Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

piątek, 14 lutego 2014

Zaborówiec 1940-1945

Czy zastanawialiście się kiedyś jak mogło wyglądać życie wysiedlonej rodziny podczas ostatniej wojny? Ja próbowałem ale z marnym skutkiem. Szybko przekonałem się, że nie sposób nam współcześnie żyjącym ludziom wyobrazić sobie co odczuwali ci, którzy doświadczyli tego strasznego przejawu hitlerowskiego terroru. Należała do nich rodzina moich Dziadków z Dłużyny. W tym miejscu pisałem o okolicznościach tego wydarzenia. Dzisiaj czas na ciąg dalszy.

Owego zimowego dnia 1940 roku razem z Bednarczykami wysiedlono z Dłużyny jeszcze sześć innych rodzin. Wszystkich wywieziono do leżącej niedaleko wsi Zaborówiec. Podróż nie trwała więc długo, ale niosła za sobą ogromne emocje, strach i niepewność o jutro. Jak będą żyli teraz w obcym miejscu? Co stanie się z ich domem w Dłużynie, z którym tak bardzo byli związani? Marianna płakała a Czesław uspakajał dzieci. Wiedział, że odtąd będą go potrzebowały bardziej niż kiedykolwiek.

Zaborówiec przywitał ich mroźnym porankiem. Niemieccy żołnierze polecili wszystkim siedmioro rodzinom stanąć na obszernym placu znajdującym się w centrum wsi. Tak rozpoczął się trwający 4 lata nowy i trudny zarazem okres w życiu rodziny Bednarczyków.

Czesław Bednarczyk lata 70te XXw
 Czesław i Marianna wraz z dziećmi zamieszkali w przydzielonym im przez Niemców domu. Dom z czerwonej cegły sprawiał wrażenie podzielonego na pół. Dzisiaj powiedzielibyśmy, ze to bliźniak. Na pół podzielona była również obora oraz stodoła. Były to tak naprawdę dwa oddzielne gospodarstwa. Na podwórku znajdowała się studnia. Była trochę niezwykła bo tak naprawdę było to zagospodarowane i ujarzmione przez właścicieli źródło. Przez cembrzysko studni cały czas przelewała się woda i spływała swobodnie do znajdującego się nieopodal ogrodu. Tam kończyła swój krótki żywot w małym stawie. Dzięki temu prawie nigdy nie zamarzała. Po jakimś czasie starsze dzieci Czesława i Marianny zostały skierowane do sąsiednich wiosek na przymusowe roboty w gospodarstwach wiejskich między innymi do Święciechowy i Jezierzyc.  Wśród nich była Anna Hudzik moja Babcia. Jak nastoletnia dziewczyna lata wojny spędziła ciężko pracując w Święciechowie u Niemca Franza KLUPSCH. Co kilka dni Niemcy przywozili do Zaborówca kolejnych przesiedleńców. W ten sposób tworzyli oni w Zaborówcu nową społeczność, choć tymczasową. 
Pewnego poranka Czesław Bednarczyk stanął na drodze przed domem aby móc obserwować to co działo się na oddalonym o ok. 500 m placu w centrum wsi. Właśnie Niemcy przywieźli kolejne wysiedlone rodziny. Kiedy to się wreszcie skończy - zastanawiał się. I wówczas dostrzegł w oddali zbliżające się dwie znajome mu skądś postaci. Były to starsze kobiety, trzymające w ręku ciężkie tobołki. Szybko okazało się, że to były ciotki Czesława wysiedlone z Radomic. Szczęśliwie Niemcy dokwaterowali je do rodziny Czesława Bednarczyka. Dzisiaj kiedy zastanawiam się nad tą historią,  zwracam szczególną uwagę na jej niezwykłość.  Czy był to  zbieg okoliczności? Zamierzone działanie Niemców? A może po prostu wśród Niemców zdarzali się  normalni, współczujący ludzie? Oto historia która może tego dowodzić:

Wkrótce po tym jak rodzina Bednarczyków ulokowała się w "nowym" domu, do drzwi zapukał sołtys wsi. Był to Niemiec, którego zadaniem było przekazanie Czesławowi całości gospodarstwa. Aby to zrobić należało protokólarnie przekazać wszystkie sprzęty znajdujące się w gospodarstwie oraz zwierzęta: krowy, świnie, króliki, kury itp.   Zanim jednak przystąpił do urzędniczych czynności zadbał o to aby rodzina Bednarczyków miała co jeść. Oddał Czesławowi swoje kartki żywnościowe między innymi na chleb i na marmoladę z brukwi. Artykuły te można było nabyć w wiejskim sklepiku. Prowadził go Polak, który po wkroczeniu Niemców przyjął niemieckie obywatelstwo. Ten to się dopiero panoszył po całej wsi! Miał magnackie maniery. Ubierał się w żółty mundur i paradował tak, jeżdżąc konno po wsi. Wróćmy jednak do sołtysa. Podczas liczenia zwierząt domowych doszło do nieoczekiwanego zdarzenia. Sołtys zliczał króliki i kury w obecności Czesława. Liczył, liczył i zawsze wychodziło mu inaczej niż Czesławowi :) W króliczych klatkach faktycznie siedziało 10 włochatych królasów. Sołtys jednak upierał się, że jest ich 9! Czesław nie wiedział jak ma się w tej sytuacji zachować. O co tu chodzi? Czy to prowokacja? Sołtys sprawdza mnie - pomyślał. Sołtys jednak nie ustępował. Zapowiedział Czesławowi, że gdy przyjdzie do niego następnego dnia to lepiej dla wszystkich aby liczba królików się zgadzała -  9 sztuk i basta! Podobnie było z biegającym po podwórku drobiem. Sołtys naliczył 14 kur, podczas gdy tak naprawdę biegało ich tylko 15. Z znowu zagroził Czesławowi konsekwencjami, jeśli jutro okaże się, ze kur będzie więcej niż 14. Czesław i Marianna długo zastanawiali się jak powinni postąpić w takiej sytuacji. Może powinni zgłosić zachowanie sołtysa władzom niemieckim? A może zwyczajnie skorzystać z okazji  i skonsumować 15 kurkę i 10 króliczka?  Postanowili jednak zaryzykować i  schować jednego królika i jedną kurę. Następnego dnia, zgodnie z zapowiedzią pojawił się sołtys i przystąpił ponownie do liczenia inwentarza. Naliczył 14 kur i 9 królików i oświadczył, że wszystko się zgadza :) Grzecznie się uśmiechnął i poszedł. 


Na podstawie wspomnień Telesfora Bednarczyka