Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

czwartek, 27 sierpnia 2015

Wspomnienia Anny Hudzik cz. 5 i ostatnia



Hudzików nie było stać aby organizować dzieciom wakacyjne wyjazdy. Poza tym każde miało swoje obowiązki związane z pomaganiem ojcu w gospodarstwie. Tym większa była radość, gdy któregoś dnia Ludwik Hudzik obiecał rodzinie,  że zabierze ją nad morze. Po latach okazało się, że dla Hudzików był to najdłuższy wspólny wyjazd. Ludwik postanowił odwiedzić swoją ciotkę Helenę Dużałową, która wyprowadziła się z Piotrowic na ziemie odzyskane gdzieś między Koszalinem a Sławnem.  Anna nagotowała na drogę jaj i wieczorem autobusem wszyscy pojechali do Leszna a stamtąd pociągiem do Koszalina. W domu została tylko najstarsza córka Maria. Ciotka Dużałowa mieszkała bodajże we wsi Dąbrowa, do której Hudzikowie jechali z Koszalina autobusem. Kierowca  autobusu wysadził podróżnych  na jakimś przystanku na żądanie i wskazał drogę. Zmęczeni po długiej nocnej podróży kontynuowali swoją podróż pieszo, aż wreszcie dotarli do wiejskich zagród. Ludwik, choć nigdy nie był u ciotki, znanym sobie tylko sposobem, szybko rozpoznał dom ciotki. Mimo zmęczenia humory wszystkim dopisywały.  Ludwik zapukał  do drzwi, podczas gdy Anna z dziećmi schowała się w sieni. Powitaniom nie było końca. Helena Dużała była wzruszona i szczęśliwa widząc przybyszów aż z dalekich Piotrowic.  Aby zaspokoić głód niespodziewanych gości, szybko nasmażyła kopę jaj, które wcześniej wszystkie dzieci żwawo zbierały gdzieś po krzakach wokół zabudowań. Następnego dnia Hudzikowie kontynuowali swoją podróż. Tym razem odwiedzili syna Heleny Mariana Dużałę, który mieszkał w Koszalinie. Było też i obiecane morze, nad które do miejscowości Mielno wszyscy pojechali mikrobusem. Bałtyk wywarł na przybyszach  niebywałe wrażenie. 

Anna z natury jest domatorem. W swoim życiu bardzo mało podróżowała ale każdy wyjazd pamięta ze szczegółami.  Pewnego razu pojechała na dwudniową wycieczkę zorganizowaną przez koło emerytów w Święciechowie. Dzięki tej wycieczce mogła zwiedzić między innymi Niepokalanów, Górę św. Anny oraz grób ks. Popiełuszki w Warszawie. Anna uczestniczyła też w drugiej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski, w Poznaniu w 1983 r. Doskonale pamięta rodzinny wyjazd do Jeleniej Góry w 1992 roku, gdzie w murach nieistniejącej już Wyższej Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej, mogła uczestniczyć w promocji oficerskiej swojego pierwszego wnuka Pawła. Trzeba jednak stwierdzić, że wyjazd do dalekiej Jeleniej Góry trochę ja przerażał.  I tu w sukurs Annie przyszedł nieoceniony zięć Mieczysław, który bez ogródek zakomunikował jej, że osobiście przyjedzie po nią samochodem a jak nie będzie gotowa, to ją siłą wsadzi do pojazdu:) Anna nie mogła więc odmówić pod presją perswazji zięcia i zaproszenia wnuka. Była pod wielkim wrażeniem samej uroczystości jak i całej podróży. 

Ludwik Hudzik dbał aby z biegiem lat rodzinie żyło się coraz lepiej, wygodniej. Około 1958 roku w domu Hudzików jako pierwszym we wsi zapaliła się prawdziwa żarówka.  W ogrodzie Ludwik zainstalował elektrownie wiatrową, której konstrukcję podarował mu teść Czesław Bednarczyk. W skład elektrowni wchodził wysoki maszt ze śmigłem oraz prądnice prądu stałego na 24 V. Na strychu znajdowały się na akumulatory. Wiatr napędzał śmigło i uruchamiał prądnicę, która z kolei ładowała akumulatory. W bezwietrzne dni prąd czerpany był z akumulatorów. Elektryczność doprowadzono do Piotrowic dopiero w 1962r. Był to prawdziwy skok cywilizacyjny dla wszystkich mieszkańców. 
Więcej na ten temat tutaj.

Rodzina Wieszczeczyńskich jako pierwsza we wsi kupiła telewizor Neptun, który był na owe czasy prawdziwym cudem techniki. Cała wieś gromadziła się w domu Wieszczeczyńskich aby wspólnie oglądać program telewizyjny na czarno-białym szklanym ekranie. W niedługim czasie telewizor zawitał również w domu Hudzików. Później pojawiła się elektryczna pralka i lodówka. Jednak nie wszyscy byli chłonni nowości. Przyrodni brat Ludwika Feliks Zakręt,  nigdy nie kupił telewizora. Przez wiele lat, co wieczór przychodził do Hudzików oglądać dziennik telewizyjny a następnie film. Ludwik szukał różnych sposobów na zarobienie dodatkowych pieniędzy. Dorastająca piątka dzieci miała z każdym rokiem nowe potrzeby. Któregoś roku wydzierżawił 2 ha ziemi, na której zasiał len. Cała rodzina ciężko pracowała aby po walce z chwastami, ręcznie wyrywać kłącza lnu. Następnie len suszono,układano w snopki i  odstawiano do roszarni. Przez kilka lat Hudzikowie uprawiali też  miętę. 

