Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

czwartek, 30 lipca 2015

Wspomnienia Anny Hudzik cz.2


Wspomnienia Anny Hudzik cz. 1

 Okres II Wojny Światowej.

W upalne lato 1939 r. dużo mówiło się o wojnie, odczuwało się napięcie, niepokój. Na dwa dni przed 1 września wokoło paliły się stogi. Palili je Polacy aby front nie mógł przejść. Wszyscy gromadzili jedzenie i chowali je pakując w co się tylko dało. Gospodynie z Dłużyny wkładały cukier w duże dzbany i zakopywały je w ziemi. Maria Bednarczyk również chowała mąkę i zboże a cukier umieściła w świniarni za korytem. Dzień 1 września 1939 r. Anna zapamiętała bardzo dobrze. Mówi, że do dzisiaj słyszy przeraźliwie bijące dzwony. W tym dniu nie poszła na służbę bawić dzieci. Mieszkańcy wsi dowiedzieli się z radia, że Niemcy wkroczyli do Polski. Ludzie się modlili i płakali. Większość mężczyzn już wcześniej została powołana do wojska.

Czesław Bednarczyk zebrał wszystkich domowników, pobłogosławił i z małym tobołkiem na rowerze wyruszył w kierunku Kościana. Wkrótce jednak wrócił z powrotem, bo frontu nie było widać, wszystko było spalone. Z czasem Niemcy zaczęli wysiedlać gospodarzy do Małopolski. Czesław Bednarczyk pełnił wtedy funkcję sołtysa i dobrze mówił po niemiecku. Był zobowiązany współpracować z Niemcami. Musiał im wskazywać kto ma konie i rowery.  Niemcy wszystko zabierali i wysyłali na front. Podczas wysiedleń mieszkańcy Dłużyny mieli pół godziny na spakowanie się i zebranie się na placu przed kościołem. Samochodami wywieziono ich do Leszna, a tam niemiecka komisja rozdzielała poszczególne rodziny na roboty do Niemiec, do obozu przejściowego w Łodzi lub do rodzin polskich w pobliskich wsiach. Pierwsza tura wysiedleń ominęła dom Czesława Bednarczyka, bo wisiała na nim tabliczka z napisem "sołtys". Wkrótce jednak Niemcy zorientowali się, że brakuje im jednej rodziny.  Za karę rozkazali Bednarczykom spakować nie w pół godziny, ale w 3 minuty. Gestapo pozwoliło zabrać tylko trochę niezbędnych rzeczy. Brat Anny Jasiu zdążył  spuścić na Widory 3 worki zboża, które potem udało się zabrać do Zaborówca. Do miejsca wysiedlenia w Zaborówcu rodzina Bednarczyków jechała na wozach ciągniętych przez konie. Na wozie siedzieli Czesław i Maria, bracia Anny: Edziu, Jasiu, Telesfor i Czesiu oraz siostra Marianna. Do Szadych poszła Stefania i Heniu. Siostra Marta była we Włoszakowicach a zamężna już Władzia została w majątku w Dłużynie. Józef walczył z Niemcami gdzieś na froncie. Gdy przyjechali do Zaborówca okazało się, że na to samo miejsce przybyła również rodzina brata Czesława z Radomicka. Anna pamięta jak jeszcze przed wysiedleniem jakiś Niemiec przez tydzień przyjeżdżał do Dłużyny i obserwował gospodarstwo jej ojca i o wszystko wypytywał. Później okazało się, że był to Niemiec z Zaborówca, który mieszkał w starym budynku pod słomą. Upodobał sobie gospodarstwo Czesława Bednarczyka. W tym celu wystapił do władz o jego przydział. Dlatego później rodzinę Anny przesiedlono do Zaborówca na gospodarstwo tego Niemca. Na miejsce wysiedlonych rodzin z Dłużyny Niemcy przywozili swoich. Nowi "właściciele" szybko zajmowali gospodarstwa i przywłaszczali sobie wszystko co zostało. W Dłużynie zostało niewielu Polaków. Gospodyni u której Anna służyła przepisała swój sklep na krewną Niemkę i dlatego mogła go dalej prowadzić.
