Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

poniedziałek, 29 lipca 2013

Zgadywanek ciąg dalszy.

Jest jedna sprawa, która nie została ostatecznie wyjaśniona. Mam z nią nie lada kłopot, choć dotyczy osób z naprawdę niedalekiej przeszłości.

Szukam miejsca śmierci moich 3 x pradziadków Tomasza Chudzika i jego żony Katarzyny z Alejziaków. Przypomnę, że ostatnie potwierdzone w dokumentach miejsce ich pobytu to wieś Gęsówka w gminie Wróblew koło Sieradza. To tam miedzy innymi przyszedł na świat mój pradziadek Marcin - ojciec dziadka Ludwika z Piotrowic. Tam też Chudzikowie wydali za mąż za Kazimierza Kurczewskiego najmłodszą córkę Kamilę.  Ich syn Klemens Hudzik po tym jak poślubił Jadwigę z Grzegorków, urodzoną i wychowaną w Mielcuchach - zapewne przejął gospodarstwo w Gęsówce po ojcu. Według przekazów potomków Klemensa Jadwiga zabiegała usilnie u męża aby przenieść się na stałe do jej rodzinnych stron w Mielcuchach. Wkrótce tak właśnie się stało. Drugi syn Klemensa Marcin urodził się już w Mielcuchach w 1911 roku.  Zachodzi więc pytanie czy Klemens zostawiłby w Gęsówce 72 letniego ojca? Pewne fakty wskazują za tym, że nie. Ostateczne rozwiązanie tej zagadki wcale nie jest łatwe. Jest pewne, że w 1911 roku Tomasz Chudzik z żoną jeszcze żyli. Sprawdziłem kilkukrotnie księgi zgonów parafii Charłupia Wielka aż do roku 1911 i nie znalazłem w nich aktów Tomasza i Katarzyny. Jeśli nie zostali pochowani na cmentarzu parafialnym w Charłupii Wielkiej to mogę ich szukać już tylko w Kraszewicach. Niestety na to nie mam żadnych twardych dowodów, tylko same domysły. Nie zachowały się żadne ślady bytności Tomasza i Katarzyny w Mielcuchach po 1911 roku. Również potomkowie Klemensa nic nie wiedzą na ten temat.

Wystosowałem pisma do USC we Wróblewie oraz do USC w Kraszewicach z prośbą o jednoznaczną odpowiedź, w której gminie zostali pochowani moi pradziadowie. To właśnie w Urzędach Stanu Cywilnego znajdują sie właściwe akty z lat 1912 - do dzisiaj. Wkrótce rok 1912 zostanie przekazany do któregoś z Archiwum Państwowych. Przemiła Pani z USC we Wróblewie poinformowała mnie już telefonicznie że sprawdziła lata 1912-1930 i nie znalazła śladu jakichkolwiek Chudzików z gminy Wróblew. Teraz czekam z niecierpliwością na wieści z USC w Kraszewicach. Mam nadzieję, że ta zagadka w końcu znajdzie swój finał w postaci konkretnego rozwiązania.

Innym sposobem rozwiązania tej zagadki byłoby dotarcie do książki meldunkowej wsi Mielcuchy. W książkach tych byli ujęci wszyscy mieszkańcy wsi dom po domu.


czwartek, 25 lipca 2013

Tajemnica poliszynela

Ludzie są tylko ludźmi. Nie ważne czy noszą mundurek harcerski, mundur oficera, garnitur od Armaniego czy sutannę. Wszyscy popełniamy błędy bo taka jest natura człowieka. Gorzej jeśli skutki pomyłki mają swoje poważne konsekwencje w odległej przyszłości i dotykają boleśnie innych. Opowiem dziś o pewnej urzędniczej pomyłce z 1839 roku, z której główni bohaterowie w ogóle nie zdawali sobie  sprawy....bo nie umieli czytać.