W 1963 r. Anna Hudzik rozpoczęła pracę w przetwórni owocowo-warzywnej we Włoszakowicach. Do Włoszakowic wyjeżdżała rano o godz. 8,00 autobusem, a wracała ok. 16.30. Rano musiała jeszcze wydoić krowę, napaść inwentarz, przygotować dzieci do szkoły i ugotować domownikom obiad. W przetwórni pracowała przez trzy sezony. W 1966 r. podjęła robotę w szkole podstawowej w Piotrowicach jako sprzątaczka.  I tak przez kolejne 15 lat Anna dzieliła pracę zawodową z obowiązkami domowymi, wychowując piątkę dzieci i zajmując się gospodarstwem. Jak by tego było mało, przez pewien okres opiekowała się  dzieckiem młodej nauczycielki p. Fengler. Praca w szkole nie była łatwą. Oprócz sprzątania pomieszczeń klasowych w dwóch budynkach szkolnych, korytarzy, ubikacji, które były na zewnątrz szkoły do jej obowiązków należało także zadbanie o obejście szkoły. W każdą sobotę musiała  zagrabić duże boisko, drogę wzdłuż ogrodzenia szkoły, wyplewić z chwastów dwa klomby z kwiatami. Dzieci Anny często pomagały jej w tej pracy, nawet podczas wakacji, kiedy trzeba było myć okna i szorować podłogi.  Podczas zimy paliła również w piecach kaflowych. Gdy nastały naprawdę mroźne dni, jej dzień pracy rozpoczynał się już o 4 rano. Zabierała ze sobą trochę słomy, suche drewka, aby szybko rozpalić ogień w piecach szkoły. Nie dość, że pieniędzy z tej pracy było tyle co kot napłakał, to Anna aby mieć czym sprzątać i czym palić wynosiła z domu  ścierki, środki do czyszczenia. Miarka przebrała się w wakacje 1981 roku.  Anna miała wówczas 56 lat i daleko do emerytury. Któregoś dnia, podczas mycia okien spadła z krzesła i bardzo się potłukła.  Dyrekcja szkoły wyraziła swoje zdziwienie i daleko idące niezadowolenie z faktu, że Anna tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego "śmiała" skorzystać ze zwolnienia lekarskiego.  Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że Anna przez wszystkie lata pracy nigdy ze zwolnień lekarskich nie korzystała. 

Niewątpliwie olbrzymim przeżyciem dla Anny był  ślub najstarszej córki Marii. Nie tylko z tego powodu, że był to pierwszy ślub w rodzinie Hudzików, ale również dlatego, że Anna nie mogła być świadkiem składanej w kościele przysięgi małżeńskiej.  Maria pracowała jako pielęgniarka w szpitalu we Wolsztynie. Za męża wybrała sobie żołnierza zawodowego z jednostki w Babimoście. Był maj 1969 roku. W tym czasie wojskowym zabraniano chodzić do kościoła a tym bardziej brać śluby kościelne. Żołnierzy, którzy nie stosowali się do tych zakazów pozbawiano awansów, w skrajnych wypadkach wydalano ze służby.  W tej sytuacji młodzi postanowili posłużyć się podstępem. Zdecydowali, że ceremonia ślubu cywilnego odbędzie się w Wolsztynie, a ślub kościelny będzie miał miejsce w kościele parafialnym w Gołanicach. Tym samym sądzili, że delegacja kolegów z wojska i przełożonych Pana Młodego obecna będzie tylko w USC w Wolsztynie. Nie przypuszczali, że wojskowi zdecydują się jechać taki kawał drogi z Babimostu do Piotrowic /ok.80km/ po to tylko aby złożyć życzenia Młodym. Jakież było zdziwienie gospodarzy wesela i innych weselników, gdy na podwórko Hudzików w Piotrowicach nagle z impetem wjechał autobus pełen żołnierzy w odświętnych galowych mundurach z dowódcą Pana Młodego na czele! Anna była bardzo przejęta całą tą sytuacją. Miast cieszyć się zamążpójściem najstarszej córki, miała teraz na głowie kilkudziesięciu młodych mężczyzn zerkających łapczywie na weselne stoły.  Martwiła się czy starczy dla wszystkich jedzenia, bo jak tu nie poczęstować weselnymi wspaniałościami takich gości. Stres towarzyszył wszystkim. Wzmógł się przed godz. 15.00 bo właśnie o godz. 15.00 w gołanickim kościele czekał na Młodych ksiądz proboszcz Czesław Kaczmarek. Tymczasem niezwykli goście ani myśleli o powrocie do jednostki! Wiejska zabawa przypadła im wyraźnie do gustu.  Ksiądz zaczął się już niecierpliwić, kiedy na plebanię wbiegł brat Panny Młodej, błagając księdza proboszcza o zmianę godziny ślubu.  Na szczęście ksiądz Czesław Kaczmarek doskonale rozumiał w jakiej sytuacji znaleźli się Hudzikowie i wyraził zgodę na opóźnienie godziny ślubu. Wkrótce, ku zadowoleniu Ludwika i Anny  wojskowi na rozkaz swojego dowódcy jak jeden mąż wstali od stołu i odjechali w stronę Babimostu. Dopiero wówczas młodzi ze świadkami pojechali samochodem marki Warszawa do Gołanic i bez przeszkód zawarli ślub kościelny. Dalej wszystko potoczyło się już bez niespodzianek. Wesele odbywało się w pięknej majowej oprawie przy kwitnących drzewkach owocowych i zielonej wokół trawie.