W lipcu 1940 r. Anna dostała wezwanie i musiała stawić się do Leszna po arbeitskarte, tj. przydział do pracy w związku z ukończeniem 15 lat. Skierowano ją do pracy u niemieckiego gospodarza Franza Klupsch w Świeciechowie, przy ul. Krzyckiej 1. Do Leszna zawiózł ją ojciec rowerem. W drodze powrotnej zajrzeli do tego gospodarza i ojciec kazał córce już tam zostać. Dopiero na drugi dzień przywiózł jej trochę rzeczy. Niemiec był wdowcem, miał 10 ha ziemi, 2 córki i syna. Córki były wykształcone, jedna mieszkała w Świeciechowie i była żoną milicjanta. Druga mieszkała w Berlinie. Syn był żołnierzem. Pewnego razu przyjechał do ojca na urlop. W gospodarstwie Franza Klupsch był już parobek Staś, który pochodził z Wielunia. Anna i ten chłopak mieli osobne pokoje. Anna od pierwszych dni pobytu w Święciechowie musiała ostro zabrać się do pracy. Nikt się jej nie pytał czy umie doić krowy i ugotować obiad. Anna codziennie musiała wydoić 4 krowy i odpaść 10 świń. Ponadto zajmowała się gotowaniem, praniem, sprzątaniem. Musiała pracować w polu podczas żniw i wykopek,  obrabiać buraki. Jako młoda dziewczyna nie umiała robić wielu rzeczy. Często chodziła po radę do sąsiadki i pytała ją jak zrobić np. sos czy kluski bez jajka. Niemiec Franz Klupsch był bardzo niedobrym człowiekiem, o czym wszyscy na wsi wiedzieli. Wieść niosła, że jego żona wcześnie zmarła, ponieważ mąż bardzo źle ją traktował. Podczas służby u Niemca Anna przeszła chrzest bojowy szybkiego dorastania. Franz Klupsch często krzyczał na Annę, wyzywał ją a nawet bił. Potrafił wpaść w taką furię, że bił Anne widłami po plecach. Był bardzo skąpy. Pomimo ciężkiej pracy wydzielał pracownikom jedzenie, a niektórą żywność trzymał pod kluczem np. mięso, jajka. Chciał zawsze dobrze zjeść. Nie interesowało go przy tym z czego Anna zrobi ten obiad. Sama też musiała kombinować, aby nie chodzić głodna. Anna bardzo wcześnie wstawała, aby przygotować mleko do mleczarza. Wlewała je do wielkich kan i po kryjomu zbierała z mleka śmietanę, którą następnie smarowała chleb. Pewnego razu właściciel gospodarstwa zgłosił na milicję, że Anna go oszukuje. Twierdził, że Anna niedokładnie doi krowy i w związku z tym on ponosi straty. Czesław Bednarczyk przyjeżdżał do córki z Zaborówca i przywoził jej trochę jedzenia. Kilka razy w roku otrzymywała pozwolenie na odwiedzenie domu rodzinnego. Jeździła wówczas rowerem przez las do Zaborówca tylko na kilka godzin bo na noc musiała być z powrotem.
Życie w Święciechowie toczyło się pod rygorem ograniczeń wojennych. Obowiązywały różnego rodzaju zakazy. Młodzi Polacy, którzy podobnie jak Anna służyli u niemieckich gospodarzy spotykali się na Rynku, na spacerach czy potańcówkach w lesie. Polacy mogli chodzić po ulicy do godz. 23,00, ale w grupie nie mogło być ich więcej niż 5 osób. W ocenie Anny były to najgorsze cztery lata jakie przeżyła w czasie okupacji. Jako młoda dziewczyna, która nigdy dotąd nie wyjeżdżała z Dłużyny, nagle musiała opuścić rodzinny dom, środowisko w którym żyła i udać się w nieznane miejsce, do obcych osób i obcego jej otoczenia.