Kilka słów wprowadzenia. Przypomnę że najstarszym ustalonym przeze mnie przodkiem z linii mojej prababki Stanisławy Zakręt był Wojciech. Urodził się w parafii Grabów nad Prosną ok 1770 roku. Z nieznanym mi przyczyn przywędrował w okolice Czajkowa i tu wżenił się w rodzinę Lemierzów zamieszkujących nazywane wówczas od ich nazwiska Pustkowie Lemierz. Wojciech Zakręt po 1800 r. poślubił Magdalenę z Lemierzów i miał z nią 6 dzieci. Po przedwczesnej jak na dzisiejsze wyobrażenie śmierci Magdaleny w 1819 roku /miała niespełna 40 lat/ Wojciech bardzo szybko poślubił pannę z sąsiedztwa Mariannę z Gołdynów. Związek został wzorowo skonsumowany czego owocami było 7 kolejnych dzieci. Wróćmy jednak do związku Wojciecha z Magdaleną. Celowo podkreśliłem "i miał z nią 6 dzieci" ponieważ nie jest to do końca pewne. 

Zmierzam do sedna. 

Trafiłem jakiś czas temu na akt zawarcia związku małżeńskiego pomiędzy Wincentym  Zakręt a Krystyną Zakręt. Ślub miał miejsce w parafii Kraszewice w Pustkowiu Lemierz 10 listopada 1839 roku. Ksiądz proboszcz Ludwik Krajewski, pełniący zarazem obowiązki urzędnika stanu cywilnego w Kraszewicach, nie zawahał się ani na chwilę umieścić w akcie informację, wskazujące na to, że Pan Młody i Pani Młoda ....mają tych samych rodziców. Nie trudno zgadnąć, że jako rodziców wymienił Wojciecha i Magdalenę. Czy to oznacza ni mniej ni więcej, że mamy tu do czynienia z jawnym kazirodztwem? Z pewnością nie. Jak więc wyjaśnić tą zagadkę? Przyjrzałem się jeszcze raz, bardzo dokładnie dokumentom, które potwierdzały rzeczywiste fakty narodzin wszystkich Wojciechowych dzieci z obu małżeństw; pisałem o nich tutaj. Ponadto zaczerpnąłem porady od mądrzejszych od siebie i teraz wydaje mi się, że istnieją dwie możliwości.

Pierwsza możliwość:

Pomyłka księdza. Ksiądz miał zły dzień i pisał głupoty pod dyktando stawających /ówczesnych świadków/ w żaden sposób ich nie weryfikując. Za tą teorią może przemawiać również niechlujnie zapisany akt. Jest w nim sporo przekreśleń co widać na zdjęciu poniżej. Pozostaje jednak pytanie czy ksiądz mógł aż tak się pomylić? Czyżby nie miał w zwyczaju przeczytać Młodym i świadkom tego co zapisał. Jeśli tak to nie świadczyłoby to dobrze o panujących w parafii zwyczajach.  Skoro ksiądz nie przeczytał to obecni już nigdy nie dowiedzieli się co w akcie zostało napisane bo zwyczajnie nie umieli czytać.

Druga możliwość:

Ksiądz się nie pomylił tylko niezbyt precyzyjnie określił statut Pana Młodego. Nie ulega mojej wątpliwości, że Krystyna była córką Wojciecha i Magdaleny. Dysponuję aktem urodzenia Krystyny, który wyraźnie to potwierdza. Urodziła się z Wojciecha i Magdaleny w Pustkowiu Lemierz 11 lutego 1812 roku w domu pod numerem 137. 

