Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bednarczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bednarczyk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2026

Ostatnia wola Bartłomieja. Dłużyna 1837 r.

Postaram się uporządkować wiadomości na temat jednego z moich najstarszych przodków 5xpradziadka Bartłomieja Jędrzychowskiego z Dłużyny. Rzucę też nowe światło na testament Bartłomieja, spisany 22 grudnia 1837 roku w obliczu śmierci, która nie była aż tak rychła, jak można by przypuszczać. 

Dom Czesława i Marianny  Bednarczyków w Dłużynie a wcześniej Kędziorów i Jędrzychowskich. Lata przedwojenne. Zdjęcie z rodzinnego albumu, jednak poglądowe bo poprawione przez AI ponieważ oryginał bardzo niewyraźny.


Nie wiem gdzie urodził się Bartłomiej ale dzięki Nelly, genealożki z Francji od niedawna wiem, że jego rodzicami a moimi 6x pradziadkami byli Paweł Jędrzychowski i nieznana z rodowego nazwiska jego żona Regina. Winien jestem w tym miejscu wyjaśnienie. Otóż Nelly udostępniła mi wiele ciekawych materiałów dotyczących Jędrzychowskich z Dłużyny, które pozyskała z archiwów kościelnych. Fajnie wiedzieć, że jesteśmy spokrewnieni za sprawą wspólnych dziadków z odległej przeszłości tj. Pawła i Reginy Jędrzychowskich :)

Przypuszczenia:

Bartłomiej urodził się gdzieś około 1769 roku w Dłużynie lub jednej z pobliskich wsi. Możliwe że w Bronikowie lub Machcinie. Jest to bardzo prawdopodobny rok, ponieważ wynika wprost z zapisu z jego aktu śmierci z 1838 r gdzie w rubryce "wiek zmarłego" widnieje liczba 69. Z kolei z testamentu Bartłomieja dowiadujemy się, ze jest w związku małżeńskim z Ewą od 50 lat. 

Prawdopodobnie, Bartłomiej Jędrzychowski oraz jego żona Ewa z domu Wilczek byli pierwszymi lokatorami domu w Dłużynie oznaczonego numerem 24b. Zakładam ostrożnie, że dom ze zdjęcia poniżej wybudował sam Bartłomiej w latach 1800 -1820. W dokumentach dotyczących tej posiadłości, znajdujących się obecnie w Archiwum Państwowym w Lesznie, nie znalazłem żadnej wzmianki na temat roku budowy domu Jędrzychowskich. Z pewnością wygląd budynku zmieniał się przez dziesięciolecia za sprawą prowadzonych, napraw, remontów itp. Możliwe że pierwotnie pokryty był strzechą. Wielu z Was pamięta go jeszcze z lat 70tych XX w kiedy to ostatecznie został rozebrany. Pomyślcie tylko: mógł mieć wówczas ze 170 lat!  Ale czy na pewno? 

Ufundowana przez rodzinę tablica poświęcona Czesławowi Bednarczykowi.
Dłużyna 2026.
 

Fakty:

26 lipca 1789 roku wielmożny Kazimierz, hrabia Sułkowski właściciel Machciana i Dłużyny wydał Bartłomiejowi "przywilej" na podstawie którego, stał się on wolnym człowiekiem i nie musiał już odpracowywać pańszczyzny. Hrabia Sułkowski nadał Bartłomiejowi prawo własności do swoich pól ornych  i łąk. To właśnie na kawałku tej ziemi w Dłużynie Bartłomiej zbudował dom, w którym przez całe dziesięciolecia mieszkały rodziny Jędrzychowskich, Stachowskich, Kędziorów i wreszcie Bednarczyków. Dokument ten był niezwykle cenny, ponieważ dzięki niemu  237 lat temu diametralnie zmienił się los Bartłomieja. Z pańszyźnianego chłopa nagle stał się wolnym człowiekiem. Wkrótce został zamożnym chłopem - kmieciem jakich w tym czasie w Dłużynie można było policzyć na palcach jednej ręki. Oficjalne uwłaszczenie chłopów z Dłużyny miało miejsce w 1825 roku.  Bartłomiej cieszył się już w tedy statusem wolnego chłopa od 36 lat! Pozostaje otwartą kwestia przyczyna dla której Bartłomiej Jędrzychowski mógł liczyć na taki gest ze strony hrabiego Sułkowskiego.  Nie ulega wątpliwości, że był to chłop zasobny i stać go było na płacenie dziedzicowi Dłużyny czynszu za swoją wolność i niezależność. 

Specjalny status we wsi miał brat Bartłomieja - Wojciech. Ten z kolei był młynarzem dłużyńskim a więc nie byle kim jak na ówczesne czasy. 

22 grudnia 1837 roku w Dłużynie w domu pod numerem 24b, dokładnie w tym domu, który za 75 lat stanie się własnością Czesława Bednarczyka i Marii z Kędziorów, zebrała się najbliższa rodzina Bartłomieja aby wysłuchać jego ostatniej woli. Bartłomiej był chory i nikt nie dawał mu szansy na rychły powrót do zdrowia. Chyba sam sobie z tego zdawał sprawę bo wezwał do Dłużyny sędziego Sądu Ziemsko-Miejskiego z Kościanie aby w jego obecności i w majestacie prawa podyktować mu ostatnią swoją wolę – testament. Leżący w łóżku mężczyzna dobiegał siedemdziesiątki. Był schorowany i zmęczony długim życiem. Tej smutnej urzędowej ceremonii przysłuchiwali się uważnie: żona Bartłomieja Ewa, najstarszy syn Stanisław, młodszy syn Walenty, oraz córki z mężami: Maria Sterna, Franciszka Krawiec i Brygida Stępczak. 

Treść testamentu Bartłomieja Jędrzychowskiego:

Gospodarstwo zostało podzielone pomiędzy dwóch najstarszych synów Bartłomieja tj. Stanisława oraz Walentego. Na dobytek ten składały się dom mieszkalny wraz z przyległym samem owocowym,  budynki gospodarcze, sprzęt gospodarski, narzędzia, żywy inwentarz (np. bydło) oraz łąki i pola orne. Stanisław otrzymał w spadku wszystkie budynki wraz z wyposażeniem. Pola i łąki nie zostały w testamencie precyzyjnie oznaczone ale możemy wyczytać, że były to: kawałek pola przy drodze wiejskiej, kawałek pola i lasek i przy drodze prowadzącej do Sokołowa, ogród pod Charbielinem, łąka na Kamionkach, łąka na Wielkim Bagnie (Wielkim Błocie), kawałek ziemi za łąką na Wielkim Bagnie. Pola, sad i łąki zostały podzielone pomiędzy braćmi po równo. 