 Wyzwolenie

W styczniu 1945r. Niemcy mieszkający w Święciechowie stawali się nerwowi, niektórzy zaczęli się pakować. Słychać było strzały. Franz Klupsch zapakował na wóz zabitą świnie, zabrał zboże i któregoś dnia wołami wyjechał z domu w stronę Zaborówca. Anna nie wiedziała, że Klupsch ucieka. Pokazał jej jedynie kupkę pieniędzy, którą miał schowaną, ale nic jej nie dał. Po jego ucieczce do wyjazdu zaczął szykować się Stasiu. Wziął rower należacy do Klupscha, trochę rzeczy i z kolegami pojechał w swoje strony. Anna została w obcym domu sama. Na wąskiej ulicy Krzyckiej zrobił się potężny korek od wozów z uciekającymi Niemcami. Pukano do okien domu Klupscha i pytano ją o drogę. Anna bardzo się bała, bo nie wiedziała co robić.  Uznała, że nie ma na co się oglądać tylko musi wracać do domu. Pewnego dnia zawinęła w chustkę trochę jedzenia, odpasła zwierzęta, zakluczyła dom i wyszła na ulice. Usiadła na tył jednego z wozów, na którym jechała jakaś Niemka z małym dzieckiem. Woźnicą był 12 letni chłopak, który zaczał bić Annę batem, chcąc w ten sposób zmusić ją do zejścia z wozu. Dziewczyna bała się, że jak spadnie, to inny wóz ją rozjedzie. Z powodu siarczystego mrozu nie czuła rąk. Całą drogę modliła się i takim oto sposobem wreszcie dojechała do Zaborówca. Gdy zeskakiwała z wozu to Niemka zawołała aby zaczekała. Prosiła Annę o pomoc dla swojego dziecka. Anna zaprosiła kobietę z chorym dzieckiem do domu Czesława. Rodzina Bednarczyków pomogła Niemce i jej choremu dziecku. Poczęstowano gości gorącym mlekiem. Następnego dnia rano Czesław Bednarczyk znalazł w gnoju martwe dziecko. Takich przypadków bywało w tym trudnym okresie wiele. Ludzie umierali w czasie podróży, a ponieważ ziemia była bardzo zmarznięta nie mogli wykopać grobów. Ciała zmarłych chowano w gnoju, bo był luźniejszy. Po tej podróży Anna nie mogła długo dojść do siebie. W tym samym czasie  przez wieś przejeżdżali prawdopodobnie Kozacy - dziwny naród, który niewiadomo skąd się tam wziął. Mówili po rosyjsku, byli okrutni, wszyscy się ich bardzo bali. Czesław w obawie przed nimi pilnował domu z siekierą. Pewnego dnia Kozacy przyszli do domu Bednarczyków i zażądali konia. W obawie o życie rodziny Czesław spełnił ich żądanie.
Anna wspomina, że po dwóch dniach pobytu w Zaborówcu chciała wrócić do Święciechowy aby przekonać się co się tam dzieje. Postanowiła pojechać rowerem. Po drodze widziała masę trupów, porozbijane wozy i padnięte zwierzęta. Straszny obraz. Również w domu Klupscha zastała pobojowisko. Gospodarstwo zostało całkowicie splądrowane, wszędzie pełno było krwi od zabijanych kur i świń. Anna z domu zabrała jedynie jeden haftowany obrusek. W Święciechowie panował chaos i duży ruch. Na miejscu nie został prawie żaden Niemiec. Zostali tylko ci, co w czasie okupacji pomagali Polakom i nie bali się zostać.

Ślub siostry Anny Stefanii Bednarczyk z Janem Szady. Dłyżyna 02.10.1946 r.



Na podstawie wspomnień Anny Hudzik, spisanych ręką córki Weroniki Hudzik. Leszno 2015.


wtorek, 28 lipca 2015

Wspomnienia Anny Hudzik cz.1

Moja Babcia Anna Hudzik z domu Bednarczyk skończyła w tym roku 90 lat! Jak ten czas leci. Musicie więc pamiętać jej 88 urodziny. Przy tej okazji pisałem o swoich wspomnieniach z lat dzieciństwa, które często spędzałem w Piotrowicach pod Lesznem. Zainteresowanych odsyłam do postu z dnia 8 lipca 2013 roku pt: "Piękna liczba, piękny wiek". Zajadając się urodzinowym tortem po raz kolejny przyglądałem się uważnie mojej Babci. Tyle w niej miłości, chęci długiego życia, tyle zadowolenia, wzruszeń. Mogłaby swoimi uczuciami obdarować wielu ludzi. Podczas tego pięknego jubileuszu okazało się, że Anna Hudzik przez ostatnie dwa lata wytrwale pracowała, spisując rękoma swojej córki Weroniki, swoje  wspomnienia z długiego i ciekawego życia. Za zgodą obu Pań, mam  przyjemność podzielić się tymi wspomnieniami z czytelnikami mojego bloga i sympatykami rodziny. Wspomnienia Anny Hudzik będę prezentował w kilku odsłonach, delikatnie tylko je modyfikując na potrzeby bloga. Dzisiaj zapraszam do Dłużyny z czasów dzieciństwa i młodości Anny Hudzik. 

 *********************************************************************************
Anna Hudzik z urodziła się 07 lipca 1925r. w Dłużynie, gm. Włoszakowice, powiat leszczyński w wielodzietnej rodzinie Czesława Bednarczyka i Marianny z domu Kędziora. Spośród 12 rodzeństwa była najmłodszą z dziewcząt. Najstarszy brat Józef urodził się w 1911r., siostra Marta 1912r., siostra Władysława 1914r., siostra Marianna 1917r., brat Jan 1918r., brat Franciszek 1921r., siostra Stefania 1923r., brat Edward 1926r., brat Henryk 1928r., brat Telesfor 1929r. i Czesław 1934r. Aktualnie z rodzeństwa Bednarczyków żyją jeszcze bracia Telesfor i Czesław. Trójka ta chyba nigdy jeszcze nie była ze sobą tak blisko. Pomimo podeszłego wieku wszyscy są sprawni intelektualnie, bardzo pogodni i pełni życiowego optymizmu. Dziś korzystają ze zdobyczy nauki i techniki, głównie telefonu, dzięki któremu komunikują się ze sobą.
Rodzice Anny prowadzili gospodarstwo rolne, które przejęli po rodzicach Marianny. Czesław Bednarczyk, oprócz pracy na roli zajmował się kowalstwem, był przez wiele lat sołtysem, przewodniczącym rady parafialnej, wielkim społecznikiem. Historia jego życia została już wcześniej opisana przez nieżyjącego wnuka Konrada Bednarczyka, a zgłębiona ostatnio przez prawnuka Pawła Lemanowicza. 