Akt urodzenia Krystyny Zakręt 1812
Kim więc był Wincenty? Jeśli wierzyć księdzu Krajewskiemu to w dniu ślubu z Krystyną Wincenty miał 26 lat. Urodził się  więc w 1811 roku. Jednak nie odnalazłem jego aktu urodzenia pomimo, że księgi parafialne z Kraszewic są dostępne z 1811 roku. Z tych rozważań wynika, ze Wincenty nie mógł być ani nieślubnym dzieckiem Magdaleny Lemierz, ani też synem Wojciecha z innego związku. Gdyby jedna z tych ewentualności była prawdziwa to ślub również nie mógłby się odbyć. Powtórzę pytanie: kim więc był Wincenty? Według mnie w żaden sposób nie był spokrewniony z Zakrętami. Wychodzi więc na to, że ksiądz udzielając ślubu nie przyłożył się do tego jak należy.  Nie mam na to żadnych dowodów ale to jedyna sensowna możliwość. 

Fragment aktu małżeństwa Wincentego i Krystyny Zakręt 1839 r.







piątek, 19 lipca 2013

Zmiany, zmiany, zmiany....

Uf, gorączka związana z przygotowaniami do imprezy oraz samą imprezą z okazji 88 urodzin Anny Hudzik znacznie opadła. Przyszedł czas na oglądanie zdjęć i wspominanie. Korzystając z tej chwili wytchnienia wpadłem na pomysł aby umieścić na blogu dodatkową podstronę, za pomocą której można by przedstawić  rozbudowany schemat drzewa genealogicznego rodzin Hudzików i Zakrętów. Szczerze mówiąc myślałem o tym od dawna ale nie potrafiłem tego pomysłu zrealizować. Mówiąc wprost: trochę techniki i się pogubiłem :) Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem ogarniania terminów: "serwer ftp", "domena", "hosting", "index.html". "php" Powiedzmy, że zagadnienie opanowałem, co skutkuje jeszcze nie doskonałym, aczkolwiek obiecującym początkiem. Wprawne oko już wyłapało zmianę: U góry strony obok paska podstrony "Główna" pojawił się nowy pasek "Drzewo genealogiczne!" Wystarczy kliknąć aby przenieść się do ogromu informacji jakie udało mi się zgromadzić w drzewie genealogicznym. W dodatku informacje tu zawarte mają zwięzłą formę i charakter rozbudowanych statystyk.

Ten dodatkowy serwis będę się starał na bieżąco uaktualniać.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Piękna liczba, piękny wiek.



            Moja Babcia Anna Hudzik skończyła właśnie 88 lat. Piękna liczba i piękny wiek. Z tej okazji w dniu 06 lipca 2013 roku w Kościele pod wezwaniem Św. Ap. Piotra i Pawła w Gołanicach odprawiona została uroczysta msza św. Po mszy cała rodzina w komplecie przemieściła się na pobliski cmentarz aby zapalić świeczkę na grobie Ludwika Hudzika, męża dostojnej Jubilatki. W tym roku minie dokładnie 25 lat od śmierci mojego Dziadka. Główna uroczystość urodzinowa odbyła się w świetlicy wiejskiej w Piotrowicach. To już tradycyjne miejsce rodzinnych spotkań Hudzików.