Wesele odbywało się w pięknej majowej oprawie przy kwitnących drzewkach owocowych

Wszystkie następne przyjęcia weselne córek Hudzikowie wyprawiali w domu, natomiast wesele syna miało miejsce w szkole. Organizacja ślubów, oprócz kosztów, wymagała przede wszystkim dość dużego zaangażowania wszystkich członków rodziny a nawet sąsiadów oraz przemyślanej logistyki. Z domu trzeba było wynieść wszystkie meble, zorganizować dodatkowe stoły i krzesła, które należało ustawić w przemyślany sposób, aby było jeszcze miejsce na orkiestrę i tańce. Zwykle na dwa dni przed weselem do domu przychodziła kucharka, która przygotowywała wszystkie posiłki oraz rzeźnik, który zabijał świnie i robił wyroby mięsne. W domu też mieszano i rozlewano w butelki gorzałkę. Wszystkie weseliska były udane. 

Mijały kolejne lata a rodzina zamiast się kurczyć, rosła w siłę. Na świat przyszły pierwsze wnuki Anny i Ludwika. Ponieważ Hudzikowie niewiele mogli zaoferować dzieciom na ich nowej drodze życia, Anna starała się na bieżąco im pomagać i dzielić się tym, co miała.  Wszystkie dzieci wyposażyła w pierzyny i poduszki. Dzieliła się mięsem i wyrobami z zabitej świni, masłem, mlekiem i warzywami. Cieszyła się, że może gościć wszystkich w domu i zapewnić jedzenie. Z czasem jak wnuki podrosły, były częstymi gośćmi u dziadków w Piotrowicach. Szczególny charakter miały wszystkie święta, które wspólnie obchodzono w Piotrowicach. Na Boże Narodzenie obowiązkowo był Gwiazdor i prezenty, w domu słychać było śpiew kolęd. Gdy dopisała pogoda Ludwik organizował wnukom prawdziwy wiejski kulig  a w Wielkanoc nie oszczędzał nikogo w lany poniedziałek. Co roku cała rodzina gromadziła się w Piotrowicach aby wziąć udział w akcji „wykopki”. Podczas wakacji na podwórku Ludwika i Anny aż roiło się od dzieci, które jak to dzieci, krzyczały śmiały się i rozrabiały. Dzięki temu sąsiedzi zawsze w porę dowiadywali się kiedy rozpoczęły się wakacje, a kiedy kończyły :). Obecność wnuków na hudzikowym podwórku zmuszała miejscowe koty do wyprowadzki. Wracały dopiero po wakacjach... Więcej na ten temat tutaj

1 października 1988 r. nagle na zawał serca zmarł Ludwik Hudzik. Dla całej naszej rodziny było to traumatyczne przeżycie. Życie jednak toczyło się dalej więc trzeba było wziąć się w garść i rozwiązywać piętrzące się z dnia na dzień problemy. Ponieważ była  jesień, w pierwszej kolejności należało zebrać resztę płodów rolnych (buraki, marchew). Z czasem Anna sprzedała krowę i wtedy uświadomiła sobie, że nic ją już  nie trzyma w Piotrowicach. Szybko przyszła wiosna i ktoś musiał zająć się uprawą roli. Anna zostawiła gospodarowanie synowi a sama wyjechała do miasta aby zamieszkać z córką Weroniką.
 
Swoją decyzją o przeprowadzeniu się do miasta Anna złamała rozpowszechniany pogląd, że starych drzew się nie przesadza. Owszem, na początku miastowego życia miała trochę problemów z zaaklimatyzowaniem się do nowych warunków, ale nigdy nie żałowała podjętej decyzji. Po raz pierwszy w życiu nie musiała myśleć o paleniu zimą w piecu. Nie potrafiła się nudzić, zawsze znalazła sobie zajęcie, sprzątała, prała, hodowała kwiatki na balkonie i na klatce schodowej. Najbardziej jednak była zadowolona z bliskości dostępu do kościoła. Mieszkając w Piotrowicach do parafialnego kościoła w Gołanicach miała ok. 4 km idąc drogą przez las. Pomimo to, zawsze starała się uczestniczyć w nabożeństwach. Na mszę i inne uroczystości religijne jeździła rowerem zabierając ze sobą dzieci. Jedno wiozła na rurze, drugie w koszyczku, a jeszcze jedno na tragarzu. O tym jak przedkładała nawet własne zdrowie nad sprawy boskie niech świadczy następujące zdarzenie. Będąc w ostatnim miesiącu ciąży odważyła się pojechać w styczniu rowerem na pożegnalną mszę swojego proboszcza. W tym czasie proboszczem Gołanic i Krzycka był ksiądz Balcerek. Akurat gdy Anna dojeżdżała do cmentarza, spotkała proboszcza idącego pieszo z Krzycka Małego. Ksiądz widząc ją bardzo się zdziwił i zaniepokoił. Kilka dni od tego zdarzenia Anna urodziła kolejną córkę. Anna uważa, że  to właśnie głęboka wiara w Boga pomogła jej przetrwać wszystkie trudne okresy w jej życiu. Do dzisiaj w radiu słucha mszy św., codziennie odmawia różaniec, modli się nie tylko za siebie ale i za dzieci, wnuki, prawnuki.
 