 Anna w wieku 7 lat poszła do 4 klasowej szkoły podstawowej. Ponieważ w Dłużynie była tylko taka szkoła, do czwartej klasy chodziła 3 lata. Jeden nauczyciel uczył prawie wszystkich przedmiotów: czytania, pisania i rysowania, uczył historii, przyrody i geografii. Aby ukończyć 7 klasową szkołę trzeba było dojechać do sąsiedniej miejscowości. Ojciec Anny wychodził jednak z założenia, że dziewczęta nie muszą mieć szkół, dbał za to o wykształcenie chłopców, np. brat Edziu dojeżdżał do 8 klasowej szkoły w Bukówcu Górnym. Lekcje odbywały się codziennie w godz. od 8 do 11-tej. Dwa razy w tygodniu w salce parafialnej odbywały się lekcje religii. Religi uczył ksiądz, który za brak wiedzy bił witką chłopców po tyłku, a dziewczyny po rękach. Do szkoły Anna chodziła w drewnianych pantoflach. Niektóre dzieci z innych miejscowości w niedziele do kościoła przychodziły boso, a pantofle zakładały dopiero przed wejściem do kościoła.
W trzeciej klasie szkoły podstawowej Anna przyjęła komunie św. Ważną rolę w tym uroczystym akcie odegrał jej chrzestny Władysław Kędziora, Anny wuj. Na dwa tygodnie przed uroczystością komunijną zabrał ją do Leszna. Był to jej pierwszy wyjazd poza Dłużynę. Do Święciechowy została zawieziona rowerem przez swojego brata Jasia. Ze Święciechowy do Leszna, również rowerem pojechała z chrzestnym. W. Kędziora kupił Annie materiał na białą sukienkę i przez 3 dni była u niego w Lesznie, aż sukienka została uszyta. Poza tym jak szła do szkoły kupił jej ładną torbę i piórnik. Jak na tamte czasy uroczystość komunijną miała bogatą. Chrzestną Anny była  siostra Czesława Bednarczyka z Radomicka - Helena. Oprócz chrzestnych na uroczystości była jeszcze siostra mamy Anny ze Strzyżewic. Nie było natomiast rodzeństwa, gdyż każdy miał swoje obowiązki poza domem. Np. siostra Marta pracowała w Boszkowie w kuchni, Władzia była na służbie u gospodarza w Dłużynie, Józef po szkole szedł do pracy jako goniec w prezydium gminy, Jasiu był we Wschowie, a Franek w Śmiglu.

Rodzeństwo Bednarczyków: Stoją od góry od lewej: Franciszek, Stefania, Jan, Henryk, Marta, Władysława ? możliwe jednak że Anna,  Maria, Edward, Telesfor, Czesław. Dłużyna ok. 1938 r.
Pomimo, że Anna była najmłodszą z dziewcząt nie była rozpieszczana. Miała też swoje obowiązki. Jak była mała z mamą pasła gęsi, zbierała kłosy zbóż na polach po żniwach. A gdy była nieco starsza zaprowadzała krowy na pastwisko ok. 1,5 km (krowy były związane łańcuchem trzy z przodu i 2 z tyłu). Gdy miała 7 lat sama zanosiła siostrze Marcie do Boszkowa wyprane i wyprasowane fartuchy, które potrzebowała w kuchni. Często też pomagała ojcu w kuźni (dymała tj. podtrzymywała ogień). Pamięta też jak razem z ojcem sadziła drzewka przy drodze do Charbielina (wielkie drzewa rosną do dzisiaj). Pomimo, że było zimno i ręce jej drętwiały dzielnie przytrzymywała sadzonki drzew. Aby zarobić trochę grosza Czesław Bednarczyk uprawiał łubin na nasiona. Wcześnie rano musieli iść zrywać strączki łubinu, bo gdy słońce wzeszło to pękały.
Rodziców nie było stać na kupienie dzieciom zabawek. Prezenty dostawali jedynie z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Maria Bednarczyk sama szyła szmaciane lalki, a jej mąż Czesław rzeźbił z drzewa kołyskę, natomiast chłopcom do zabawy koniki, które ciągnęli na sznurku. I tu ciekawostka, dawnej w Boże Narodzenie nie chodził gwiazdor lecz „gwiazdka” -  przebrana kobieta. Na święta stroili też choinkę, ale nie w bombki tylko w robione z papieru łańcuchy.