Bartłomiej pomimo, że był kmieciem (zwykle byli bogatymi pełnorolnymi chłopami) to zastrzegł na łożu śmierci, że nie posiada oszczędności a jedynie długi, które polecił spłacić po równo braciom Stanisławowi i Walentemu. Zwolnił córki z tego przykrego obowiązku. Jego dłużnikami byli: 

1. Łucja, żona włodarza (rolnika) Jana - zalegał jej 600 zł

2. Wawrzyniec, właściciel karczmy - zalegał mu 144 zł

3. Leśniczy - zalegał mu 45 zł

4. Klemens, handlarz bydłem - zalegał mu 74 zł

Córce Bartłomieja Mariannie (po mężu Sterna) należał się spadek, który został wyceniony na 100 polskich złotych czyli 16 talarów i 20 srebrnych groszy.  

Córce Bartłomieja Franciszce (po mężu Krawiec) należał się spadek, który został wyceniony na 100 polskich złotych czyli 16 talarów i 20 srebrnych groszy.  

Córce Bartłomieja Brygidzie (po mężu Stępczak) należał się spadek, który został wyceniony na 100 polskich złotych czyli 16 talarów i 20 srebrnych groszy. Z testamentu dowiadujemy się że Brygida wraz z mężem mieszkała w małej przybudówce przy domu Bartłomieja (izdebka). Bartłomiej zastrzegł że ta dobudowana część stanowi wyłączną własność Brygidy. 

Bartłomiej zobowiązał braci aby solidarnie spłacili siostry najpóźniej do 3 lat po jego śmierci. 

Bartłomiej pozbawił żonę prawa do spadku ale w zamian zobowiązał Stanisława aby po jego śmierci zaopiekował się matką. Ewa będzie miało prawo dalej mieszkać w domu do końca życia, natomiast na najstarszym  synu będzie spoczywał obowiązek zapewnienia jej wszelkiej opieki oraz wyżywienia, opału, i pokrywania kosztów leczenia.  Bartłomiej zapewnił wszystkich, że rozmawiał na ten temat z żoną Ewą, która z takiego postawienia sprawy jest bardzo zadowolona.  

Testament kończy  zapisem, że każdy spadkobierca musi podporządkować się woli Bartłomieja. Jeśli ktoś będzie się uchylał ze swoich obowiązków, zostanie wydziedziczony. Bartłomiej podpisał się trzema krzyżykami ponieważ albo nie potrafił pisać albo był na tyle chory, że wyręczono go w tej urzędowej czynności.  

Na swoją śmierć Bartłomiej czekał kolejny cały rok. Zmarł w Wigilię 1838 roku w swoim domu w Dłużynie mając 69 lat. 

Zapis o śmierci Bartłomieja Jędrzychowskiego w księdze zgonów parafii Dłużyna 1838. 









poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Balbina Skorupińska z Radomierza

Balbina Skorupińska była młodszą siostra mojej praprababki Anastazji Bednarczyk. Urodziła się w Radomicku 31 marca 1879 r. w rodzinie Piotra Skorupińskiego i Cecylii z d. Gryca. Początki jej dorosłego życia były bardzo burzliwe i tragiczne. W wieku 19 lat wyszła za mąż za Tomasza Praissa, 24 letniego młodzieńca z Perkowa pod Przemętem (ślub w 1898). Świadkiem na ich ślubie był Szczepan Bednarczyk - szwagier Balbiny. Młodzi zamieszkali w Perkowie. 26 stycznia 1900 roku na świat przyszła Maria, ich jedyne dziecko, bowiem Tomasz zmarł po niespełna 3 tygodniach od urodzenia córki (16 lutego 1900 r.) Niesamowite w tej historii są zbiegi okoliczności, które towarzyszyły Balbinie. Wyobraźcie sobie, że jeszcze tego samego roku tj. 31 lipca Balbina wyszła za mąż za wdowca z Radomierza - Kazimierza....Skorupińskiego. Tak, tak, nie przesłyszeliście się. Mężczyzna ten nosił nazwisko dokładnie takie samo jak nazwisko panieńskie Balbiny. Od razu rodzi się pytanie o stopień pokrewieństwa tej pary. Pewnie w którymś pokoleniu mieli wspólnego przodka ale w świetle prawa nie stanowiło to przeszkody do zawarcia związku małżeńskiego. Teraz kolejny niesamowity zbieg okoliczności: jak pisałem Kazimierz był wdowcem. Jego pierwsza żona Franciszka z d. Flieger zmarła 5 dni po śmierci pierwszego męża Balbiny Tomasza tj w dniu 22 lutego 1900 r.! Po ślubie Balbina z córką Marią i Kazimierzem zamieszkali w Radomierzu. Spokojne życie nie trwało długo bowiem 21 listopada 1901 roku zmarła nagle mała Maria. Kazimierz i Balbina Skorupińscy mieli 5 córek i dwoje synów: Marta, Franciszka, Cecylia, Maria, Agnieszka, Roman i Stanisław.

Z narodzinami Romana (6 luty 1907 r) wiąże się ciekawa historia. Otóż ojciec chłopca zgłosił urzędnikowi stanu cywilnego narodziny syna w dniu 8 lutego 1907 r. Podczas tej urzędowej i mogłoby się wydawać formalnej wizyty doszło do spięcia między Kazimierzem Skorupińskim a niemieckim pracownikiem urzędu, który zapisał w akcie urodzenia Romana nazwisko matki jako "Skorupinski". Próbował zapisać żeńskie nazwisko kończące się na -ska w męskiej/pruskiej formie - ski. W pewnym sensie zniemczył w ten sposób jej nazwisko, co było w owym czasie dość powszechnym zabiegiem. Kazimierz sprzeciwił się temu kategorycznie, żądając od Niemca sprostowania nazwiska żony na "Skorupińska" Argumentował, że żona jest Polką i jej nazwisko powinno pisać się jako "Skorupińska" Urzędnik jak łatwo się domyślić, odmówił. Wówczas Kazimierz w akcie protestu odmówił podpisania aktu urodzenia syna! Był to bardzo odważny sprzeciw, który mógł skończyć się dla Kazimierza poważnymi konsekwencjami. Świadczył też o wielkiej odwadze mężczyzny i świadomości bycia Polakiem. Roman Skorupiński zmarł w Radomierzu 1 sierpnia 1986 r.


Dopisek niemieckiego urzędnika stanu cywilnego o odmowie podpisania aktu urodzenia syna Romana przez ojca Kazimierza Skorupińskiego. Przemęt 8 luty 1907 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie. 