Na zakończenie sformułuje  receptę Anny na jej długoletnie życie :

                  „Dużo pracować, mało jeść i modlić się„
  
Na podstawie wspomnień Anny Hudzik, spisanych ręką córki Weroniki Hudzik. Leszno 2015.


sobota, 22 sierpnia 2015

Wspomnienia Anny Hudzik cz.4




Ludwik Hudzik zarządzał PGRem ok. dwóch lat. Anna marzyła jednak o własnym domu, takim z ogródkiem, kawałkiem pola i zwierzętami. Namawiała męża aby poczynił w tym kierunku jakieś kroki. Wkrótce marzenia te, choć zrodzone w szarej, komunistycznej rzeczywistości ziściły się. Decyzją Powiatowej Komisji Ziemskiej w Lesznie z dnia 30.11.1951 r. Ludwik Hudzik otrzymał w Piotrowicach na własność gospodarstwo po Niemcu Marii Deutsch. Budynek mieszkalny był stary i zniszczony. Wzniesiony z czerwonej cegły, składał się z trzech pokoi, kuchni, strychu i piwnicy. Do domu mieszkalnego przylegał budynek gospodarczy. Na posesji znajdował się również staw i ogród. W największym z pokoi poprzedni lokator niejaki Sobecki trzymał narzędzia rolnicze: pługi, brony. 
/Patrz również tutaj/

Przez jakiś czas po przeprowadzce cała rodzina spała w jednym pokoju. Drugi pokój zajmował najmłodszy brat Ludwika Antoni, który nie wiedzieć czemu jeszcze przez wiele lat przewijał się przez dom Hudzików. Może dlatego, że długo był kawalerem i nie miał stałego miejsca zamieszkania. Wkrótce jednak Ludwik wyremontował duży pokój i położył podłogę. Mniej więcej w tym okresie wychodziła za mąż córka sąsiadów. Sąsiedzi ci również byli na dorobku więc zwrócili się do Hudzików z prośbą o udostępnienie im tego właśnie pokoju do tańców.  Hudzikowie w imię dobrej sąsiedzkiej pomocy zgodzili się na to. Szybko tego pożałowali bo po weselu okazało się, że dopiero co z takim trudem położona podłoga jest tak zniszczona, że nadawała się tylko do wymiany. 

Jednym z wielkich  marzeń Anny było urządzenie sypialni małżeńskiej. Długo oszczędzała pieniążki ale dzięki temu mogła zrealizować ten plan. W Święciechowie niejaki Majewski prowadził warsztat solarski. U niego Hudzikowie zamówili meble do sypialni. Na wystrój sypialni składały się dwa łóżka, dwa  stoliki nocne i toaletka. Była to pierwsza taka sypialnia w historii Piotrowic. :).  Później przyszła kolej na kuchnię, do której meble ponownie zamówiono u Majewskiego. Jeszcze przez wiele lat po wojnie w Piotrowicach nie było  elektryczności ani bieżącej wody. Przy tak licznej rodzinie Anna miała  od groma prania. Zwykle prała na specjalnej tarce na podwórzu przy studni. Wydawało się, że tej czynności nie było końca. Zawsze na podwórzu, na sznurach wisiały świeżo uprane rzeczy. Gdy robiła duże pranie lub wymieniała sienniki w łóżkach, jej dzieci bawiły się w pokojach w tych nieobleczonych pierzynach. W domu nie było tapczanów ani tak popularnych później wersalek. Domownicy spali na łóżkach lub w łóżeczkach, które miały sienniki ze słomy. Zawsze po żniwach Anna wymieniała w nich słomę. W gospodarstwie Hudzików choć małym,  prawie zawsze była krowa i cielak, kilka świń, dużo kur, kaczek i gęsi. Przez pewien okres hodowano nawet owce i króliki. Ponieważ trzeba było obrabiać ziemię Ludwik kupił konia.  Pierwszy koń, raczej skromnej postury bardziej przypominał kucyka. Był  ulubieńcem dzieci. Podczas zabawy pozwalał  zrobić ze sobą dosłownie wszystko. Służył rodzinie Hudzików przez kilkadziesiąt lat, aż któregoś dnia zakończył swój pracowity żywot w ogrodzie. Wszyscy długo go opłakiwali. 

