotrowicach. 8 września wrócił na front wschodni w okolice Tarnopola, gdzie służył w 24 Dywizji Rezerwowej (48 Brygada, 233 Pułk Piechoty). Klunska czuł się dobrze i żywił nadzieję na szybki powrót do dawnego zajęcia, jakim było nauczanie wiejskich dzieci. 

Zdarzały się i złe wiadomości. Dotyczyły mieszkańców obu wsi walczących na wszystkich frontach tej wojny. Wojna zaczynała dosłownie dziesiątkować całe rodziny. Sytuacja pogarszała się tym bardziej, że z powodu braku młodych żołnierzy zaczęto wzywać do służby wojskowej mężczyzn po czterdziestce jak np. 41 letniego Bruno Eisnera z Trzebin. 13 sierpnia 1915 roku w okopach frontu wschodniego, podczas szturmu na nieprzyjaciela od strzału w głowę zginął strzelec Jan Rosgalla (58 Pułk Piechoty), brat rannego Ludwika Rosgalli. 15 sierpnia 1915 roku zginął syn wyrobnika z Trzebin Józef Hoffmann ur. 31.05.1890 r. (336 Pułk Piechoty, 9 kompania). Jego brat Paul został dwukrotnie ranny w krótkich odstępach czasu. W dniu 26 września we Francji w okopach pod Verdun ciężko ranny został piotrowiczanin Józef Freitag ur. 7.12.1881 (155 Pułk Piechoty). Freitaga nie udało się uratować gdyż zmarł 12 października w wyniku odniesionych ran. Został pochowany na cmentarzu wojennym w miejscowości Sens we Francji. Pozostawił wdowę z dwójką małych chłopców , z których starszy uczęszczał do 2 klasy szkoły w Piotrowicach. Mniej więcej w tym samym czasie lecz na froncie wschodnim nad rzeką Szczarą (dopływ Niemna) ranny w obie nogi został Roman Nitsche z Trzebin, syn Antoniego. Ten niedawno awansowany podoficer został przetransportowany pociągiem sanitarnym do szpitala polowego w Brześciu Litewskim (obecnie Brześć nad rzeką Bug). 

24 października 1915 roku w sali wiejskiej Hinderlicha w Piotrowicach tradycyjnie jak co roku o tej porze odbywał się kiermasz. Miał to być dzień wspólnych zabaw i śpiewów, połączony z konsumpcją wspaniałego jedzenia. Tym razem jednak  było inaczej. Stół, przy którym zgromadziło się niewielu mieszkańców świecił pustkami. W domach brakowało podstawowych produktów więc nikt nie kwapił się aby dodatkowo uszczuplać domowe zapasy. Tylko jeden gospodarz mógł sobie pozwolić na przyniesienie czegokolwiek z domu. W sali panowała przygnębiająca atmosfera. Nikt nie miał zamiaru tańczyć, żartować, bawić się. Było to oznaką tego jak wojna przeorała życie społeczne tych ludzi.  

Poranek 27 października 1915 roku  przywitał wszystkich śniegiem i lekkim mrozem. Niechybnie zbliżała się druga zima tej wojny. To był czas najwyższy aby podobnie jak w ubiegłym roku zbierać materiał na ciepłe ubrania, szyć rękawice i  skarpety dla żołnierzy marznących w okopach. W Piotrowicach i Trzebinach uzbierano 25 marek, z których sfinansowano zakup wełny. Dziewczęta dziargały skarpety i rękawice, które ostatecznie trafiały do punktu zbiórki w Lesznie. 

23 grudnia 1915 roku właściciel majątku w Trzebinach baron Eberhard von Lessen urządził w swoim pałacu uroczystość bożonarodzeniową, na którą zaprosił niektórych mieszkańców Piotrowic i Trzebin wraz z dziećmi. Wspólnie śpiewano kolędy a Św. Mikołaj (zwany w tych stronach Gwiazdorem) rozdawał skromne upominki. Każde dziecko z rodzin pracujących w majątku barona otrzymało zawiniątko z materiałem na nowe ubranie, kawałek ryby, jabłka, orzechy i pierniki. 