Rodzina Balbiny Skorupińskiej



środa, 20 maja 2026

Elektryfikacja wsi Dłużyna w 1956 - 1959 r.

„Wiatraki to pomnik dnia wczorajszego – słychać głos narratora Polskiej Kroniki Filmowej z 1946 roku. – W tę sielankę wkracza nagle nowoczesność. Właśnie stawiają pomniki nowej epoki. Słupy linii elektrycznej [...] Dzięki nim światło elektryczne dotarło pod wiejską strzechę. Chwila niepewności – żarówka oświetla wiejską chatę. Nic już nie będzie tak jak było”.

Władze powojennej Polski do serca wzięły sobie leninowskie hasło: komunizm to władza rad i elektryfikacja wsi. Gdy tylko zaprowadziły władzę, zajęły się tym drugim tematem.

Niestety elektryfikacja wsi postępowała powoli – z powodu braku materiałów, fachowców, a wreszcie pieniędzy. Starano się więc skłonić ludzi do pracy społecznej. W pierwszej kolejności elektryfikowano te miejscowości, które zadeklarowały więcej prac w czynie społecznym, czyli kopanie dołów, organizowanie transportu itp. Taką właśnie wsią była Dłużyna w pow. leszczyńskim. A wszystko miało swój początek w 1956 roku.

11 lat po wojnie. Ileż jeszcze można było czekać na prąd w chałupie? 

W przyjętym założeniu do Ustawy o z dnia 28 czerwca 1950 r. o powszechnej elektryfikacji wsi i osiedli przyjęto, że mieszkańcy będą aktywnie uczestniczyli w tym procesie. I tak było w Dłużynie. Nieformalny, tymczasowy komitet elektryfikacyjny wsi działał już w 1956 roku. Jednak pomysł aby dostarczyć prąd do każdego gospodarstwa w Dłużynie nie był wówczas jeszcze tak oczywisty. Pierwotnie elektryczność miała być doprowadzona przede wszystkim do istniejącego tu Rolniczego Zespołu Spółdzielczego "Wiosna Ludu". Jednak w połowie tego roku gruchnęła wiadomość, że Rolniczy Zespół Spółdzielczy wypadł z planu elektryfikacji. Z tego powodu kierownictwo zespołu wystosowało pismo do Warszawy do Ministerstwa Rolnictwa wprost domagając się przywrócenia przedsiębiorstwa do planu na 1957 r. Sądzę, że w efekcie tego, aby jeszcze dobitniej dać wyraz niezadowoleniu postanowiono wciągnąć całą wieś do tej gry, która w efekcie miała doprowadzić Dłużynę do pełnej elektryfikacji.  Dowodem na to jest rachunek na kwotę 2808,90 zł wystawiony przez Zbigniewa Nowackiego i Kazimierza Urbaniaka z Poznania, za usługę opracowania wstępnego projektu elektryfikacji wsi Dłużyna, na podstawie zlecenia z dnia 21 października 1956 r. W rachunku wyszczególniono takie pozycje jak: pomiar linii wysokiego i niskiego napięcia, usytuowanie stacji trafo czy projektowanie instalacji. Rachunek został zatwierdzony przez Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu. Choćby z tego powodu mieszkańcy wsi mieli prawo przypuszczać, że już wkrótce, najdalej do końca 1957 roku w ich chałupach zaświecą się żarówki. Tymczasem mijały dni i kolejne tygodnie a sprawa elektryfikacji wsi jakoś utknęła w martwym punkcie. Trzeba było działać i dlatego 16 stycznia 1957 roku w Dłużynie odbyło się zebranie mieszkańców wsi. Tematem obrad było przedyskutowanie ostatnich doniesień o niewłączeniu wioski do powiatowego planu elektryfikacji na 1957 rok.  Mieszkańcy zgodzili się, że należy w tej sytuacji wystąpić z wnioskiem do Wydziału Planowania w Powiatowej Radzie Narodowej w Lesznie o włączenie Dłużyny do planu elektryfikacji na ten rok. Protokół z zebrania wykonał odręcznie Czesław Bednarczyk a podpisało się pod nim około 45 gospodarzy. 

Na marginesie należy dodać, ze Czesław Bednarczyk był akurat tym gospodarzem, który potrafił poradzić sobie z brakiem prądu w swoim domu. Wspierał swojego syna Telesfora, wówczas ucznia technikum mechanicznego we Wschowie, w śmiałym jak na owe czasy projekcie tj. budowie domowej elektrowni wiatrowej. Za sprawą młodego i zdolnego elektrotechnika na posesji Bednarczyków stanął wysoki słup, na szczycie którego zamontowano śmigła, które wprawiane przez wiatr w ruch obrotowy produkowały prąd, który ładował akumulator samochodowy. Ten z kolei był źródłem prądu w gospodarstwie pod numerem 20.

W dniu  10 maja 1957 roku na zebraniu wiejskim podjęto uchwałę o przeprowadzeniu elektryfikacji Dłużyny własnymi siłami  i na własny koszt. Obecni na spotkaniu pierwszy sekretarz Powiatowego Komitetu PZPR Hybiak oraz przewodniczący Powiatowego Komitetu Planowania Gospodarczego Marcinkowski zapewnili, że państwo zapłaci za szczegółową dokumentacje projektową. Ponadto wybrano oficjalny skład komitetu elektryfikacyjnego. Na jego czele znalazły się osoby najbardziej do tej pory zaangażowane w to zadanie. Na swojego pierwszego przedstawiciela mieszkańcy wybrali Czesława Bednarczyka, od tej pory piastującego funkcję przewodniczącego Komitetu Elektryfikacyjnego wsi Dłużyna. Jego zastępcą został Stanisław Furmańczak, sekretarzem Henryk Pfeifer  a skarbnikiem Stanisław Śleboda. Członkami zostali: Ignacy Michałowski, Ludwik Apolinarski, Władysław Otto, Stefan Poloszyk, Stanisław Mierzyński, Franciszek Marciniak, Jan Gąd i Piotr Adamczak. Całkowity koszt elektryfikacji miał się zamknąć w kwocie 286 000 zł czyli około 4000 zł na jedno gospodarstwo. Na początek każdy z mieszkańców wpłacił 1000 zł plus dodatkowe 400 zł za każdy użytkowany hektar ziemi.  Reszta kosztów tego zadania miała zostać sfinansowana z kredytu. Decyzja mieszkańców Dłużyny świadczyła o ich dużej determinacji ale i o poczuciu bezradności wobec skostniałej biurokracji i braku pomocy ze strony władz powiatowych i wojewódzkich.  Zaczęto działać dwutorowo: z jednej strony założono oficjalny komitet elektryfikacyjny, podejmujący aktywne działania popychające temat do przodu, a z drugiej strony słano pisma aż do Warszawy do władz państwowych. Od samego początku szczególną aktywnością na tym polu wykazywał się  Czesław Bednarczyk. Zdawał sobie doskonale sprawę z powagi sytuacji. Można by odnieść wrażenie, że był zaangażowany ponadprzeciętnie. Najlepiej świadczy o tym teczka, w której gromadził wszystkie dokumenty związane z tym przedsięwzięciem. Do dzisiaj przetrwały w niej nie tylko oficjalne pisma, protokoły i rachunki ale nawet odręczne notatki dziadka na różne inne tematy, które zajmowały go przez całe życie (np. sprawa parcelacji ziemi po 1945 r) - ale o tym kiedy indziej.

