Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

poniedziałek, 11 lutego 2013

Wysiedlenia 1941 r

 Wysiedlenia Polaków podczas II wojny światowej dokonane przez Niemców, tzw. Generalsiedlungsplan (Generalny Plan Przesiedleńczy) miały miejsce w latach 1939–1945 w okupowanej Polsce i związane były z niemieckimi planami germanizacji terenów należących do II Rzeczypospolitej, które w wyniku kampanii wrześniowej znalazły się pod niemiecką okupacją. Wysiedlenia te początkowo miały charakter spontaniczny i polegały na zabieraniu majątku oraz nieruchomości byłym właścicielom – Polakom przez członków mniejszości niemieckiej zamieszkałej na terenie Polski. Później przybrały charakter zorganizowanych przez rząd III Rzeszy starannie zaplanowanych wysiedleń całych obszarów zamieszkanych przez ludność polską z zamiarem osiedlenia na tych terenach ludności niemieckiej przesiedlanej z innych państw jak Rosja, Rumunia czy państwa bałtyckie. Wysiedlenia Polaków przez Niemców odbywały się praktycznie od momentu rozpoczęcia wojny do ostatnich chwil pobytu armii niemieckiej na terenach Polski. 
Domostwa i gospodarstwa wysiedlonych Polaków były zajmowane przez przesiedlonych ze wschodu Niemców i np Rumunów jak to miało miejsce w przypadku Mielcuch.

 Los wysiedlonych spotkał również  rodziny Hudzików oraz Zakrętów. Trudów tułaczki na wschód nie przeżył Klemens Hudzik. Wg ustnych relacji wnuka i 2x prawnuczki Klemensa Hudzika rodzina Hudzików wysiedlona była w październiku lub listopadzie 1941 roku. Jesienią tego roku Klemens był bardzo przeziębiony. Nieleczona choroba, szybko przyjęła postać zapalenia płuc, które zakończyło się tragicznie. Klemens Hudzik zmarł w drodze, w okolicach wsi Cieszęcin 16 listopada 1941 roku i w tej wsi został pochowany. W rodzinnych wspomnieniach z tamtych dni przejawia się wątek syna Klemensa Władysława, który strudzonemu ojcu wiezionemu na wozie podaje pierzynę aby chronić go przed zimnem. Widzący to niemiecki żołnierz dotkliwie pobił troskliwego syna.

Wysiedlenia Polaków z Wielkopolski źródło Wikipedia
   Aby oddać dramatyzm tamtych dni przedstawiam fragment wspomnień Władysława Bednarka, przesiedlonego w 1941 roku z ziemi kaliskiej do Generalnej Guberni. Wspomnienia pochodzą ze strony www.okupowanamlodosc-animator.blogspot.com:

"Zima w tym roku była średnia, ale wtedy 13 grudnia jeszcze nie było śniegu. Jeszcze braliśmy ściółkę z lasu na przykrycie ziemniaków. Nie było wolno, więc w nocy przywieźliśmy.
Wstaliśmy  wcześnie rano, stoimy na środku podwórza, a tu Niemiec w bramce. Podchodzi do ojca i pyta: „Bednarek Piotr?” „Tak.” „Jesteście wywłaszczeni. Za pół godziny wszyscy mają się zabrać.” Ręce nam opadły. Idziemy do domu, budzimy rodzinę. Ale ten Niemiec nie był zły, więc troszkę nam pomógł. Ojciec był w Niemczech przed wojną (może jeszcze przed pierwszą światową?).  W każdym razie mówił trochę po niemiecku, więc się dogadali. Nie wolno było zabrać nic, chyba że w domu były małe dzieci, to wtedy pozwalali wziąć jakąś poduszkę. Cały dobytek był spisany i miał zostać na miejscu (takie rejestry robili już na początku okupacji). Akcję przeprowadzali w ten sposób, że Niemiec przychodził do rolnika, który miał konie i kazał mu je zaprzęgać do furmanki. Dopiero wtedy się okazywało, że tym wozem będzie wiózł wysiedlonych. W takiej tajemnicy to ukrywali. Do nas przyjechał furman z innej wioski. Zaczęliśmy na ten wóz pakować mąkę, poduszki, a on mówi: „To wam wszystko zabiorą. Jeżeli macie jakieś deski to zakryjcie to wszystko”. Wzięliśmy więc okładnice z naszego wozu i zakryliśmy nimi bagaż. Pakowanie zeszło nam dłużej niż pół godziny, bo jeszcze Niemiec kazał nam usunąć łóżka. Gdy wychodziliśmy to moja babcia z płaczem powiedziała do niego : „Przeżyłam już 70 lat, a teraz musze iść na tułaczkę!”. Jemu też łzy popłynęły z oczu…Dojechaliśmy do drogi Kalisz – Wieluń, przy której były już wszystkie inne furmanki. Tam gestapo czekało na samochodzie. Z większych wozów pospychali i pozabierali ludziom wszystko. Nam się udało, bo zajechaliśmy jako ostatni i to już była zbiórka na odjazd. Jechaliśmy do urzędu gminy, ok. 8 km.  Był z nami brat (średni) i nastoletnia siostra. Ona gdzieś zmieszała się z tłumem i uciekła do ciotki, która mieszkała po drodze. Tym sposobem uniknęła wywózki na roboty. Gdy dotarliśmy do urzędu to Niemcy oddzielili młodzież od reszty i zatrzymali w takim areszcie, a potem ich wywieźli do Rzeszy. Średni brat przeczekał całą okupację u wuja. Wtedy w urzędzie gminy, gdy była ta łapanka na roboty,  jemu udało się gdzieś „zaplątać” i go nie zauważyli. Potem znowu już niewiele brakowało i wzięliby go, ale ciotka przekupiła Niemca. Dała mu kurę, masło, a on coś tam „pokręcił” w papierach. Potem brat już do domu nie wrócił, ożenił się w sąsiedniej wiosce, gdzie do dziś mieszka (teraz ma 92 lata)."