Przy tej okazji zebrało mi się na wspomnienia o minionych latach spędzanych w Piotrowicach u Dziadków. Pozwolę sobie podzielić się garścią tych wspomnień, choć muszę przyznać, że dzisiaj z perspektywy minionych ponad 30 lat z małym ogonkiem nie jest to łatwe zadanie. Obrazy, które rysują mi się przed oczami często są czarno-białe, zawierają luki i jakieś szczegóły, których nie wiem do czego odnieść. Tak, pamięć ludzka jest zawodna. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nic nie pamiętam. Jedno jest pewne. Bywałem w Piotrowicach często i to nie tylko podczas wakacyjnej kanikuły. Święta Wielkiej Nocy, Bożego Narodzenia imieniny Babci i Dziadka również spędzało się w Piotrowicach. Od czego więc zacząć?
            Może od tego, że nie wszyscy wiedzą, że dom Babci i Dziadka w Piotrowicach był moim pierwszym domem, zaraz po tym jak moi rodzice przywitali mnie na tym Świecie. Mama z Tatą krótko po ślubie byli na dorobku w dodatku bez mieszkania. Mama pracowała w szpitalu w Wolsztynie a tata służył w Babimoście. Nie miałem się gdzie podziać, Biedny Miś, więc zamieszkałem w Piotrowicach. Ale spokojnie, rodzice odwiedzali mnie co weekend. Dziadek Ludwik pękał z dumy bo to przecież ja zrobiłem z niego Dziadka. Wszyscy z uwagą się mną zajmowali a w szczególności dorastająca Panna12 letnia wówczas ciocia Dorota, która świata poza mną nie widziała. 
Babcia Ania. Wspaniała Babcia od której nigdy nie usłyszałem „nie rób tak”, „zostaw to”, baw się gdzie indziej”, „nie śpij tak długo”:)” tego ci nie dam” itd. Zawsze starała się aby niczego nam nie brakowało. Razem z moim rodzeństwem i kuzynostwem byliśmy po prostu rozpieszczani na każdym kroku. Gdy sięgnę pamięcią do czasu gdy nie byłem nawet uczniem pierwszej klasy szkoły podstawowej to przypomina mi się kuchenny stół z szufladą pełną pudełek od kremów, pustych butelek i buteleczek po dezodorantach itp. To były nasze zabawki, które zazwyczaj wędrowały z szuflady na stół a ze stołu na podłogę. Z tych najwcześniejszych lat pamiętam jeszcze jak Babcia Ania popołudniami sprzątała w szkole. Miałem wtedy może 6 -7 lat. Doprowadzała czarne tablice do porządku tylko po to aby za chwilę wręczyć mi garść białej lub kolorowej kredy. Posprzątaną klasę zostawiała tylko do mojej dyspozycji       i szła sprzątać do sąsiedniej izby. Po jakimś czasie wracała do mnie i …sprzątała po mnie.:).  Babcia Ania ciągle pracowała. Rzadko kiedy miała czas na odpoczynek. Pamiętam ją w fartuchu i chustce na głowie. Podczas codziennej krzątaniny nigdy się z tymi atrybutami nie rozstawała. Nawet wtedy gdy szła za dom nakopać trochę ziemniaków. Co ja mówię! TROCHĘ? Zwykle był to duży kosz. Dźwigała go zawsze sama, nigdy nie pozwalała sobie pomóc. 