Ludwik Hudzik w okresie młodości.
W związku z tym, że w tym okresie wiejski sklep w Piotrowicach był marnie zaopatrzony Hudzikowie, podobnie jak inne rodziny we wsi, starali się być choć trochę samowystarczalni. Wymagało to jednak wiele pracy i wysiłku. Na początku mleko od krowy zlewano do kanek a następnie zbierano ręcznie śmietanę, z której w słoiku ubijało się masło. Później do robienia masła używano kierzynki (maselnica). Aby usprawnić tą czynność Ludwik zorganizował znacznie ulepszoną maselnice kwadratową ze śmigłami, co znacznie przyspieszało robienie masła. Jak nie starczało dla wszystkich masła od jednej krowy, do masła dodawano margarynę. Dość wcześnie w domu Hudzików pojawiła się centryfuga (wirówka do mleka). Było to urządzenie przy pomocy którego oddzielano śmietanę  od mleka. W okresie gdy hodowano owce, ich strzyżeniem  zajmował się Ludwik. Zadaniem Anny było uprząść wełnę na tradycyjnym kołowrotku, z której potem na drutach dziargała skarpety, czapki i swetry. Wiele pracy i wysiłku wymagało też wyhodowanie we własnym zakresie piskląt kurcząt, kaczek czy gęsi. Anna sama nasadzała kury na jajkach. Jak już się wykluły małe żółte kurczaczki, przynosiła je na kilka dni do domu aby tam pod ciepłym piecem nabrały sił. Potem pisklęta chodziły z kurą po podwórzu, a na noc zamykane były w drewnianych patykach. Czasami  zdarzało się, że rano znajdowano martwe kurczaki,zaduszone w nocy przez szczura lub kota. Pisklęta nie miały też łatwego życia gdy na podwórzu pojawiły się wnuki Anny i Ludwika. Potrafiły samym głaskaniem doprowadzić te małe żółte istoty do wycieńczenia :). Anna nie zajmowała się tylko domem i dziećmi. Musiała też pomagać mężowi w pracach polowych w okresie żniw czy wykopków. Brała wówczas dziatwę ze sobą, sadzała pod kupą siana lub mendlem zboża aby tam się grzecznie bawiły. A dzieci jak to dzieci, trzeba było czymś zająć aby nie przeszkadzały w codziennej ciężkiej pracy. Anna aby móc ugotować obiad lub zrobić pranie dawała dzieciom do zabawy talerzyki od centryfugi, swoją biżuterie lub zdjęcia, a także patelnie i garnki. Sama szyła dzieciom fartuszki, robiła na drutach sweterki. 


Wnuki Anny i Ludwika Hudzika podczas żniw
W długie zimowe wieczory dzieci aby się nie nudzić same musiały wymyślać sobie rozrywkę.  Z powodu braku elektryczności dość wcześnie kładły się spać. Ponieważ spały w jednym pokoju to ich ulubioną zabawą było wspólne liczenie np. baranów, koni na wsi czy dzieci. Pewnego razu wszystkie dzieci zachorowały i leżały w łóżkach. Anna musiała wyjść do sklepu, który prowadziła Pani Drobnik aby kupić naftę. Obiecała dzieciom, że jeśli pod jej nieobecność będą grzeczne to dostaną niespodziankę. Jakaż była radość dzieci, kiedy każde z nich  dostało małą paczuszkę petit bery, w której było 5 ciastek. Radość była tym większa, że zwykle Anna wydzielała dzieciom po jednym ciastku a czasami dzieliła cukierka na pół. To pokazuje jak trudne to były czasy. Pieniędzy było mało, funkcjonował raczej handel wymienny i spekulacja. Za jajka można było kupić loda na patyku lub chleb i cukier w kiosku. Nie raz bywało, że aby kupić chleb lub cukier Anna niecierpliwie zaglądała do kurnika i czekała, aż kura zniesie jajko. Mimo tych trudnych lat nikt w rodzinie Ludwika  Hudzika nie głodował. Często zabijano świnie, krowa dawała masło, mleko i ser. Na polu uprawiano ziemniaki i warzywa. Raz w tygodniu Anna piekła 4 blaszki placka drożdżowego.


W latach 50 tych  Ludwik pracował w Gminie Świeciechowa w biurze Delegata Pełnomocnika Ministerstwa Skarbu i Kontraktacji. Od marca 1956 r. został zatrudniony w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Niechłodzie. Pełnił funkcje przewodniczącego Rady. Do jego obowiązków należało między innymi udzielanie ślubów cywilnych. Jako przewodniczący aktywnie uczestniczył w życiu gminy. Organizował uroczystości z okazji świąt państwowych a także zabawy taneczne w parku. Pomimo wielu obowiązków nie zapominał o dzieciach. Często mu towarzyszyły podczas tych świąt i gminnych uroczystości. Nie trudno się domyśleć że z racji pełnionej funkcji w Gminnej Radzie Narodowej Ludwik Hudzik musiał być członkiem partii. Pewnego wiosennego dnia  1953 r. w drzwiach domu Hudzików stanęło dwóch działaczy PZPR.  Ludwika nie było w domu, ponieważ pojechał do Jezierzyc Kościelnych prosić siostrę Anny, Władysławę Szady aby została matką chrzestną jego urodzonej w styczniu trzeciej córki.  Anna nie zorientowała się kim byli tajemniczy goście i nieświadoma konsekwencji, ujawniła im gdzie i w jakim celu przebywał jej mąż. Za  bycie praktykującym katolikiem Ludwik Hudzik dostał ostrą reprymendę od lokalnych władz partyjnych. Miarka się jednak przebrała i Ludwik sam wystąpił z partii. Od tamtego wydarzenia nigdy więcej nie należał do żadnej organizacji politycznej. 