Mając 10 lat Anna zaczęła należeć do koła Włościanek (koło gospodyń). Tam uczyła się szycia i haftowania. Spotkania odbywały się głównie w okresie zimowym. Na zakończenie kursu przygotowywano przedstawienie. Każdy miał jakąś rolę do odegrania i musiał na pamięć nauczyć się tekstu. Inicjatorem i pomysłodawcą tych przedstawień był Czesław Bednarczyk. Często próby przedstawienia odbywały się w domu pod numerem 20, bo w świetlicy nie było czym palić. Nieraz w domu zgromadziło się ok. 30 osób. Na zakończenie kursu gotowania mama Anny piekła dla wszystkich pączki, potem była zabawa (głównie w karnawale). Anna przejęła chyba trochę zdolności po swoim ojcu bowiem do dziś pamięta niektóre wierszyki. Mając 3 latka wołąła pod kościołem w Dłużynie z okazji święta 3 Maja:  

"Witaj maj 3 Maj u Polaków błogi raj”.  

Jak miała około 4 lat idąc z siostrą Marianną spotkały na drodze kuzynkę, też Marię. Obie dziewczynki zaczęły z sobą rozmawiać. Anna trochę się nudziła więc z nudów wymyśliła taką oto piosenkę:  

„Spotkały się dwie Marysie i tak mówią sobie, 
ja Marysia ty Marysia, my Marysie obie”.

Zgodnie z tradycją w wielki czwartek przed świętami Wielkanocnymi dzieci robiły gniazdka na Zająca. Gniazdka chowano w oborze lub w futerni. Każde dziecko miało kartkę z imieniem, aby nie podbierano ich sobie nawzajem. W gniazdku rano znajdowali tylko jedno gotowane jajko, nie było wtedy cukierków. Jak mama Anny jechała na targ do Śmigla z jajkami, masłem to nieraz przywiozła sznekę z glancem (drożdżówkę). Rzadko kiedy Anna otrzymywała pieniądze. Zdarzało się jednak, że po żniwach, czesław Bednarczyk kazał dzieciom zebrać z pola zalegające na nim pojedyncze kłosy. Nastepnie skrupulatnie je liczył i dawał dzieciom za nie trochę grosza, za które mogły sobie coś kupić na odpuście w Charbielinie.
Anna Hudzik zawsze powtarzała, że pomimo biedy i dużej rodziny nie chodziła głodna. W tamtych czasach ludzie na wsi musieli być samowystarczalni. Rodzice zabijali często świnie, piekli chleb (w tygodniu 10 bochenków). Solone mięso wkładano do garnków aby się nie popsuło. Tak przygotowane garnki przechowywano w piwnicy, a jak było ciepło, to zakopywano w ziemi. W niemal każdej kuchni znajdował się dwupoziomowy piec chlebowy tzw. "westwalski", który spełniał również inną pożyteczną funkcję, mianowicie ogrzewał mieszkanie.  Piekło się w nim placki i chleb. Oprócz tego w kuchni znajdował się drugi piec tzw. "angielka". Do ciekawostki technicznej można zaliczyć ówczesny magiel. Płytkę magla stanowił stół, pod którym były kamienie. Aby maglować pranie, zdejmowało się deskę i nakładano specjalne wałki, potem kamień. W środku było jeszcze miejsce na buty dzieci. Używano też żelazka na dusze, prano na tarce na podwórku przy studni. Po dobrą wodę do gotowania np. grochówki trzeba było pójść do źródła na tzw. Widory. Wszędzie chodziło się pieszo, po wodę, po chrust, do lasu, do kościoła. W kościele przestrzegano surowych zasad. Ksiądz wyproszał z kościoła każdą dziewczynę, która była nieodpowiednio ubrana, a te  ubrane w bluzkę z krótkim rękawem nie mogły nieść świętego obrazu. Porządku w kościele pilnowało dwóch strażaków, którzy mieli w rękach specjalne laski. Jak ktoś rozmawiał natychmiast został tą laską  szturchnięty.