Pamiętam, że każdy dzień spędzony w Piotrowicach był do siebie podobny. Oczywiście były to spostrzeżenia 10 letniego dziecka.  Ale trzeba zaznaczyć, że nie było w tym nic nudnego. Wręcz przeciwnie. Zwykle spałem w dużym pokoju z wielkim pewnie 100 letnim lustrem oprawionym w piękną drewnianą ramę. Najlepiej na fotelu wujka. To była prawdziwa dla mnie wolność. Cały fotel do mojej dyspozycji! Gdy budziłem się rano, Babcia Ania już dawno była na wysokich obrotach. Za budzik służyła mi wirówka, pracująca głośno w spiżarni. Był to dla mnie znak, że właśnie powstaje świeże masełko i śmietanka i czas wstawać. W kuchni zwykle nikogo już nie było. Dziadek mógł być już w polu lub w Święciechowie w GSSach a Babcia albo na ogrodzie albo gdzieś przy zwierzętach. W kuchni czekało na mnie świeże mleko, chleb, pomidory z ogrodu, ogórki kiszone i smażony ser. To był mój ulubiony zestaw śniadaniowy. Dodam tylko, że masło oraz ser smażony/taki z cebulką/ były zwykle w metalowej misce. Ser był lejący a na powierzchni masła skrzyły się kropelki wody. Chyba jednak nie jest tak źle z moją pamięcią :) Około godz. 12-13 dziadek otwierał zwykle jedną z szafek stojącego w kuchni kredensu. Leżały w niej gazety nieczęsto sprzed 3 miesięcy  ale nie tylko. W tej szafce, na haczyku wisiał też mały kluczyk od niebieskiej skrzynki na listy, która znajdowała się przy zabudowaniach PGRowskich. To było moje zadanie. Iść po gazetę a dopiero w drugiej kolejności po listy. J O ile mnie pamięć nie zawodzi to dziadek czytał głównie Głos Leszczyński oraz jakieś kolorowe czasopismo o tematyce rolniczej.
            Babcia zwykle zaczynała przygotowywać obiad zaraz po śniadaniu. Z tego powodu obiad też był dość wcześnie. Dzisiaj wiem, że taka wczesna pora obiadu związana była z organizacją prac w obrębie domu oraz ciężką pracą w polu. Po prostu w Piotrowicach nie było czasu na jedzenie ok 15 czy 16. Był to bowiem okres największego nasilenia tych prac.  Ten plan zwykle był zaburzony przez ciocię Weronikę, która wracała z pracy swoim małym fiatem 126p  ok 16.00. Musiała więc odgrzać sobie co nieco z obiadu. Idźmy dalej. Około 17.00 wszyscy domownicy i goście /czytaj małe darmozjady takie jak ja / zasiadali przed dużym stołem w kuchni i rozpoczynali tzw podwieczorek. To dopiero była super sprawa. Bardzo lubiłem te chwile w ciągu dnia. Babcia Amia wyciągała wtedy swój placek drożdżowy, najczęściej ze śliwkami. Mógł mieć z 10 dni ale ciągle był pyszny. Obok placka na stole można było znaleźć słoik cudownych kiszonych ogórków, pomidory z ogródka, kiełbaskę słoikową i swojską, ciemną i słoną szynkę. Można chcieć coś jeszcze od życia? Mi to w tedy w zupełności wystarczało do pełni szczęścia. Po tym podwieczorku wszyscy rozchodzili się znowu do pracy. Dziadek zwykle zaprzęgał konia do wozu i zabierał mnie po zielonkę. W drodze powrotnej często dawał mi powozić. To było prawdziwe wyróżnienie. Zresztą nie tylko ja miałem ten zaszczyt. Kuzyn Darek miał kiedyś bliskie spotkanie z płotem, w który nieroztropnie wjechał.
            Pamiętam, że nie unikałem pracy. Zresztą Dziadkowie nie chronili mnie przed nią. Dziadek Ludwik i Wuja Adam zawsze ciężko pracowali. A to w polu, a to w garażu, a to w szopie, a to cieli drewno, a to coś spawali, a to coś murowali itd. Itp. Starałem się zawsze im w tych czynnościach towarzyszyć. Gdy przyjeżdżali po mnie moi rodzice opowiadałem im ze szczegółami jak to orałem pługiem zaprzęgniętym    w konia albo przesiewałem piasek do produkcji pustaków.