Na podwórku w Piotrowicach
W 1959r. Ludwik Hudzik zaczął pracować w Lesznie na kolei. Zarobione pieniądze inwestował głównie w prowadzenie gospodarstwa.  Kupował  nawozy, zboże, drobny sprzęt gospodarski. Za jedną z pierwszych pensji kupił trochę w tajemnicy przed Anną drzewka owocowe. Anna nie była tym zachwycona ale po latach, gdy drzewa wydały pierwsze owoce, zmieniła zdanie. Ludwik pracował w systemie zmianowym  12 na 24 godziny. Dzięki temu po pracy mógł zajmować się gospodarstwem. 


Dzieci Ludwika i Anny uczyły się w szkole podstawowej w Piotrowicach. Ojciec zawsze im powtarzał, że powinny się pilnie uczyć, aby w przyszłości nie liczyć worków na kolei lub pracować w PGR. Nauka w siedmioklasowej szkole podstawowej w Piotrowicach nie była łatwa. Klasy były łączone, a przez to w jednym pomieszczeniu uczyły się dzieci w różnym wieku. Po lekcjach dzieci musiały pomagać rodzicom. Pracowały w polu podczas żniw, przy młóceniu zboża, wykopkach czy plewieniu buraków itp. W okresie żniw Ludwik rano klepał kosę i jak tylko obeschła trawa cała rodzina szła w pole. Ludwik kosił kosą żyto, a dzieci idąc za nim ubierały  je, tzn. ścięte zboża układały w kupki. Na końcu szła Anna, która wiązała ścięte zboże w snopki. Następnie robiono mendle, tj ustawiano po 7-10 szt. snopków razem.  Po kilku dniach gdy zboże wyschło, zwożono je i układano w stóg. Dopiero później zboże młóciło się  przy pomocy młocarni. Inną czynnością  było  robienie siana dla zwierząt. Skoszoną kosą trawę należało dobrze wysuszyć, a to było uzależnione od pogody. Nie raz z powodu mokrego lata kilkakrotnie trzeba było rozrzucić mokre siano i  od nowa formować kupki. Jednak najbardziej czasochłonnym zajęciem dzieci było pasanie krów. W okresie szkolnym krowy pasała Anna koło domu na miedzy. Gdy dzieci wracały ze szkoły musiały najpierw zaprowadzić krowy na łąkę oddaloną ok 1,5 km od domu. Następnie należało je pilnować i wieczorem przyprowadzić do domu. Dopiero po tej pracy dzieci mogły przystąpić do odrabiania lekcji. Najgorzej jednak było latem. W okresie upałów trzeba było wcześnie rano wstać. Gdy tylko słońce wzeszło, dzieci z bijącym sercem czekały, aż do pokoju wejdzie ich mama i wyznaczy jedno z nich do zaprowadzenia krów na łąkę. Wyznaczone dziecko zawsze miało uszykowane gorące mleko w butelce i chleb z masłem. Szkoda było czasu na jedzenie w domu śniadania. Na łąkach dzieci nie były same. Spotykały się ze swoimi rówieśnikami, które również pasły krowy. Wówczas  było wesoło. Dzieciaki paliły ogniska i piekły ziemniaki. Taki rytuał z krowami obowiązywał dość długo, do czasu aż  ktoś wpadł na pomysł, że krowy można przecież zaprowadzić na pastwisko i pozostawić na długim łańcuchu. A że myślenie to przyszłość, jeszcze później stwierdzono, że trawę można skosić i przywieść krowom do domu :)

Na podstawie wspomnień Anny Hudzik, spisanych ręką córki Weroniki Hudzik. Leszno 2015.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Wspomnienia Anny Hudzik cz. 3



Jak trochę ucichło Anna razem z siostrą Stefanią pojechały do Dłużyny. Na gospodarstwie ich ojca Czesława Bednarczyka nie było już nikogo. Na szczęście inwentarz obsługiwali sąsiedzi oraz starsza siostra Anny Franciszka, która przez okres wojny zajmowała się gospodarstwem należącym do proboszcza. Franciszka odegrała ważną rolę w życiu Anny. Siostry przez cały okres dzieciństwa i młodości dzieliły razem pokój. Franciszka nigdy nie wyszła za mąż. Może właśnie dlatego namawiała Annę do małżeństwa. Wiedziała bowiem jak idzie się przez życie w pojedynkę. Franciszka pomagała Annie przy narodzinach pierwszego dziecka, zawsze służyła radą i pomocą. Anna z siostrą opiekowały się ojcowizną do czasu, gdy Czesław Bednarczyk załatwił wszystkie sprawy urzędowe i mógł formalnie wrócić z Zaborówca do Dłużyny. Jednak Anna długo nie nacieszyła się rodzinnym domem.