Wielkim corocznym wydarzeniem w Dłużynie i okolicznych wsiach był odpust ku czci Najświętszej Marii Panny w Charbielinie w dniu 15 sierpnia. Na odpust przychodziły pielgrzymki z okolicznych wsi, zjeżdżali się krewni. W tym czasie rodzinny dom Anny odwiedzało bardzo dużo osób. Gospodyni domu częstowała gości obiadem, nieraz szykowała posiłki dla 30 osób. Były to wielkie święta (odpust trwał kilka dni), a dla rodziny Anny wielka mobilizacja. 

Anna Hudzik wspomina, że nikt się w domu nie obijał, wszyscy mieli jakieś obowiązki i zajęcia. Rodzice cieszyli się z tego, że dzieci pomagając obcym, np. w sprzątaniu czy wykonywaniu jakiś prac polowych dostawali jedzenie, a to już było dużą pomocą. Starsze siostry Anny chodziły do majątku kopać np. ziemniaki. Każda osoba otrzymywała 3 rajki i musiała nakopać trzy koszyki do worka (1 szefel). Worek ten musiały umiescić na wozie, który nie stał na polu lecz posuwał się równolegle z kopiącymi. Trzeba było więc bardzo się spieszyć, aby wóz za daleko nie odjechał. Za każdy szefel dostawały coś w rodzaju monety, a na koniec dnia po podliczeniu zamieniano je na pieniądze. W wieku 13 lat ojciec posłał Annę na służbę do sąsiada bawić dzieci. Państwo Mierzyńscy prowadzili sklep rzeźniczy i spożywczy. Za pracę nie otrzymywała pieniędzy, ale jej mama była zadowolona, że się córka najadła. Spała w pokoju na górze i nieraz właścicielka kazała Annie w świetle księżyca cerować skarpetki dzieciom. Właściciel sklepu skupował po wsiach świnie i je zabijał, a potem sprzedawał mięso i wyroby. Oprócz opieki nad dwójką dzieci właścicielka sklepu  wykorzystywała ją też do innych prac. Musiała pomagać robotnikom w rzeźni, nosiła ciężkie pojemniki z solą, rozlewała kiszczonkę (wywar z ugotowanych wyrobów) i naftę. Pomagała też rozlewać piwo, a zimą je podgrzewać. CDN.

Na podstawie wspomnień Anny Hudzik, spisanych ręką córki Weroniki Hudzik. Leszno 2015.

wtorek, 21 lipca 2015

O tym, jak to między sołtysem, młynarzem a plebanem bywało.

Wiemy już jak ze Szczepana zrobić Stefana :). Dzisiaj, zgodnie z zapowiedzią będę kontynuował temat Szczepana Bednarczyka, mojego prapradziadka z Radomicka. 

Szczepan Bednarczyk urodził się w 1857 roku w Radomicku. Jego rodzicami byli Walenty Bednarczyk /ur. 1813 r zm.?/ i Katarzyna z domu Moszak /ur. 1819 zm.1874/. Rodzina Bednarczyków z pewnością wiodła typowo wiejskie życie, uprawiając ziemię i zajmując się gospodarstwem. Szczepan miał czwórkę rodzeństwa: Andrzeja ur. 1845 r. Michała ur. 1851 r. Mariannę ur. 1852 r. i Michalinę. Szczepan Bednarczyk przez wiele lat bo od roku 1893 do końca swojego życia /zmarł  30 sierpnia 1935 r./ pełnił funkcję sołtysa Radomicka a zarazem kierownika tutejszego Urzędu Stanu Cywilnego. 

Przeglądając akta dotyczące spraw parafii w Radomicku natknąłem się na ciekawe dokumenty z lat 1926 - 1928, z których dowiedziałem się o konflikcie jaki panował w tej parafii wlatach 1926 - 1927 za sprawą rzekomej niegospodarności i prywacie proboszcza ks. Franciszka Roepke. Zaznaczam, że w żaden sposób nie będę dociekał czy ta niegospodarność i prywata faktycznie miała miejsce. Postaram się za to rzetelnie przedstawić wszystkie znane mi w tej sprawie fakty, których  źródło znalazłem w dokumentach. Najważniejsze w tej całej historii jest jednak to, że jednym z jej głównych aktorów był nikt inny jak mój szacowny Przodek Szczepan Bednarczyk

Ksiądz proboszcz Franciszek Roepke /1868 - 1938/ pełnił funkcję proboszcza parafii w Radomicku od 1 kwietnia 1901 roku. Posługę tą wykonywał przez niemal 30 lat swojego życia. Przez ten czas doskonale poznał miejscowych, ich problemy, radości i wszystkie sprawy dnia codziennego. W 1926 roku wydarzyło się w życiu księdza Roepke coś, co na kilka lat musiało trwale podzielić tutejszą polsko - niemiecką społeczność. 