            Charakterystycznym punktem Piotrowic lat 70 widzianych moim okiem był sklep spożywczy, który znajdował się w . Do dzisiaj pamiętam specyficzny zapach panujący w środku oraz tutejsze Gospodynie, które zawsze komentowały przyjazd wnuków do Hudziczki. Pytanie które zawsze stawiały brzmiało: „…a od kogo dziecko jesteś, od Marysi czy od Lucyny”? :) Do sklepu posyłano mnie głównie po chleb, którego czasami kupowałem 2 duże bochenki. Wsiadałem wówczas na o wiele dla mnie za duży rower i gnałem do sklepu po zakupy. Nie sposób nie wspomnieć przy okazji roweru, że to właśnie w Piotrowicach nauczono mnie posługiwać się tym wynalazkiem. Nauka była prosta. Ciocia Weronika lub Wuja Adam trzymali rower za siodełko i biegli za mną. W którymś momencie, gdy byłem już nieźle rozpędzony, puszczali podstępnie rower a ja pedałowałem nieświadomy podstępu, tak długo dopóki rower nie stanął a ja runąłem razem z nim na ziemię. :)
            Dziadek Ludwik miał motor. Była to chyba popularna w latach 70tych WSKa. Był to pierwszy i jak dotąd jedyny motor, którym samodzielnie jeździłem. Dziadek pozwolił mi na pierwszą przejażdżkę do lasu gdy miałem nie więcej jak 13 lat. Nigdy tego nie zapomnę. W pamięci utkwiło mi to, że nie potrafiłem sam utrzymać tej maszyny. Poza tym byłem zmuszony nieźle się napracować zanim pod lasem ponownie uruchomiłem silnik. Puszczałem sprzęgło a silnik oczywiście gasł. Dziadek stał wtedy na drodze i uważnie mnie wypatrywał. Ten numer z motorem był możliwy tylko pod nieobecność moich rodziców. I Dziadek dokładnie o tym wiedział.
            Wieczorem Dziadek Ludwik lubił oglądać telewizje. Nigdy nie mogło go zabraknąć na wieczornym Dzienniku Telewizyjnym. Pomimo, że z uwagą słuchał tego bełkotu o permanentnie brakującym sznurku do snopowiązałek to nigdy nie komentował spraw politycznych. Tylko raz powiedział coś, co zapamiętałem do dzisiaj. Był rok może 1978 a może 1980. Stwierdził, stojąc w kuchni, że cytuje „…z tego kryzysu nie wyjdziemy nawet przez następnych 20 lat” Pomyślałem w tedy że chyba przesadza. Ale jednak się nie mylił.
            Dobrze pamiętam sad za domem. Jeszcze dzisiaj potrafię opisać gdzie stały poszczególne drzewa owocowe. Z przodu zaraz po wejściu do sadu rosły smukłe grusze. Jedno drzewo miało wczesne owoce o drugie późne.  Idąc w lewo w stronę ogrodzenia z Grzegorkami można było trafić na brzoskwinie i śliwy. W głębi sadu rosły późne odmiany jabłoni oraz czereśnie i wiśnie. Jabłoni było najwięcej. Kilka drzew rosło jeszcze za płotem, obok wielkiego stogu słomy. Były jeszcze papierówki ale te rosły obok uli przy stawie. Nigdy w życiu nie najadłem się tylu czereśni, śliwek, jabłek i gruszek co w Piotrowicach. Nigdy też nie wymiotowałem tyle co tutaj. :) Amatorów objadania się czereśniami było wielu. Najgorsze jednak były szpaki. Wyrządzały w sadzie sporo szkód. Stąd pomysł zdalnego ich odstraszania.  Bardzo prosta konstrukcja, która mnie zawsze fascynowała. Wystarczyły dwa kanistry po benzynie, stary młotek lub podkowa oraz długi sznurek i gotowe. Zdalnie sterowane choć przewodowo urządzenie do odstraszania szpaków. Wystarczyło kanistry powiesić wysoko na drzewie powiązać je sznurkiem, którego drugi koniec znajdował się w kuchni tuż za oknem przytwierdzony na haczyku lub gwoździa. Teraz należało mocno pociągnąć za sznurek i obserwować jak szpaki z krzykiem uciekają z drzewa. 