Fragment protokołu z zebrania wiejskiego w Dłużynie z dnia 10 maja 1957 r. 

Komitet Elektryfikacyjny wsi Dłużyna zmagał się z problemem jakim był permanentny brak materiałów niezbędnych do poprowadzenia elektrycznych linii napowietrznych. Brakowało po prostu wszystkiego: słupów drewnianych, przewodów, transformatora, izolatorów, złączy, śrub, podstawowych narzędzi.  Brakujących podzespołów szukano na własną rękę, często przeglądając lokalną prasę z ogłoszeniami. Tak było w przypadku poszukiwań betonowych szczudeł, służących do zamontowania na nich drewnianych słupów. Dzięki nim nie trzeba było osadzać słupów bezpośrednio w gruncie, co pozwalało utrzymać je przez wiele lat w dobrym stanie technicznym. Starano się o nie w Strzybnickich Zakładach Betoniarskich k/ Tarnowskich Gór ale bezskutecznie. W podobnej sprawie Czesław Bednarczyk słał list aż do Orzysza na Mazurach. Działająca tam firma o nazwie "Wibrobeton" była producentem  akcesoriów budowlanych i akurat w 1957 roku ogłaszała się regularnie w Głosie Wielkopolskim.

Ogłoszenie z Głosu Wielkopolskiego 1957 r z którego komitet elektryfikacyjny wsi Dłużyna dowiedział się o dostępności szczudeł słupowych. Źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa.

Czesław Bednarczyk wysłał zapytanie ofertowe we wrześniu 1957 r a po kilku dniach z Orzysza nadeszła odpowiedź, że szczudła są najlepszej jakości  a firma Wibrobeton jest gotowa dostarczyć wymaganą liczbę tego asortymentu. 


Pismo Czesława Bednarczyka do firmy Wibrobeton. 1957 r. Źródło: Archiwum rodzinne

7 listopada 1957 roku Komitet wystąpił ze skargą do Ministerstwa Przemysłu Maszynowego na decyzję o skreśleniu Dłużyny z planu elektryfikacji na 1957 rok. W piśmie zapewniono ministra, że prace przy elektryfikacji już trwają. Dano jednak do zrozumienia, że z powodu braku odpowiedniego transformatora nie będzie można ich szybko zakończyć. Komitet wyraził nadzieję, że czynniki państwowe staną na wysokości zadania i pomogą w szybkim przydzieleniu tego urządzenia. Nie mając jeszcze transformatora Komitet Elektryfikacyjny podpisał w dniu 17 stycznia 1958 r. umowę na wykonanie  najważniejszych prac instalacyjnych Zakładowi Elektroinstalacyjnemu Stanisława Krawczyka ze Szczecina. Głównym monterem z tej firmy przydzielonym do prac w Dłużynie został niejaki Józef Jatczak.  Interesujący zapis znajduje się w piśmie który skierował on do Komitetu w Dłużynie w lutym 1958 roku. Zapewnił, że wysłał już do Dłużyny transport z 1000 kg linki aluminiowej niezbędnej do budowy linii napowietrznej. Zastrzegł jednak, że na transport słupów drewnianych trzeba będzie jeszcze poczekać, ponieważ z powodu mrozu nie można ich wykopać z ziemi...! Czyżby były z odzysku? 

31 marca 1958 roku Komitet śle pismo do Zarządu Elektryfikacji Rolnictwa w Warszawie - który przydzielał transformatory - z prośbą o odpowiedni transformator. Członkowie Komitetu "legitymowali" się przy tym poparciem Powiatowego Zarządu Rolnictwa. Według Konrada Bednarczyka, nieżyjącego wnuka Czesława Bednarczyka, znanego autora książek o tematyce historycznej, związanej z rejonem Wolsztyna, 17 lipca 1958 roku Zarząd Elektryfikacji Rolnictwa zlecił Poznańskiemu Przedsiębiorstwu Elektryfikacji Rolnictwa sprzedaż transformatora Komitetowi Elektryfikacji wsi Dłużyna ale pod warunkiem, że wydanie go nie może zahamować robót planowych i nastąpi dopiero po uregulowaniu całkowitej należności. 

21 listopada 1958 roku nastąpił wreszcie uroczysty dzień zebrania owoców dwuletnich starań i wysiłków. O godz. 14.30  Czesław Bednarczyk przewodniczący Komitetu Elektryfikacji, podpisał oświadczenie, że został poinformowany, iż oddana do użytku sieć jest pod napięciem. Jednocześnie w aktach sprawy znalazło się zastrzeżenie Komitetu Elektryfikacji, że zgodnie z protokołem z dnia 10 maja 1957 roku bez jego zgody przez 5 lat Zakład Energetyczny nie podłączy do sieci tych, którzy nie wywiązali się ze swoich zobowiązań wobec Komitetu. Pod tym zastrzeżeniem widnieje 10 podpisów w tym Czesława Bednarczyka. 

Ostatnim akordem elektryfikacji Dłużyny było oddanie do użytku oświetlenia ulicznego. Nastąpiło to w połowie maja 1959 roku. Protokół odbioru oświetlenia za Komitet Elektryfikacyjny podpisał nie kto inny jak Czesław Bednarczyk. Dobiegał wtedy do 70tki, ale to wcale nie była ostatnia batalia w jego długim i bogatym życiu. 

I tak oto głos narratora Polskiej Kroniki Filmowej z 1946 roku ziścił się w Dłużynie, wiosce, w której za sprawą wielu wspaniałym ludzi i mojego pradziadka Czesława Bednarczyka światło elektryczne dotarło pod wiejską strzechę. Nic już nie będzie tak jak było.



........................................................................................