Ks. Franciszek Roepke /1868-1938/ Źródło www.wtg-gniazdo.org

 Późną jesienią 1926 roku, spotykają się stojący na straży lokalnej praworządności  i porządku publicznego sołtys Szczepan Bednarczyk oraz właściciel tutejszego młyna Leon Adamski. Obaj panowie dopatrzyli się nieprawidłowości w gospodarowniu  lasem państwowym, którego prawnym zarządcą był ks. Franciszek Roepke. Mówiąc wprost zarzucali proboszczowi, że w ciągu ostatnich 3 lat nadmiernie wycinał las, co było niezgodne z zatwierdzonym przez Wydział Ochrony Lasów Państwowych w Poznaniu planem. Plan ów zakładał, że za wspomniany okres ksiądz miał prawo wyciąć 4 morgi lasu /1 morga = ok 0,9 ha/  Tymczasem, według Adamskiego i Bednarczyka ksiądz pozwolił sobie na wycięcie conajmniej 8 morg lasu. Podejrzewano, że w ten sposób proboszcz Roepke chciał się zabezpieczyć na prawdopodobne, rychłe  usunięcie go z probostwa. Krążyły nawet plotki, że innym powodem tego stanu rzeczy była siostra księdza, która często odwiedzała brata w Radomicku i dla której brat chciał pobudować budynki gospodarskie. Twierdzono również, że owa siostra była zatwardziałą hakacistką /zwolenniczką ostatecznej germanizacji ziem polskich w dawnym zaborze pruskim/ 

Bednarczyk i Adamski uzgodnili, że wystąpią do Wydziału Ochrony Lasów Państwowych przy Wojewodzie poznańskim ze skargą na swojego proboszcza. Ponadto zawiadomią o procederze Komendanta Wojewódzkiego Policji Państwowej w Poznaniu. Obu państwowym organom  przedłożą zgromadzone dowody tj. protokół z pomiarów lasu oraz stosowny referat autorstwa Bednarczyka. Jak postanowili tak zrobili. Sprawa ks. Roepke ciągnęła się przez cały 1927 rok. Korespondencjom nie było końca. Wojewoda Poznański pisał do Komendanta Policji i na odwrót. W Radomicku kilkukrotnie działała komisja ds ochrony lasów przy Wojewodzie Poznańskim, która dokonywała niezależnych pomiarów lasu. Za każdym razem obalała oskarżenia Adamskiego i Bednarczyka, wykazując że ks. Franciszek Roepke właściwie gospodaruje przydzielonym mu lasem. Z tych pomiarów powstawały protokoły, z którymi główni oponenci proboszcza mogli się zapoznać. Ci skrzętnie korzystali z tego prawa. Jednak za każdym razem umieszczali na marginesie własną notatkę, z której wynikało, że  nie zgadzają się z wynikami pomiarów wykonanych przez przedstawicieli wojewody. 

Zeznanie Leona Adamskiego w sprawie ks. Roepke
Żałuję, że nie poznałem finału tej sprawy. Jej główny bohater ksiądz Franciszek Roepke zmarł w Radomicku po ciężkiej chorobie w 1938 roku. Przeżył więc mojego prapradziadka o 3 lata. Czy naprawdę rodzina Bednarczyków była skonfliktowana z Roepke? Tego nie dowiemy się już nigdy. 

Pismo Naczelnika Urzędu Śledczego Policji w Poznaniu do Wojewody Poznańskiego w sprawie ks. Roepke
Muszę przyznać, że przeszła mi przez myśl taka oto ewentualność, że być może Leon Adamski i Szczepan Bednarczyk przesadzili w swoich oskarżeniach, trochę przeszarżowali. Może geneza tego konfliktu była zgoła inna. Może, może, może... I wtedy trafiłem na zapis wspomnień Adamskiego, spisanych na okoliczność jego udziału w Powstaniu Wielkopolskim. Okazało się, że Leon Adamski był patriotą, głównym organizatorem oddziału powstańczego w Radomicku i okolicznych wsiach. Przed wybuchem powstania organizował z pośród miejscowych gospodarzy tzw. straż obywatelską, czyli takie swoiste pogotowie na wypadek wybuchu powstania. Zorganizował dla miejscowych mężczyzn 60 sztuk broni. Roznosił ją potajemnie po domostwach wraz ze swoim czternastoletnim synem Czesławem. Podczas Powstania Wielkopolskiego Niemcy, działając w akcie zemsty podjęli nieudaną próbę zniszczenia  zabudowań gospodarskich należących do Leona Adamskiego. 