            Wuja Adam  uczył mnie wielu cennych umiejętności, w tym również biznesu. Pierwsze kroki w tej dziedzinie stawiał jeszcze za głębokiej komuny. Pamiętam jak zaczął zarabiać pieniądze, uprawiając w szklarni pomidory a później na polu ogórki. Po zbiorach, w dzień targowy zabierał mnie swoją Skodą 120 do Leszna, gdzie razem sprzedawaliśmy owoce jego ciężkiej pracy. Dzięki temu poznałem jak posługiwać się wagą uchylną oraz odważnikami. Nauczył mnie też wydawać resztę, choć liczenie nigdy nie było moja silną stroną. Ale nie myślcie ze pracowałem za darmo. Wujek zawsze mi coś „odpalił” po powrocie z targu. Kiedyś za zarobione pieniądze kupił sobie spodnie w Pewexie. Prawdziwe Dżinsy takie z zamkami z tyłu. To były czasy!
            Uwielbiałem wieczorne spotkania wszystkich gości i domowników w kuchni. O czym myśmy nie rozmawiali! A ile przy tym było śmiechu i wzajemnego przedrzeźniania się!
            W szczególny sposób zapamiętałem  Święta Bożego Narodzenia. Było w nich coś mistycznego. Coś co je wyróżniało w sposób szczególny. Najlepsze były te, które spędzali wszystkie Hudziki, Sugiery, Sędłaki i Lemanowicze. Wtedy bywało najweselej. Nie wiem doprawdy jak Babcia dawała radę ogarnąć całe to towarzystwo. Pamiętam, że podczas jednej Gwiazdki, było to gdzieś około 1982 roku domowników po wieczornej kolacji odwiedził Prawdziwy Gwiazdor. Postać jak z horroru a raczej z „Dziadów” Mickiewicza. Dzieciaki piszczały i chowały się za rodzicami. Gwiazdor był ubrany w wór, na nogach miał gumofilce a w ręku trzymał rózgę. Na twarzy miał założoną maskę starego mężczyzny, którą oblegała długa broda. W rolę aktora wcielił się z powodzeniem wuja Adam. Przepytywał wszystkie dzieciaki z wiadomości szkolnych. Gdy któreś dziecko nie znało odpowiedzi na postawione przez Gwiazdora pytanie – nie dostawało prezentu. Ja pomyliłem coś ze stolicami Albani i Turcji ale prezent otrzymałem. Gdy leżał śnieg Wuja organizował wszystkim dzieciakom kulig oraz ciekawą zabawę na zamarzniętym stawie. Siekierą wyrąbywał w lodzie otwór, w który wbijał drąg. Do drąga przymocowywał na linie sanki i ciągnął za tą linę wprowadzając sanie w ruch okrężny. To była niesamowita zabawa. Ciekawy jestem czy zabawiał w ten sam sposób swoje dzieci. :)
            Strych mojego dziadka zawsze przedstawiał dla mnie wielką zagadkę, nigdy nie odkrytą do końca przestrzeń. Podczas każdych wakacji spędzanych w Piotrowicach, baraszkowałem po nim z wielką ciekawością. Zastanawiało mnie co też zmieniło się na nim od ostatniej mojej wizyty.  Strych Dziadka zawsze wydawał mi się ogromny. Zajmował prawie całą wolną górną przestrzeń domu. Nawiasem mówiąc miałem umiarkowany zakaz odwiedzania go. To tylko potęgowało moją ciekawość. Powodowało, że pod nieobecność lub przy nieuwadze domowników, skradałem się nań cichutko po wąskich, drewnianych schodach. Nie śpiesząc się zbytnio aby nie narobić hałasu, dźwigałem na barkach ciężką jak dla 10 letniego chłopca pokrywę włazu. Pierwszą rzeczą jaka rzucała mi się w oczy po wejściu na strych była luźno leżąca na łatach konstrukcji dachowej cementowa dachówka. Zadziwiało mnie, jak to jest że nigdy nie spada, nawet podczas silnego wiatru. Gdy wreszcie udało mi się wgramolić do tego królestwa staroci, mogłem w pełni rozkoszować się tym królestwem pająków, poprzecinanym smugami słonecznego światła, które  wdzierało się ukradkiem spod dachówek a także przez małe okno, które nie wiedząc dlaczego zawsze było otwarte. Można było przez nie wyjrzeć by rzucić przez chwilę okiem na stojące nieopodal zabudowania rodziny Grzegorków.