Źródła:
  1. Archiwum rodzinne Bednarczyków
  2. Konrad Bednarczyk "Nasz dziadek" 

poniedziałek, 16 lutego 2026

Postępowanie spadkowe Bednarczyków z Radomicka

W 1873 roku w Radomicku zmarł mój praprapradziadek Antoni Bednarczyk (ur. ok 1780 r). Naturalnym spadkobiercą po nim został najstarszy z synów Antoniego - mój prapradziadek Walenty Bednarczyk (1812-1900). 13 maja 1873 roku Walenty zawarł ugodę przed sądem zapewne z pozostałymi spadkobiercami po Antonim (zmarły miał 6 żyjących dzieci), w której zobowiązał się do zapewnienia swojej matce Reginie Bednarczyk, z domu Kasperskiej, dożywotniej opieki tj. dachu nad głową, wyżywienia oraz opieki, aż do jej śmierci. Ponadto w księdze wieczystej zapisano, że przejętej po zmarłym ojcu nieruchomości nie można było sprzedać bez zgody dożywotniczki (Reginy) lub bez przejęcia obowiązku opieki przez innego nowego nabywcę. 

Minęło 10 lat...

7 listopada 1883 roku ten sam Walenty Bednarczyk stawił się  u notariusza Teodora Geisslera w Śmiglu w towarzystwie swoich dwóch synów: starszego Andrzeja (1845-1894) i młodszego Michała (1851-1901). Podczas tej urzędowej wizyty bracia zawarli kontrakt kupna, którego przedmiotem była parcela o powierzchni 0,32 ha. Kupującym był starszy z nich Andrzej Bednarczyk, sprzedającym - Michał Bednarczyk. Ich ojciec występował tu jako dożywotnik tj. w dokładnie takiej samej roli jak przed laty jego matka Regina z Kasperskich. Andrzej Bednarczyk nabył majątek od brata za kwotę 270 marek i zobowiązał się do dożywotniego utrzymywania swojego ojca Walentego.  Co ważne nieruchomość była obciążona rentą, którą płacił jeszcze Antoni Bednarczyk po tym jak w wyniku uwłaszczenia stał się prawnym właścicielem swojej ziemi i domu. Co prawda przestał być chłopem pańszczyźnianym, ale nie ma nic za darmo. Musiał płacić specjalną rentę do tzw banku rentowego, która przechodziła z pokolenia na pokolenie i została spłacona ostatecznie dopiero na początku XX w. Ale o tym później.  

Fragment umowy kupna działki o pow 0,32ha spisany między braćmi Michałem a Andrzejem Bednarczykami. Śmigiel 1883. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie.


Andrzej Bednarczyk nabywając majątek od młodszego brata Michała wraz z obowiązkiem dożywotniego utrzymywania swojego ojca Walentego, musiał spłacić pozostałe swoje rodzeństwo. I tak zobowiązał się do:

  • zapłacenia 900 marek mojemu pradziadkowi Szczepanowi Bednarczykowi (ojcu Czesława Bednarczyka) 
  • zapłacenia siostrze Michalinie - 900 marek. 
  • zapłacenia 15 marek na zakup świni swojej siostrze Mariannie (po mężu Zugehoer)                                                                                                   
Mówiąc prościej: Andrzej Bednarczyk, przejmując ziemię, stawał się dłużnikiem swojego rodzeństwa. Musiał im wypłacić należną część spadku po dziadku Antonim. 

Andrzej Bednarczyk stał się pełnoprawnym gospodarzem, ale z ogromnym "plecakiem" finansowym. Musiał nie tylko utrzymać siebie i żonę Mariannę z domu Zugehoer (z niewielkiego areału, bo te 0,32 ha to było raczej niewielkie gospodarstwo może z przyległym ogrodem), ale także systematycznie spłacać liczne rodzeństwo. To wyjaśnia, dlaczego w dokumentach figuruje jako "robotnik" – prawdopodobnie dorabiał poza własnym gruntem, by sprostać tym zobowiązaniom. 

Minęło kolejnych 11 lat...

Andrzej Bednarczyk zmarł przedwcześnie w styczniu 1894 w wieku 49 lat. 26 lutego 1894 roku w Królewskim Sądzie Rejonowym w Śmiglu stawiła się owdowiała żona Andrzeja Marianna z d. Zugehoer aby dopełnić spraw spadkowych. 

Protokół z rozprawy w sprawie opiekuńczej (spadkowej) po zmarłym mężu Marianny Bednarczyk. Śmigiel 1894 r Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie.


Śmigiel, dnia 21 lutego 1894 r

W sprawie opiekuńczej po śmierci Andrzeja Bednarczyka stawiła się wdowa Marianna Bednarczyk z domu Zugehoer  z Radomicka, wyznania katolickiego, władająca jedynie językiem polskim, w związku z czym rozprawiano z nią jedynie w tym języku. Osoba ta posiada zdolność do czynności prawnych a jej tożsamość została prawidłowo zweryfikowana. Osoba zobowiązuje się do rzetelnego i sumiennego sprawowania opieki w miejsce dotychczasowego opiekuna (w domyśle Andrzeja Bednarczyka) nad niżej wymienionymi dziećmi: Franciszkiem, Michaliną, Józefem, Katarzyną i Janem. Wyżej wymieniony jej mąż zmarł w dniu 2 lutego 1894 roku w Radomicku i żył z nią we wspólnocie majątkowej. Nie sporządził testamentu. Marianna Bednarczyk zapewnia pod przysięgą, że poza wymienionymi pięciorgiem dzieci nie są jej znani żadni inni spadkobiercy jej zmarłego męża, Andrzeja Bednarczyka, ani nie wie o żadnym rozporządzeniu na wypadek śmierci, które by po sobie pozostawił. Wnosi o: wydanie zaświadczenia o dziedziczeniu z wpisaniem do ksiąg wieczystych wsi Radomicko (nr 66 i 68) oraz o wpisanie jej i jej dzieci jako jedynych właścicieli. Przeczytano i podpisano. 


Dokument jaki otrzymała Marianna Bednarczyk (dla celów spadkowych) potwierdzający jedyną prawną opiekę nad dziećmi. Śmigiel 1894. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie

Wdowa Marianna Bednarczyk  z domu Zugehoer, katoliczka, zostaje niniejszym ustanowiona opiekunem dla swoich dzieci z małżeństwa ze zmarłym w dniu 2 lutego 1894 roku chałupnikiem Andrzejem Bednarczykiem o imionach:

Franciszek  urodzony 24 marca 1877 r.

Michał urodzony 12 września 1879 r.

Józefa urodzona 14 marca 1882 r.

