Motto:

"Przeszłość jest sentymentalną podróżą, która w cudowny sposób może towarzyszyć teraźniejszości"
- Beata-

wtorek, 22 lipca 2014

Było po kądzieli, dziś będzie po mieczu.

Ostatnie kilka lat zajmowałem się w szczególności relacjami łączącymi mnie z krewnymi mojej mamy. Są to moi przodkowie PO KĄDZIELI. Tym zwrotem określa się związki łączące nas z przodkami z linii żeńskiej, czyli przodków naszej mamy (dziadków rodziców matki, pradziadków - zarówno mężczyzn jak i kobiety, a zatem ojciec  mamy Ludwik to mój dziadek po kądzieli). Wakacje to świetna okazja i właściwy czas aby trochę zaszaleć w tych rodzinnych relacjach. Stąd w mojej głowie zrodził się pomysł aby dokonać krótkiej analizy wspomnień i tego wszystkiego co udało mi się ustalić  o moich przodków w linii ojca, a więc PO MIECZU. Czym dysonuję? Niestety bardzo skromnymi wspomnieniami, kilkoma zdjęciami oraz skromną liczbą dokumentów, które udało mi sie pozyskać w ostatnich kilku miesiącach. Zacznę od wspomnień. 

Rodzina Lemanowiczów Wąbrzeźno ok. 1955 r.
Wąbrzeźno / z niem. Briesen / to rodzinne miasto mojego Ojca. To kilkunastotysięczne miasteczko znajduje się na Pojezierzu Chełmińskim w województwie kujawsko - pomorskim. W Wabrzeźnie byłem kilka razy - u dziadków - zazwyczaj w okresie wakacji. Zawsze towarzyszyli mi rodzice. Ostatni raz odwiedziłem to miasto w 1988 roku. Pewnie nie ma się czym chwalić, ale miało być prawdziwie, bez ściemniania  - więc jest!

Wyjazd do "Małej Babci" (tak nazywałem swoją Babcię Gertrudę Lemanowicz z powodu jej niewysokiego wzrostu) zawsze poprzedzony był szeregiem przygotowań. Z perspektywy kilkuletniego chłopca podróż koleją do Wąbrzeźna wydawała mi się wyprawą niemal na koniec Polski. Tych szereg przygotowań, które czyniła mama przed każdym wyjazdem jeszcze potęgowały to wrażenie. Trzeba było spakować trójkę dzieci i dwóch dorosłych, co zajęło 2 lub trzy walizki oraz napchać kolejną dużą torbę z żarciem, bo w podróży chce się przecież jeść :) Następnie należało dotaszczyć się z tobołkami na dworzec w Babimoście i w drogę! Podróż Polskimi Kolejami Państwowymi wykańczała nerwowo i psychicznie.Trwała klika godzin i kończyła sie kilka kilometrów przed Wąbrzeźnem. Teraz należało przesiąsć się do kolejki wąskotorowej, która łączyła dworzec z centrum miasta. Muszę uczciwie przyznać ze jazda kolejka wąskotorową była dla mnie prawdziwą atrakcją, która skutecznie pozwalała mi zapomnieć o trudach podróży w brudnych wagonach PKP. 

Moi Dziadkowie Franciszek Lemanowicz oraz Gertruda z domu Błaszkiewicz mieszkali w bloku. Zajmowali w nim małe mieszkanko na ostatnim piętrze. To była kolejna atrakcja. Pisząc te słowa nie wiem co w tym było takiego nadzwyczajnego. Może to, że Wąbrzeźno wyglądało ciekawie z perspektywy 4 piętra...? Pamiętam, że Mała Babcia lubiła siedzieć w oknie i spoglądać w dół  z tej niebotycznej wysokości 4 piętra. Wtedy dopiero wydawała mi się "Mała". Do Babci Gerdtrudy byliśmy bardziej przywiązani niż do Dziadka Franciszka. Wiadomo, babcia to babcia - weźmie na kolano, pogłaszcze po głowie, zapyta co w szkole, wysłucha, da na loda...Mniej więcej taką ją zapamiętałem. Ona ciągle się śmiała! Zawsze była w świetnej kondycji. Gdy patrzyło się na nią z daleka to miałeś wrażenie ze idzie nastolatka :) Zawinęła torebeczkę przez ramię i dziarsko maszerowała chodnikiem do sklepu lub na spacer. 
  
Gertruda Błaszkiewicz urodziła się 7 marca 1914 roku w Wąbrzeźnie w rodzinie Jana Błaszkiewicza i Franciszki z domu Nurkowskiej. Rodzice Babci nie pochodzili z samego Wąbrzeźna. Ojciec Jan urodził się 08.01.1885 roku w Wałyczu, wiosce leżącej na terenie gminy Wąbrzeźno. Matka, Franciszka Nurkowska urodziła się we wsi Jaworze 04 sierpnia 1881 roku. Była starsza od swojego męża o 4 lata.  Jan Błaszkiewicz ożenieł się z Marią Nurkowską 23.06.1905 roku w kościele pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zieleniu, niedaleko Wąbrzeźna.  

Rodzina Lemanowiczów Wąbrzeźno ok 1946 r.
Teraz Dziadek.

O, tu nie będzie łatwo. Wiadomo dlaczego: Dziadek to Dziadek - lubi trzymać wnuki w ostrożnym dystansie :) Pomimo, że zawsze był obecny przy Babci to z przykrością sobie uświadamiam, że niewiele go pamiętam.  Dziadek Franciszek był szczupłym, wyprostowanym mężczyzną. To co wyróżniało go od innych członków rodziny to brak włosów. Z tego powodu przepowiadano mi od najmłodszych lat, że jeśli wdam się w Dziadka to też będę łysy. Nie wdałem się. Dziadka kojarzę zwykle jako siedzącego przy dużym ciemnym stole na pięknie zdobionym starym krześle. Musiał mieć coś wspólnego z Kaszubami bo zarzywał tabakę. Temu wątkowi napewno poświęcę kiedyś więcej czasu. Dziadek jako pierwszy pokazał mi prawdziwe duże i drewniane szachy. Wykradałem mu pionki, które później znajdowałem wśród zabawek w Babimoście. 

Franciszek Lemanowicz przyszedł na świat 21 stycznia 1912 roku w Wąbrzeźnie w rodzinie Franciszka i Marianny z domu Lubomska. W młodości był ślusarzem. Ojciec mojego dziadka a mój pradziadek Franciszek również był robotnikiem. Urodził się w Wąbrzeźnie 06 lutego 1874 roku. Jego rodzice /moi prapradziadkowie/ Jan i Katarzyna z Witkowskich ochcili go w dniu 12 lutego 1874 roku. O matce mojego dziadka wiem tylko tyle, że urodziła się prawdopodobnie we wsi Turzno 18 grudnia 1875 roku.

Podpisy złożone pod aktem małżeństwa Franciszka Lemanowicz i Gertrudy Błaszkiewicz 1940 r.

Przed wojną rodzina Lemanowiczów mieszkała przy Oberburgstrasse pod numerem 4 a rodzina Błaszkiewiczów przy Oberwallstrasse pod numerem 9.

Z tyłu od lewej Franciszka Nurkowska z mężem Janem Błaszkiewicz ok. 1950 r