            Po lewej stronie strychu zwykle zalegało ziarno żyta. Stanowiło smakowite pożywienie dla czworonogów, oraz nielotów mieszkających w gospodarstwie Dziadków. Pod ścianą z oknem stał kołowrotek. Prawdziwy, lekko zdezelowany. Kiedyś stanowił narzędzie pracy mojej Babci. Był wspaniałym wystrojem tego miejsca.
            Najciekawiej jednak było w drugiej części strychu.  Znajdowały się tam przedmioty tzw. codziennego użytku, które już od dawna nie spełniały swojej pierwotnej funkcji. Był stary zegar, taki w drewnianej skrzyni, bez zbędnych bajerów, za to prawdziwy i majestatyczny. Nigdy nie widziałem go wiszącego na ścianie i odmierzającego z mozołem czas. A może już tego nie pamiętam? Było też olbrzymie lampowe radio. Wiecie, takie z pięcioma białymi wciskanymi klawiszami, którymi zmieniało się zakres fal. Po bokach miało dwa pokrętła, oraz obciągnięty płótnem głośnik. Stała też gliniana figurka Matki Boskiej, rama starego okna, koło oraz resztki roweru. Potykałem się o zardzewiałe żelazko na duszę, o którym nikt już nie pamiętał a także o zużyte lampy naftowe. Moją uwagę zawsze przykuwały tekturowe walizki, w których znaleźć mogłem książki. Był tam między innymi tomik poezji Broniewskiego wydany w 1956 roku, zawierający wiersz pt.”Ulica Miła”. Były też inne książki, np. bajki dla dzieci Brzechwy oraz arcyciekawa książka z tych dla młodego czytelnika, głodnego technicznych nowinek. Jej bohaterem był stary poczciwy Pan Profesor z białą długą brodą i z zawiązaną  muchą. Swoim młodym uczniom tłumaczył krok po kroku jak działają poszczególne podzespoły lampowego odbiornika telewizyjnego. Choć była pozbawiona okładki, i służyła myszom za pożywienie, to pamiętam, że zawsze z namaszczeniem brałem ją do ręki. Któregoś lata zmusiłem się i zrobiłem z nią to do czego została stworzona: przeczytałem gada !
            Inną "ciekawą" pozycją do czytania na strychu mojego Dziadka była „Matka” Maksyma Gorkiego. Uprzedzając niektóre pytania - już w tym miejscu na nie odpowiadam: nie czytałem.
            Nieopodal tych wszystkich skarbów było jedno szczególne miejsce. Wędzarnia. Wchodziło się do niej jak do pokoju. Jej zasobów strzegły ogromne, zabite deskami drzwi, zamykane na sprytny haczyk. Dzięki niej poznałem smakowity smak i zapach prawdziwie wędzonych wędlin, kiełbas, szynek…Ech.!
            Mniej więcej wokół wędzarni znajdowała się strefa zakazana. Przy odrobinie pecha można było w ułamku sekundy znaleźć się w żłobie konia. Podłoga strychu w tym miejscu była zarazem sufitem chlewiku. Fajnie uginała się nawet pod moimi 30 kilogramami. Dokładnie tak jakby szło się po torfowisku. Z każdym krokiem wszystko się trzęsło. Ostrzeżenia skutkowały. Rzadko się zapuszczałem w te rewiry. Zresztą tam akurat nic ciekawego nie było. Ale za to tuż za otworem wejściowym na strych była strefa szkła. Prawdziwe butelkowe i słoikowi zagłębie! Butelki, buteleczki, słoiki i słoiczki. Gdzieś było trzeba to trzymać a to miejsce wydawało się doskonałe. Zresztą i tak któregoś lata wspólnie z kuzynostwem zorganizowaliśmy wielkie mycie tych butelek pod pompą a następnie sprzedawaliśmy je w skupie.
            Dużo się pozmieniało od tamtych lat. Piotrowice zrobiły się jakieś takie małe i spokojne. Po tamtych chwilach pozostały mi piękne wspomnienia, które będę pielęgnował przez całe życie. Nie wolno się ich wstydzić.