Katarzyna urodzona 24 października 1884 r.

Jan urodzony 7 lipca 1887 r.

Marianna Bednarczyk został pouczona przez urzędnika, że od teraz spoczywa na niej obowiązek troski o swoje dzieci oraz ich sprawy majątkowe, a także o niezbędne reprezentowanie ich interesów. Została zobowiązana o informowaniu o każdej zmianie miejsca zamieszkania podopiecznych (dzieci). Kobieta dowiedziała się, ze na wypadek ponownego zamążpójścia powinna zgłosić ten fakt Królewskiemu Sądowi Rejonowemu w Śmiglu. 

Pisałem na początku, że posiadłość Antoniego Bednarczyka a następnie jego spadkobierców tj. Walentego, Michała, Andrzeja i na końcu Marianny Bednarczyk była obciążona rentą, która stanowiła swoistą formę zadośćuczynienia dla dworu za to, że chłopi mogli wykupić się z pańszczyzny, często za pośrednictwem państwowych instytucji finansowych, takich jak banki rentowe. Wpłaty miały formę renty pieniężnej, która mogła być rozłożona na długie lata (np. 20 lat lub dłużej), a spłacenie jej w całości dawało pełne prawo własności. 

Marianna Bednarczyk ostatnią ratę renty wpłaciła do Banku Rentowego z siedzibą we Wrocławiu wpłaciła dopiero w 1 lipca 1915 roku. Było to 7 marek i 47 fenigów. (Całość renty wynosiła 34 marki i 30 fenigów). Kwota ta została zaksięgowana w Królewskiej Kasie Banku Rentowego pod numerem dziennika 761 i na stronie 44. 


Potwierdzenie spłaty ostatniej raty renty (wykupu) do kasy banku rentowego we Wrocławiu. 1 lipca 1915 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie.  







czwartek, 16 października 2025

Józef Bednarczyk

Józef Bednarczyk urodził się 19 marca 1911 roku w Dłużynie jako pierwsze dziecko Czesława i Marianny z domu Kędziora. Na podstawie zgromadzonych dokumentów, w tym także tych pozyskanych z Archiwum Państwowego w Lesznie, przedstawię krótki życiorys Józefa Bednarczyka. Zdaję sobie przy tym sprawę, że niektóre wydarzenia z życia pierworodnego syna Czesława i Marianny wcale nie muszą okazać się prawdziwymi! Wynika to z wątpliwej jakości źródeł pisanych, jakimi dysponuję (wycinki gazet z lat 70tych XX w, czy protokół z wywiadu przeprowadzonego z Józefem Bednarczykiem przez milicjanta włoszakowickiego posterunku Milicji Obywatelskiej a także, jak sądzę, z jego sąsiadami lub może nawet członkami rodziny. 

Józef Bednarczyk ok. 1952 r.

Józef Bednarczyk od urodzenia do chwili zawarcia związku małżeńskiego z Zofią z domu Zugehor w 1937 roku mieszkał z rodzicami w Dłużynie. Naukę w tutejszej szkole powszechnej rozpoczął w 1918 roku. Naukę ukończył w 1925 roku i od razu rozpoczął pracę  w warsztacie ślusarskim swojego ojca Czesława. W 1930 roku wziął udział w kursie szoferskim (prawa jazdy) a następnie w 1931 roku rozpoczął służbę wojskową w 1 Batalionie Pancernym w Poznaniu. Jednostka ta mieściła się przy ul. Kościuszki. Z satysfakcją mogę dodać, że od 18 lipca 2025 dziedzictwo tradycji 1 batalionu czołgów i samochodów pancernych oraz 1 batalionu pancernego z honorem kultywuje batalion wozów bojowych  Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych im. Hetmana Polnego Koronnego Stefana Czarnieckiego w Poznaniu, gdzie mam zaszczyt i honor pracować. Po odbyciu dwuletniej służby wojskowej Józef Bednarczyk w stopniu szeregowego rezerwy powrócił do rodzinnej wsi aby w dalszym ciągu pomagać ojcu w kuźni i na gospodarce. Nowy rozdział w życiu Józefa otworzył się wraz z nadejściem nowego 1935 roku. Z dniem 1 stycznia tego roku znalazł zatrudnienie w Zarządzie Gminnym we Włoszakowicach (dzisiaj powiedzielibyśmy, że pracował w siedzibie Gminy Włoszakowice) w charakterze woźnego. Był więc urzędnikiem niższego szczebla, do obowiązków którego należało między innymi doręczanie pism, dbanie o czystość i porządek w urzędzie oraz wykonywaniem  innych drobnych poleceń. 

20 kwietnia 1937 roku Józef Bednarczyk zawarł związek małżeński z Zofią Zugehor (1915-1997) ze Śmigla. 

Wesele Józefa Bednarczyka z Zofią Zugehor. Śmigiel 20.04.1937 r. 

Tuż przed wybuchem II wojny światowej w dniu 25 lipca 1939 roku,  tak pisał do ówczesnego wójta gminy Włoszakowice: 

"...Donoszę, że w dniu dzisiejszym około godz. 12 w południe zauważyłem samolot z niemieckimi znakami rozpoznawczymi na wysokości 500 m, który leciał w kierunku Jezierzyc Kościelnych. Okrążając Gromadę Włoszakowice oddalił się w kierunku granicy niemieckiej."

Następnego dnia po tym meldunku został zmobilizowany do jednostki wojskowej, prawdopodobnie tej, w której odbywał zasadniczą służbę wojskową. W związku z tym, że 1 Batalion Pancerny w dniu wybuchu wojny został rozformowany, Józef Bednarczyk był uczestnikiem kampanii wrześniowej w składzie innej formacji wojskowej. Nie udało mi się jednak ustalić jakiej i jak przebiegał jego szlak bojowy. Wiadomo jedynie, że walczył pod Warszawą, gdzie zapewne w drugiej połowie września 1939 roku jego oddział został rozbity przez Niemców a on trafił do niewoli. Po zwolnieniu z niewoli powrócił do rodzinnych stron, do żony i dwójki dzieci: Kazimiery i Stefana. W Dłużynie kontynuował pracę w warsztacie Czesława Bednarczyka, aż do 27 listopada 1940 roku:

"....Było wcześnie. Na dworze panował mróz, leżał śnieg. Czesław Bednarczyk z żoną Marianną z Kędziorów już dawno nie spali. Marianna przygotowywała śniadanie dla dzieci. Pomagały jej córki: 14 letnia Anna oraz Maria. Czesława zaniepokoił skowyt psów i harmider dobiegający zza okna. Wydawało mu się że słyszy warkot silników oraz krzyki. Chciał włożyć kożuch wiszący jak zawsze w sieni i wyjść na podwórze aby zorientować się co się dzieje. Nie zdążył. W tej chwili wszyscy usłyszeli kroki ciężkich wojskowych butów na schodach wejściowych do domu. Po chwili krzykom "Loss, loss!" towarzyszyło walenie kolbą karabinu w drzwi. Czesław Bednarczyk już wiedział co to byli za "goście". Łudził się przez cały 1940 rok, że do tego nie dojdzie. Łudził się. Lecz był przygotowany, tak jak wielu Polaków, którym groziła wywózka. Marna to pociecha. Wybita szyba w oknie uświadomiła mieszkańcom domu moich Dziadków, że nie mogą dużej zwlekać. Po 4 minutach wszyscy stali na drodze..." Cały tekst o wojennych losach Bednarczyków możesz przeczytać TUTAJ.