W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia nauczyciel zorganizował akcję charytatywną w celu pozyskania środków na wsparcie wdów, sierot i inwalidów wojennych. Akcja zwana "wbijaniem gwoździ w krzyż" była przy okazji formą zabawy i polegała na tym, że za deklarowaną kwotę pieniędzy  otrzymywało się określonego koloru gwóźdź (brązowy, srebrny, złoty), który następnie wbijano w specjalnie do tego celu przygotowany duży drewniany krzyż lub figurę. Kolor gwoździa zależał od wysokości wpłaty. Śpiewano przy tym pieśni patriotyczne oraz wystawiono dwie sztuki teatralne. Mieszkańcy dopisali - na krzyżu szybko zabrakło miejsca na kolejne gwoździe.  Wieczorem nauczyciel wszedł na stołek i powiesił krzyż nad drzwiami w jednej z klas szkoły. Od tej pory miał symbolizować patriotyzm i ofiarność dla ojczyzny. Nauczyciel był ogólnie zadowolony z przebiegu uroczystości. W końcu sam ją zorganizował. Jednak nie cieszyły go Święta Bożego Narodzenia.  Był już zmęczony i od kilku tygodni czuł, że siły go opuszczają. Organizowanie tego typu akcji wymagało znacznego wysiłku i osobistego zaangażowania. W tych trudnych czasach praca dla dzieci i lokalnej społeczności często przynosiła rozterki i rozczarowania marnymi efektami lub brakiem zrozumienia, dobrego słowa, podziękowania. Do tego dochodził brak środków finansowych. Nauczyciel otrzymywał pensje bardzo nieregularnie a czasami w niepełnej wysokości. Coraz rzadziej mógł liczyć, że ktoś dołoży trochę grosza do organizowanych przez niego akcji. Ileż można dokładać z własnej kieszeni? Trudno jednak całą winę zwalać na sąsiadów, każdego dnia borykających się z biedą i niedostatkiem. Brakowało dosłownie wszystkiego. Brak nafty spowodował, że ludzie żyli w egipskich ciemnościach. Gdzie jest Państwo? Gdzie są władze oświatowe? Do czego to wszystko zmierza - dręczył się schodząc ze stołka. 

CDN.

Chlewnia w Piotrowicach. Z prawej strony magazyn. Stan z 1988 r. Źródło: Zabytek.pl





ŹródłoKronika szkoły w Piotrowicach. Archiwum Państwowe w Lesznie

sobota, 25 kwietnia 2026

Losy mieszkańców Piotrowic i Trzebin w okresie wojny światowej cz III

Wiosna 1915 roku była zimna. Często padał deszcz a i śnieg nie był rzadkością. Wszystkim doskwierały braki opału. Na przełomie 1914/1915 roku szkoła w Piotrowicach była ogrzewana jedynie kilka dni. W kwietniu wreszcie zrobiło się trochę cieplej. W sadach zakwitły drzewa owocowe a przydomowe ogródki rozkwitły wiosennymi bylinami. Jednak w obu wsiach panował smutek i rozgoryczenie. Wśród mieszkańców narastało przygnębienie z powodu pogarszającego się zaopatrzenia. Pierwsze sygnały o poległych sąsiadach jeszcze bardziej pogarszały te nastroje.  

14 kwietnia wieczorem w Piotrowicach w sali gospodarza Hinderlicha wystąpił pastor Wilhelm Willigmann - ewangelicki duchowny posługujący w Lesznie. Był znany ze skrajnie nacjonalistycznych, niemieckich poglądów. Po odzyskaniu przez Wielkopolskę niepodległości, z powodu swojej działalności i wrogiemu nastawieniu do polskości został zmuszony do opuszczenia miasta. Teraz jednak siedział za stołem w sali Hinderlicha w Piotrowicach i podniosłym głosem, często gestykulując, wytykał zgromadzonym błędy przy wychowywaniu dzieci w warunkach wojennych. Przy okazji wzywał do wstrzemięźliwości w piciu i jedzeniu. Czasy są trudne, mawiał i dlatego wymagają drastycznych ograniczeń.  

Tymczasem do mieszkańców Piotrowic i Trzebin napływały listy i karty pocztowe  z  wszystkich frontów tej wojny. Młodzi chłopcy pisali do rodziców, mężowie do żon. W listach wyrażali troskę o bliskich, a swój los pokładali w Bogu i nadziei na rychłe zakończenie konfliktu. Na to się jednak nie zanosiło. W maju 1915 roku kolejni mieszkańcy otrzymali wezwanie do armii cesarskiej. Byli to z Piotrowic: Franz Deutsch, Emil Fechner, Franz Handke. Z Trzebin: Józef Łuczak. 