W tym czasie w Jezierzycach Kościelnych mieszkała z mężem jej siostra Władysława Szady. Często chorowała i nie mogła ciężko pracować na gospodarstwie. Czesław Bednarczyk i na to znalazł rozwiązanie. Doszedł do wniosku, że rodzinie Szady trzeba pomóc.  Postanowił posłać do Jezierzyc Kościelnych jedną z sióstr: Annę lub Stefanię. O tym, która wkrótce wyjedzie z Dłużyny miał zdecydować ciągnięty los. Padło na Annę. Szwagier Anny Stanisław Szady prowadził w Jezierzycach Kościelnych duże gospodarstwo. Anna miała więc co robić. Pracowała w polu, doiła krowy, parowała ziemniaki dla świń, gotowała, prała, zajmowała się synem Szadych, małym Władkiem. Do zabudowań gospodarskich Stanisława Szady przylegała wiejska świetlica. Młodzież organizowała w niej potańcówki.  Pod nieobecność Stanisława to Anna decydowała czy udostępnić salę do zabawy. Okres wojny nie sprzyjał zakładaniu rodzin, dlatego też po jej zakończeniu wielu chłopaków szukało żon. W tym czasie Anna miała wielu adoratorów, głownie z Jezierzyc Kościelnych. Jednak żaden z miejscowych jej nie odpowiadał. Pewnego wieczoru na zabawie pojawił się chłopak z Piotrowic  w charakterystycznej białej czapce. Miejscowi chłopacy nie byli zadowoleni z faktu, że Anna zerka na obcego, którym okazał się Ludwik Hudzik. Próbowali zniechęcić go do Anny robiąc mu psikusy. Razu pewnego zabrali mu białą czapkę, innym razem rower. Rower szybko się jednak znalazł, po tym jak Anna zagroziła, że jeśli go nie oddadzą, to zgłosi sprawę na milicję. Sprawy toczyły się szybko. Ludwik Hudzik przekonywał Annę do małżeństwa. Tłumaczył jej, że lepiej pracować na swoim niż harować u szwagra. Ponadto liczył po cichu na to, że jako żonaty mężczyzna nie zostanie powołany do wojska. Może to i było mało romantyczne ale takie wówczas były czasy.  Później okazało się, że służby wojskowej i tak nie uniknął. Ludwik Hudzik prowadził w Piotrowicach niewielkie gospodarstwo. Formalnie należało do jego matki Stanisławy z domu Zakręt. Anna miała okazję poznać swoją przyszłą teściową podczas wiejskich dożynek, na które Ludwik ją zaprosił. Czesław Bednarczyk "czuwał" nad młodymi, ściśle wyznaczając córce godzinę powrotu do domu. W Piotrowicach Ludwik oprowadził Annę po wsi a następnie zabrał ją na zabawę dożynkową. Podczas pierwszego pobytu w Piotrowicach Anna miała okazję poznać matkę Ludwika.  Obie Panie bardzo się starały aby dobrze wypaść podczas tego spotkania. Stanisława Hudzik na cześć Anny upiekła chruściki. Pomimo, że w tamtych czasach nie przywiązywano znacznej wagi do oficjalnych zaręczyn, to pewnego razu miało miejsce zdarzenie, które możnaby dzisiaj nazwać zaręczynami.  Podczas jednej z zabaw w Jezierzycach Kościelnych Ludwik Hudzik tańczył z Anną poloneza. Gdy muzyka przestała grać, wręczył wybrance czekoladę. Inni uczestnicy zabawy doskonale wiedzieli co to oznacza. Ktoś w mig postawił na środku sali taboret, na którym Ludwik i Anna musieli stanąć i się pocałować :)

Był rok 1947. O zamiarach młodych wkrótce dowiedział się Czesław Bednarczyk. Oznajmił, że ślub będzie mógł się odbyć dopiero jesienią. Związane to było z brakiem funduszy, ponieważ Czesław budował w tym czasie wozownie. Mimo to sprawy toczyły się szybko i swoim torem. Na ślub zapraszano wszystkich indywidualnie. Krótko przed uroczystością ślubną Stanisława Hudzik zabrała młodych do Leszna na zakupy. Synowi kupiła garnitur, przyszłej synowej kolczyki oraz obrączki. Suknię ślubną Anna miała po swojej starszej siostrze Stefani. Ludwik i Anna  pobrali się 13 września 1947r. w Dłużynie. Wesele trwało dwa dni i było dużym wydarzeniem we wsi. W końcu za mąż wychodziła ostatnia córka sołtysa! Ślubu cywilnego udzielał brat Anny Józef Bednarczyk, który w tym czasie był kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego we Włoszakowicach. 