27 listopada 1940 roku rodzina Bednarczyków i kilka innych rodzin z Dłużyny zostały wysiedlona do pobliskiego Zaborowa. Na gospodarce Czesława Bednarczyka osiadła niemiecka rodzina a tym samym Józef został zmuszony do poszukania nowego zajęcia aby utrzymać rodzinę. Rozpoczął pracę w Kaszczorze jako robotnik w Związku Melioracji. W 1941 roku zmienił miejsce zatrudnienia i najął się do pracy u proboszcza parafii w Dłużynie, gdzie przepracował do końca wojny. W dniu 14 lutego 1945 roku Józef Bednarczyk rozpoczął pracę w Zarządzie Gminnym we Włoszakowicach jako referent meldunkowy. Szybko awansował, bo już w 1956 roku został zastępcą sekretarza Zarządu Gminnego i funkcje tą pełnił do 1950 roku. 15 czerwca 1950 roku został sekretarzem Prezydium Gminnej Rady Narodowej we Włoszakowicach. Wykonywał również funkcję kierownika Urzędu Stanu Cywilnego.


Zaświadczenie o zatrudnieniu Józefa Bednarczyka. 1952 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie.

W 1968 roku gazeta Głos Wielkopolski oraz  organizacja o nazwie Związek Bojowników o Wolność i Demokrację /ZBOWiD/ ogłosiły konkurs pt. „W 50 rocznicę Powstania Wielkopolskiego” Udział w konkursie postanowił wziąć Józef Bednarczyk. Na konkurs nadesłał pracę, którą zatytułował: „Przebieg Powstania Wielkopolskiego we Włoszakowicach pow. Leszno woj. poznańskie” Maszynopis znajduje się w zbiorach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej. Z  tej ośmiostronicowej pracy,  możemy wyczytać opis najważniejszych wydarzeń jakie miały miejsce podczas Powstania Wielkopolskiego na terenie gminy Włoszakowice w styczniu oraz lutym 1919 roku. Praca Józefa Bednarczyka zawiera również odręcznie narysowany szkic sytuacyjny potyczek powstańczych w okolicach Włoszakowic. Autor pracy posłużył się wspomnieniami żyjących jeszcze w 1968 roku byłych Powstańców: Piotra Gąda, Leona Kamińskiego, Jana Grycza, Łukasza Adamczaka, Stanisława Pytlika, Józefa Koniecznego, Józefa Fenglera. Wszyscy oni mieszkali we Włoszakowicach.

Szkic sytuacyjny potyczek powstańczych w okolicach Włoszakowic autorstwa Józefa Bednarczyka. Źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

Od 1 stycznia 1973 roku w Polsce rozpoczęła się reforma administracyjna. Zniosła podział na gromady i osiedla oraz przywróciła gminy jako podstawową jednostkę administracyjną na wsi. Reforma ta oznaczała również koniec zawodowej kariery Józefa Bednarczyka, który z tym dniem został emerytem. Jego miejsce zajął Jerzy Szynczewski (1947-2022). Powołano stanowisko naczelnika Gminy, którym został Zenon Lorek. 

Józef Bednarczyk za swoją pracę w administracji państwowej i samorządzie lokalnym był wielokrotnie wyróżniany i odznaczany. W dniu 22 lipca 1972 roku odbyła się w Lesznie uroczysta Sesja rady miejskiej i Powiatowej Rady Narodowej, na której odznaczono Józefa Bednarczyka Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. 

W latach 50. XX wieku, ankieta personalna dla urzędnika (w tym dotyczyła także urzędników państwowych) była narzędziem używanym do weryfikacji i oceny kandydatów do pracy, często w kontekście systemu politycznego. Obejmowała szczegółowe pytania dotyczące pochodzenia społecznego, przebiegu kariery zawodowej i wykształcenia, a także poglądów politycznych i przynależności do organizacji. Zazwyczaj była to szczegółowa ankieta, często wymagająca własnoręcznego wypełnienia, służąca do sprawdzenia zgodności z ówczesną ideologią państwową. 

Fragment ankiety personalnej Józefa Bednarczyka. W latach 50. XX wieku, ankieta personalna dla urzędników  była narzędziem używanym do weryfikacji i oceny kandydatów do pracy, często w kontekście systemu politycznego. Obejmowała szczegółowe pytania dotyczące pochodzenia społecznego, przebiegu kariery zawodowej i wykształcenia, a także poglądów politycznych i przynależności do organizacji. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie


Fragment "Zgłoszenia celem policyjnego stwierdzenia ludności" Ankieta jaką Polacy wypełniali na początku okupacji. Widoczny odcisk palca Józefa Bednarczyka. Źródło: Archiwum Państwowe w Lesznie.



Źródła:

1. Archiwum Państwowe w Lesznie

2. Głos Wielkopolski wyd. 22.12.1972

3. Głos Wielkopolski wyd. 22.07.1972

4. Panorama Leszczyńska wyd. 23.09.1984

5. Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

6. Album zdjęć rodziny Bednarczyków



czwartek, 17 lipca 2025

Szczepan Bednarczyk zabiega o "kocie łby" Radomicko 1928

 

Wakacje w pełni. Odwiedzając różne miejsca  możemy natrafić na zabytki techniki znajdujące się pod naszymi stopami czy bardziej kołami aut lub rowerów. Jednak nie są to kanały czy mosty. Chodzi o drogi z kamienia polnego potocznie zwane „kocimi łbami”. A dlaczego kocie łby a czemu nie psie?  Według językoznawcy dr. Artura Czesaka "kocie łby" to związek frazeologiczny odnoszący się do dawnych dróg brukowanych. Bruk to oczywiście germanizm. Kamienie wykorzystywane do brukowania dróg wiejskich przypominają swoją gładką powierzchnią kocią główkę. Pojęcie to nie zostało wymyślone w Polsce a w Niemczech. Używane jest tam pojęcie „katzenkopfplaster” czyli głowa kocia. Czesi również pod wpływem niemieckim mają „kocici hlavy”.(Źródło: https://pojezierze24.pl)

Mój prapradziadek Szczepan Bednarczyk (1857-1935) był prawdziwie oddanym synem Ziemi Radomickiej. Czy znacie kogoś kto przez 39 lat nieprzerwanie pełnił funkcję sołtysa w Radomicku? Nie dość tego! Tą funkcję pełnił w dwóch Polskach: tej zniewolonej, będącej pod zaborczym butem Prus i tej, która  odzyskała niepodległość w 1918 r. Sołtysował nawet wówczas, gdy zmagał się z ciężką chorobą, która w końcu przyniosła mu śmierć w dniu 30 sierpnia 1935 r.