Chwilowe ukojenie przyniosły mieszkańcom obu wiosek wiadomości płynące ze wschodu. W maju 1915 roku na wieść o przełamaniu frontu rosyjskiego w bitwie pod Gorlicami na Podkarpaciu, władze zarządziły wywieszenie flag w każdym domostwie. Zapanowała powszechna radość, wręcz euforia. Wreszcie pojawiła się nadzieja na jakiś przełom. Zadowolenie z ogólnej sytuacji na froncie wschodnim wzrosło jeszcze bardziej wraz z napływającymi nowinami, które bezpośrednio dotyczyły mieszkańców Piotrowic. Pierwsza z nich szczególnie wzruszyła Karola i Eleonorę Hinderlichów. Ich syn Adolf, żołnierz 19 Pułku Piechoty, został odznaczony Krzyżem Żelaznym drugiej klasy. Druga wiadomość rozeszła się szerokim echem w całej okolicy, bowiem dotyczyła lubianego przez wszystkich tutejszego nauczyciela Kurta Klunskę. Walcząc na wschodzie w okolicach Jarosławca za zasługi na polu walki w dniu 13 maja 1915 roku otrzymał z rąk dowódcy Krzyż Żelazny.  Dla niego ta okropna wojna - przynajmniej na razie - miała się zakończyć. W ostatnich dniach maja został bowiem skierowany na kurs oficerski do Legnicy a następnie trafił do obozu szkoleniowego w Lockstedt w Holsztynie (północne Niemcy). Kolejne dobre wiadomości dotyczyły rodziny Maćkowiaków z Trzebin. Ich syn Józef również mógł z dumą nosić Krzyż Żelazny. Przypięto mu go w dniu 6 sierpnia 1915 r. Dobre wiadomości poprawiały nastrój młodzieży. Chłopcy słysząc o sukcesach swoich starszych kolegów, chętniej brali udział w ćwiczeniach wojskowych organizowanych przez nauczyciela. W ramach nauki doskonalili walkę wręcz, posługiwali się wystruganymi z drewna karabinami, ćwiczyli musztrę i i inne wojskowe zachowania. 

Mijały kolejne miesiące wojny. Rodzice poległych otrzymywali okolicznościowe dyplomy sławiące ich zabitych członków rodziny. Jesienne prace polowe zakończono w terminie, dzięki determinacji kobiet i dzieci, które podczas nieobecności synów, mężów i ojców musieli pracować za dwóch a nawet za trzech. Systematycznie organizowano akcje charytatywne dla wdów, sierot wojennych i inwalidów. Kurt Klunska pilnie szkolił się w Lockstedt. Szybko awansował na starszego sierżanta. Latem otrzymał krótki urlop, który wykorzystał na odwiedzenie rodziny w Sycowie. Nie znalazł czasu na przyjazd Piotrowic, nad czym ubolewał. Obiecał sobie, że przy następnej okazji na pewno odwiedzi swoich uczniów w ukochanej szkole. Okazja nadążyła się już w poniedziałek 16 sierpnia. O godz. 23.00, gdy większość mieszkańców wsi kładła się do łóżek, ktoś zapukał do drzwi szkoły. Mieszkający w niej nauczyciel nie spodziewał się takiego gościa! W progu stał uśmiechnięty pruski oficer. Kurt Klunska uścisnął zaskoczonego ale uradowanego nauczyciela. Mężczyźni do późna w nocy rozmawiali, opowiadając sobie o toczącym się życiu na wsi i trudach walki w okopach wojny światowej. Właśnie mijał rok jak Klunska opuścił Piotrowice. Przez ten czas zdążył już walczyć na froncie zachodnim pod Verdun i wschodnim pod Jarosławcem. Teraz jako absolwent obozu szkoleniowego z Lockstedt nosił oficerskie dystynkcje. W tych szczęśliwych dla siebie okolicznościach odwiedził Piotrowice z nadzieją na spotkanie ze swoimi uczniami.  Następnego dnia, Kurt Klunska spotkał się z dziećmi. Został przyjęty kwiatami, jak prawdziwy bohater. Wraz z dawnymi podopiecznymi przechadzał się wzdłuż drogi prowadzącej do Niechłodu. Zaglądał do domostw, serdecznie witał się z ich mieszkańcami. Tego samego dnia ze smutkiem i wzruszeniem opuszczał wioskę. Kolejne dni urlopu zamierzał spędzić u krewnych w Namysłowie. 

CDN.

ŹródłaKronika szkoły w Piotrowicach. Archiwum Państwowe w Lesznie.

Władysław Sieracki z Radomicka z okresu I Wojny Światowej w mundurze piechura. Źródło: album rodzinny p. Miłosza Urbańczaka