Anna i Ludwik Hudzik w dniu ślubu.
Krótko po ślubie młode małżeństwo zamieszkało w Piotrowicach. Ludwik przyjechał po żonę do Dłużyny wozem zaprzęgniętym w konie. Anna w posagu dostała krowę, którą teraz przywiązali do tego wozu. I  tak oto Anna Hudzik wyruszyła na dziesiątki lat do wsi Piotrowice. Młodzi  zamieszkali w domu rodzinnym Ludwika w małym pokoiku. Anna najpierw go wysprzątała, a następnie z welonu uszyła firanki. Potrafiła też uformować z gliny piec. Anna nie miała okazji poznać swojego teścia, Marcina Hudzika, który zmarł przedwcześnie w wieku 45 lat w maju 1945 roku. W domu Hudzików mieszkała jeszcze siostra Ludwika Franciszka, która będąc krótko po ślubie zajmowała wraz z mężem największy pokój. Poza tym w Piotrowicach mieszkali bracia Ludwika: Józef i Dominik oraz siostra Eleonora z rodziną.  Prawie wszyscy utrzymywali się z gospodarstwa Stanisławy Hudzik. Pomagali w pracach polowych, przy żniwach i wykopkach. Domem zajmowały się głównie Stanisława i Anna.

 Sielanka pierwszych miesięcy wspólnego życia nie trwała długo. Dwa miesiące po ślubie Anna zaszła w ciąże. Na miesiąc przed rozwiązaniem, w czerwcu 1948r. Ludwika powołano do wojska (Służył w Lublinie od 23.06.1948 r. do 05.12.1949 r. gdzie walczył z bandami UPA). Zdecydowano, że na czas służby wojskowej Ludwika Anna wróci do Dłużyny.  Pomimo zaawansowanej ciąży nikt tam jej nie oszczędzał. Szwagier Anny Józef, przejął gospodarstwo po Czesławie Bednarczyku. Twierdził, że dobrze Annie dobrze zrobi ruch i kazał jej chodzić za maneżem (urządzenie, za którym szły konie i uruchamiały np. napęd młocarni). W tym czasie w Dłużynie było kilkoro małych dzieci należących do sióstr Anny. Gdy siostry szły pracować w polu, dziećmi zajmowała się ich babcia - Maria Bednarczyk. Nie raz zdarzało się, że gdy wracały wieczorem do domu, zastawały na stole leżące i płaczące niemowlaki, z którymi płakała również ich babcia :). 29 lipca 1948r. do grona wnucząt Marii Bednarczyk dołączyło pierwsze dziecko  Anny - córka Marysia. Ludwika nie było przy jej narodzinach. Swoje pierwsze dziecko zobaczył dopiero jak miało kilka miesięcy. Chrzciny wyprawiono u Bednarczyków w Dłużynie. Chrzestnymi Marysi zostali  brat Ludwika Józef i siostra Anny Stefania. Na chrzcinach była obecna również teściowa Anny, która nalegała na rychły powrót synowej do Piotrowic. Tego samego zdania był Ludwik, który w liście do żony stwierdził, że jej miejsce jest w Piotrowicach. Wkrótce Anna została przywieziona do Piotrowic przez szwagra Józefa.  Był to bardzo trudny okres w życiu Anny. W czasie gdy Ludwik był jeszcze w wojsku urodziło się drugie dziecko. Mały Staś był wcześniakiem i po kilku dniach zmarł. 

W 1950 roku, krótko po powrocie z wojska, Ludwik otrzymał propozycję zarządzania gospodarstwem PGR w Piotrowicach. Młode małżeństwo przeprowadziło się do dużego mieszkania w zabudowaniach należących do PGR. Budynek, który stoi do dziś, znajdował się w parku. W tym czasie sytuacja PGRu była trudna. Większość pracowników odeszła. Na posterunku trwali jeszcze Helena Kaczmarek, która pracowała głównie w polu i Władysław Adamczak, który zajmował się owcami, końmi i bydłem. Anna pomagała mężowi w pracach polowych i w oborze. Często do pracy zabierała ze sobą dzieci. W tym okresie na świat przychodziły kolejne dzieci Anny i Ludwika: Łucja i Adam. 

Częstym gościem w domu Hudzików była siostra Ludwika Franciszka z Kościana. Przyjeżdżała do Piotrowic z dziećmi Olą i Marianem pod nieobecność swojego męża Stefana Nowaczyka, który jako zdun często przebywał poza domem.  Któregoś dnia dzieci Franciszki Nowaczyk  bawiły się na podwórzu. Nagle dzieci zniknęły z oczu dorosłych. Franciszka spytała małą niespełna 2 letnią Marysie gdzie jest Ola. Marysia bez wahania wskazała na miejsce w którym znajdowała się odkryta  na podwórzu studnia.  Gdy przerażona Franciszka zajrzała do studni, zobaczyła wypływającą z pod wody córkę Olę. Struchlała ze strach Franciszka zaczęła wzywać pomocy. Na miejscu zbiegli się pracownicy PGR oraz przechodzący w pobliżu nauczyciel miejscowej szkoły pan Kozłowski. To właśnie on bez wahania zszedł do studni po drabinie i uratował dziecko od pewnej śmierci. Franciszka Nowaczyk, zwana przez wszystkich Ciocią Franią przyjeżdżała do Piotrowic przez całe swoje długie życie. Znana była  z tego, że zawsze jak przyjeżdżała miała przy sobie gotowe torebki, woreczki, a to na kaczuszkę, a to na jajeczka, owoce itp.

CDN.

Na podstawie wspomnień Anny Hudzik, spisanych ręką córki Weroniki Hudzik. Leszno 2015.