Szczepan Bednarczyk (1857-1935)

W latach 20tych XX w Radomicko zmagało się z problemem fatalnej jakości drogi biegnącej przez wieś. Droga na całej jej długości była piaszczysta i dziurawa. W czasie ulew i zimowych roztopów zamieniała się w bagnistą rzekę, Mieszkańcy ślizgali się na niej jak na lodowisku. Z pewnością nie jeden skręcił na niej nogę lub powybijał zęby.  Coś trzeba było w końcu z tym zrobić, tym bardziej że mieszkańcy Radomicka od dawna wiercili sołtysowi dziurę w brzuchu. Przeglądając dokumentację Rady Gminy Radomicko (Radomicko było w tamtych czasach gminą) natknąłem się na notatkę z 3 czerwca 1928 roku. Zapisano w niej, zapewne ręką mojego prapradziadka Szczepana Bednarczyka, że w tym dniu przez kurendę sołtys Bednarczyk zwołał wszystkich członków Rady Gminy Radomicko na zebranie wiejskie zaraz po mszy świętej. 

Kurenda odnosi się do zebrania wiejskiego zorganizowanego przez sołtysa. "Kurenda" to określenie potoczne, nawiązujące do formy obwieszczenia, ogłoszenia lub pisma, które sołtys wykorzystuje do poinformowania mieszkańców o zebraniu. W praktyce, kurenda jest zazwyczaj formą pisemnego zawiadomienia o terminie, miejscu i celu zebrania wiejskiego

Na zebraniu obecnych było 30 mieszkańców wsi. Wśród nich widzimy gospodarzy o takich nazwiskach jak: Dolata, Skorupiński,Adamski, Stachowiak, Szymanowski, Ratajczak, Danek, Nowak, Ciesielski, Moszak, Golec, Majorek, Markiewicz, Sieracki, Borowczak, Tomaszewski, Kostrowski itd.  Zebraniu przewodniczył Szczepan Bednarczyk. Zanotował, że wszyscy mieszkańcy wsi, jednogłośnie opowiadają się za nową brukowaną drogą przez wieś. Nie zgadzają się jednak na propozycję starosty  aby gminę obarczać obowiązkiem zwiezienia kamieni, niezbędnych do brukowania drogi. Gmina zadeklarowała swoją pomoc co najwyżej do zwiezienia  piasku i kamieni ale z odległości nie większej niż 7-8 km od Radomicka. Mieszkańcy wsi zobowiązali swojego sołtysa aby odpis z tego zebrania przesłał do Powiatu w Śmiglu.  

Tekst odpisu sporządzonego przez Szczepana Bednarczyka zamieściłem poniżej. Starałem się zachować oryginalną składnie, jaką posługiwał się mój prapradziadek. Niektórych wyrazów nie udało mi się rozczytać. Są też  zwroty nie mające większego sensu ale proszę pamiętać, że jesteśmy w 1928 roku. 

Fragment odpisu zakończony własnoręcznym podpisem Szczepana Bednarczyka. Źródło: Archiwum  Państwowe w Lesznie.

   ODPIS

Radomicko dnia 3 czerwca 1928

WYDZIAŁ POWIATOWY w Śmiglu

W niedzielę 23 czerwca 1928 odbyło się zwołane przez kurende na urzędzie sołeckim zebranie wszystkich członków (posiedzicieli) tutejszy gminy na które z 52 członków stawiło się 30 członków w sprawie obmówienia tyczący się bruku przez wioskę.  

Po przedstawieniu sprawy i propozycy Pana Starosty przez sołtysa, że gmina ma dostawić kamienie i piasek potrzebny do brukowania wymówili się wszyscy za brukiem że jest bardzo potrzebny i pragnęli by mocno tego. Nie byłby bruk tak mocno potrzebny dla gminy jak [...] dla całego powiatu a leszczyńskiego i kościańskiego, którzy tutaj z drzewem przyjeżdżają muszą i nam naszą ulicę wiejską,  przez ciężkie ładunki, którzy by byli przede wszystkim mocno wdzięczni  bo nie potrzebowaliby tak bydła mordować. Dla naszy kominikacji ile my jezdamy nie [...] tak jak to nieraz ta ulica wygląda ale nam obcy popsują. Gmina zebranie wymówiła się z chęcią za pomocą przy budowaniu bruku o ile by była w stanie. Gmina wymówiła się za zwiezieniem kamieni o ile by kamienie nie byli dali od tego 7-8 kilometrów zakupionych przez powiat i dostarczyć potrzebnego piasku z własnych piasków. Zatem gmina zebranie prość pokornie Pana Starostę o przyczynienie się za gminą co do bruku żeby zbyt wielkich ciężarów nie zostało włożono w gminę, która przecież jest powszechnie znana że jest biedna składająca się przeważnie z samych posiedzicieli, gleba licha przeważnie 7-8 klasa ziemi , a przy tem jeszcze bardzo [...] zwierzynę która sie w tutejszych państwowych lasach utrzymuje. Gmina nasza płaci rok w rok podatek powiatowy a nie ma (pamiętnika?) żeby gmina na drogi od powiatu co dostała (jeszcze nie potrzebowała) obecnie jest co prawda zmuszona bo każdy przyznać musi że jest wielka potrzeba zeby był bruk. Mając nadzieję że powiat zaczyni naszem prożką.

Z polecenia zebranych członków gminy

Bednarczyk (podpis odręczny) 


Wielkopolanin numer z dnia 7 września 1935 r.

  

Informacja o ogłoszonym przetargu na brukowanie drogi w Radomicku. Źródło: Rynek Metalowy i Maszynowy Nr18 z 4 maja 1929 r.