Czytając słowa Adamskiego doszedłem szybko do przekonania, że tak on jak i jego przyjaciel Szczepan Bednarczyk byli po prostu prawymi obywatelami wsi Radomicko i dumnymi obywatelami młodej II Rzeczypospolitej.
Nekrolog informujący o śmierci ks. Roepke. Gazeta Polska nr 266 z dnia 17.11.1938 r.



czwartek, 16 lipca 2015

Jak ze Szczepana zrobić Stefana?

Rzadko mam okazję napisać coś o swoim prapradziadku Szczepanie Bednarczyku z Radomicka. Powód jest dość banalny: brak wiarygodnych materiałów źródłowych o jego życiu i działalności. Jedynie jego syn Czesław Bednarczyk /1889 - 1981/ był na tyle roztropny, że w swoich wspomnieniach spisanych na maszynie zawarł jedno zdanie o swoim ojcu. A pisał dosłownie tak:  

"...Rodzice ojciec Stefan matka Anastazja zd. Skorupińska. Ojciec był sołtysem i kierownikiem USC od 1893 do 1935...".


Fragment życiorysu Czesława Bednarczyka
Następnym razem postaram się przybliżyć trochę postać swojego prapradziadka Szczepana w kontekście odnalezionych w ostatnich dniach urzędowych dokumentów z lat 1926-1928, które rzucają trochę światła, pozwalającego odkryć jakim człowiekiem mógł być Szczepan Bednarczyk. 

Dzisiaj jednak winien jestem wyjaśnienie. Wprawne oko wypatrzyło zapewne nieścisłość w imieniu bohatera tego postu. Jak właściwie go zwano Szczepanem czy Stefanem? Aby rozwikłać tę zagadkę przenieśmy się do 1948 roku. Wówczas to Czesław Bednarczyk nie dysponował innym dowodem tożsamości, jak tym wydanym w styczniu 1932 r za czasów śp II Rzeczypospolitej.  Ponadto posiadał niemiecką kartę meldunkową. Dostrzegał więc Czesław  konieczność "wyrobienia" nowego dowodu tożsamości, z orłem bez korony. I tu pojawiła się pierwsza trudność. Czesław Bednarczyk nie posiadał aktu urodzenia ani nawet odpisu z tego aktu. Nie mógł więc udowodnić daty oraz miejsca urodzenia. Zwrócił się więc do Sądu Grockiego w Śmiglu aby ten wystawił stosowny wyciąg z jego aktu urodzenia. Wniosek swój Czesław umotywował tym, że podczas okupacji Niemcy spalili dokumenty metrykalne Urzędu Stanu Cywilnego w Lipnie.Sąd Grodzki w Śmiglu w dniu 14 września 1948 roku wystawił mojemu dziadkowi dokument stwierdzający, że urodził się w Radomicku w dniu 5 lipca 1889 roku z ojca STEFANA i matki Anastazji z domu Skorupińskiej.

Wyciąg z aktu urodzenia Czesława Bednarczyka wystawiony przez Sąd Grodzki w Śmiglu. 1948 rok.

Miała więc miejsce jawna pomyłka urzędnika, który przekręcił imię Szczepan na Stefan. Czesław nigdy nie sprostował tej pomyłki, której konsekwencje miał poznać po upływie 4 lat. W dniu 3 maja 1952 roku Czesław Bednarczyk złożył przed urzędnikiem Biura Dowodów Osobistych w Lesznie ankietę, która była zarazem wnioskiem o wydanie nowego dowodu osobistego. Wynika z tego, że mój dziadek pomimo tego, że był sołtysem wsi Dłużyna oraz udzielał się na wielu frontach to przez 7 lat od zakończenia wojny funkcjonował bez nowego dowodu osobistego. Idźmy jednak dalej! Biuro Dowodów Osobistych w Lesznie zatrudniało w tym czasie bardzo skrupulatnych urzędników :). Jeden z nich negatywnie zaopiniował wniosek Czesława, ponieważ dopatrzył się w nim nieścisłości. Polegała ona na tym, że wnioskujący stwierdził w tej ankiecie, że jest synem....Szczepana, podczas gdy na załączonym do ankiety Wyciągu z aktu urodzenia /tego z Sądu Grodzkiego w Śmiglu/ jego ojcem był Stefan! Ta zabawna historia zakończyła się jednak szczęśliwie. Dziadek nie miał innego wyjścia jak napisać oświadczenie, w którym nie bez złości i wewnętrznego oporu stwierdził, że jego ojciec miał na imię STEFAN. W ten sposób wygrał walkę z komunistyczną biurokracją ale wbrew swojej woli zmienił imię własnego ojca. :)

                                            Oświadczenie Czesława Bednarczyka w sprawie imienia swojego ojca.



















Podpis Szczepana Bednarczyka pod aktem urodzenia syna Czesława 1889 r.